Fundamenty przetrwają i bez architekta

We wtorek Michał Guz z „Przeglądu Sportowego” napisał krótki artykuł, który zaskoczył wszystkich interesujących się losami Zagłębia Lubin. Piotr Burlikowski, dyrektor sportowy „Miedziowych” odchodzi z końcem roku. Według doniesień redaktora „Przeglądu” rozstanie odbyło się w pokojowej atmosferze, zresztą trudno się temu dziwić.

Odkąd Burlikowski pojawił się w Lubinie, Zagłębie zaczęło przebudowę. W kooperacji z trenerem Piotrem Stokowcem i zarządem klubu 46-latek zbudował nie tylko drużynę, która wywalczyła sobie awans do Ekstraklasy, a potem tę ligę wzięła szturmem, zdobywając trzecie miejsce jako beniaminek. Nie, był współtwórcą kultury organizacyjnej i atmosfery, której w Lubinie szukano od 2007 roku niczym igły w stogu siana wielkości stadionu Zagłębia. Efekty jego działalności pozostaną w klubie przez długi czas, co będzie można zaobserwować również w sposobie załatwiania spraw i kontaktu między pracownikami. Przede wszystkim profesjonalizm i życzliwość, nawet jeśli ta druga pozostaje niewidoczna na pierwszy rzut oka.

Proszę mi uwierzyć, to nie jest laudacja, a wnioski wyciągnięte z poruszania się przez jakiś czas w środowisku klubu. Ani przez chwilę nie czułem się niechciany, a w instytucji, jaką jest zespół sportowy, to rzecz wręcz kluczowa.

To również za sprawą Burlikowskiego Zagłębie Lubin nie jest już klubem rozpuszczonym jak bananowe dziecko, które dostaje od ojca pieniądze na wszystkie zachcianki z założeniem, że o konsekwencje będzie martwił się kto inny. „Miedziowi” nie krzyczą już na całą Polskę – patrzcie ile pieniędzy możemy dać Małkowskiemu, Sernasowi, profesorowi Robertowi Jeżowi czy całemu zagranicznemu zaciągowi, który miał nas uratować. Nie, tak jak niepozbawiony reszty rozumu nastolatek po zderzeniu z drzewem i wpadnięciu do rowu wyciąga wnioski i pokornieje, tak dzięki pracy Burlikowskiego spokorniało Zagłębie.

Zamiast bajecznych kontraktów od KGHM-u dla piłkarskich pozorantów, o dwukrotnym mistrzu Polski mówią najlepiej jego wychowankowie. Oni co kolejkę wybiegają w wyjściowym składzie swojego rodzinnego klubu nie dlatego, że kogoś trzeba tam wstawić. Zapracowali sobie na to potem wylanym na treningach. Ale gdyby nie strategia klubu, której współwykonawcą był Burlikowski, także i oni pałętaliby się po (z całym szacunkiem) Puszczach Niepołomice, Radomiakach Radom czy innych Gryfach Wejherowo myśląc, że kiedyś jeszcze się wybiją. Ktoś musiał powiedzieć dość Bertilssonom, Curtom, Hodurom, Slobodom i reszcie żerujących na miedziowych wypłatach ćwierćpiłkarzy.

Ten klub trzeba było wziąć za szmaty, porządnie wytargać, nawet ośmieszyć spadkiem, żebyśmy wszyscy zrozumieli, że nie tędy droga. To było zadanie trudne, zresztą śmiem twierdzić że nadal niedokończone. Jestem przekonany, że mimo 2,5 roku pracy Burlikowskiego, które za nami, wciąż niektórzy myślą, że Lubin to dla piłkarzy raj, gdzie nie trzeba grać w piłkę, a i tak można dobrze zarabiać. Ale coraz częściej Zagłębie jest chwalone za swoją pracę z młodzieżą, za rozsądne dysponowanie środkami, za oglądanie każdej złotówki przed wydaniem. Można to zamknąć w dwóch słowach – rozsądny biznes.

Bo taki właśnie jest teraz lubiński klub. Rozsądny. Okej, piłkarze grają raz dobrze, raz gorzej, raz fatalnie. Wiadomo, to się zdarza. Zwłaszcza na poziomie Ekstraklasy, gdzie stałe są jedynie puste trybuny na domowych meczach Górnika Łęczna, błędy sędziowskie i wymuszone brawa w Lidze+ Extra. Ale nawet jeśli Zagłębie przegrywa, w klubie nikt nie biegnie do gabinetu prezesa i wciska wielki czerwony przycisk z napisem „panika”, który, w co szczerzę wierzę, automatycznie łączy z Orestem Lenczykiem. Pewnie, robią to kibice, ale zwykle tacy kibice mogą wcisnąć co najwyżej przycisk z napisem „opublikuj”.

Nikt po porażkach się nie załamuje. Do znudzenia trener Stokowiec będzie powtarzał, że nie zejdzie z obranej drogi, ale tylko w momentach frustracji można to uznać za oznakę upartości i klapek na oczach. To jest jednak rozsądek, którym w klubie cały czas się kierują. Młodzi będą popełniać błędy, ale lepiej żeby popełniali te błędy ucząc się od najlepszych (w kraju, spokojnie) niż od rówieśników z CLJ bądź (ponownie, z całym szacunkiem), czwartoligowych półzawodowców. Rozsądnym jest myślenie, że wpadając w Ekstraklasie na minę, ta nie urwie młodemu piłkarzowi nogi. Orest Lenczyk nie zdawał sobie z tego sprawy, na dłuższą chwilę hamując rozwój Filipa Jagiełły, ale Burlikowski i Stokowiec doskonale o tym wiedzą. Mają pod lupą wszystkich, których warto w klubie mieć pod lupą. Sprowadzili Tosika czy Todorovskiego nie dlatego, że to zawodnicy dostający na prawej obronie dziesiątki od mediów. Wręcz przeciwnie, chodziło o te piątki i szóstki, żeby zbudować pewne fundamenty, dać sobie chwilę oddechu i stabilności przed postawieniem kolejnego kroku.

I te kroki Zagłębie powoli stawia. Przyszedł Dąbrowski, żeby Jach mógł okrzepnąć. Przyszedł Madera jako polisa ubezpieczeniowa dla wolniejszego rozwoju młodego stopera. Przyszedł Dziwniel, żeby pogonić Cotrę do pracy, a samemu się odbudować i być gotowym do zostania pierwszym lewym obrońcą lubinian. Przyszedł Nespor, ale przyszedł i Buksa, żeby uczyć się zadziorności od Czecha (i proszę mi powiedzieć, że z Termalicą nie było widać tej Nesporowej zawziętości!).

Koszulki Zagłębia nadal zakładają Łukasz Piątek i Adrian Rakowski, bo Filip Jagiełło będzie grał nierówno – dopiero zaczyna swoje stałe występy w pierwszym składzie, wcześniej był tylko okazjonalnie doń dorzucany. Są i na razie będą Janoszka i Janus, jak również wspomniani Tosik i Todorovski. Oczywiście nie znam planów byłego już dyrektora sportowego oraz trenera Stokowca, ale logika nakazuje myśleć, że do tych solidnych zawodników przy zachowaniu tej samej kadry „na górze” dołączyliby kolejni młodzi gniewni.

W kolejce czeka Kontuzjas Deimantas Petravicius. Na wypożyczeniach, ale pod stałą obserwacją, biegają Konrad Andrzejczak, Karol Żmijewski, Sebastian Bonecki, Eryk Sobków – jeśli jeden z nich latem dołączy do pierwszego składu, będzie to kolejny plus przy nazwisku Burlikowskiego. Pierwsza trójka dostaje regularne szanse. Sobków z oczywistych powodów w Katowicach zagrał tylko 320 ligowych minut.

Możemy gdybać, ale nie taka pewna do obalenia jest teza, że po kolejnym roku-dwóch pracy duetu Stokowiec-Burlikowski moglibyśmy się doczekać składu Zagłębia złożonego w połowie z graczy starszych, ale będących piłkarsko w czołówce ligi oraz w połowie z młodych-gniewnych, pukających do drzwi kadry młodzieżowej, zwracających na siebie uwagę zagranicznych scoutów. I na mecze tego klubu warto byłoby patrzeć – regularny kandydat do gry w pucharach (nie kupuję „pocałunku śmierci”, ale nie ma tu miejsca na dłuższą dygresję) i jednocześnie zespół dorastający do marzeń trenera Stokowca o budowaniu drużyny w oparciu o zawodników kadry U-21.

Pewnie, za kadencji 46-latka były wzloty i upadki. Wzloty? Zrobienie z Macieja Dąbrowskiego rezerwowego obrońcy mistrza Polski i wzięcie sporej jak na polskie warunki kwoty za 29-letniego zawodnika od niemal pół roku grzejącego ławkę. Sprzedaż Krzysztofa Piątka za (ponoć) 500 tysięcy €, to jest transferowy na chwilę obecną majstersztyk – wystarczyło dopłacić 150 tys. żeby mieć za jednego chimerycznego piłkarza dwóch napastników, którzy może i na razie strzelają na podobnej skuteczności, ale nie irytują tak często znikaniem z pola widzenia. Oczywiście trudno nie wspomnieć o Starzyńskim, który zdrowy i w formie kasuje niemal wszystkich rozgrywających w Ekstraklasie. Plusy za Janusa (nawet jeśli znika wiosną), Polacka (nawet jeśli dwumetrowy chłop na przedpolu nie wie, co się dzieje), pół plusa za Dziwniela (choć wierzę, że niedługo zmieni się to w pełnego plusa). Odpalenie Arkadiusza Piecha do Legii za ćwierć plusa? I jeden, bardzo, ale to bardzo duży plus za posprzątanie wspomnianego bajzlu cudzoziemskiego.

Upadki? Luis Carlos, absolutny niewypał, dramat i lepiej już o nim nie wspominać. Zbozień, choć to nie tyle niewypał, co w moim odczuciu zawodnik Zagłębiu niepotrzebny. Wciąż trudno cokolwiek powiedzieć o Petraviciusie – jeśli w końcu wyjdzie na dobre od lekarza, wrócimy do niego. No i transfer, nad którym zastanawiały się najtęższe umysły Lubina. Jan Vlasko. Czy to udany zakup? Nie zbawił Zagłębia, również cały czas kontuzjowany, a gdy latem grał to był wraz ze Starzyńskim jak Steven Gerrard i Frank Lampard w reprezentacji Anglii. Teraz siedzi na ławce i trudno się pozbyć wrażenia, że niedługo go w Lubinie nie będzie. Kredyt zaufania, jaki dostawał od wszystkich przez półtora roku już się wyczerpał. Wóz albo przewóz. Dopóki nie będzie blokował miejsca młodemu zdolnemu rozgrywającemu, może być częścią klubu. Ale nadejdzie moment, kiedy za Starzyńskim w hierarchii Zagłębia sztab będzie chciał dać kogoś innego. Jeśli do tego czasu Vlasko nie uzasadni swojego transferu, to zapiszemy go Burlikowskiemu po stronie minusów.

Burlikowskiego w klubie od stycznia już nie będzie, ale przecież dobrze zbudowane konstrukcje stoją nienaruszone dłużej niż żyją ich projektanci. Wymagają tylko okazjonalnych prac konserwacyjnych. Tak będzie też w przypadku Zagłębia – wreszcie, po tylu latach oczekiwania lubiński klub piłki nożnej został zbudowany porządnie. Nie na horrendalnych kontraktach, nie na przepłaconych obcokrajowcach, nie na ludziach, którzy po treningach się rozjeżdżali, bo nie mogli mówić wspólnym językiem. To wszystko zmieniło się również za sprawą architekta Burlikowskiego. Teraz zadaniem klubu jest znalezienie konserwatora, który dopilnuje żeby to wszystko nie runęło pozbawione nadzoru.

A Piotrowi Burlikowskiemu życzę powodzenia. I serdecznie dziękuję, bo udowodnił nie tylko młodym piłkarzom, nam wszystkim, ale i sobie, że z Lubina można się wybić. Tego nie zapomnimy.

Nikt nie spodziewał się hiszpańskiej degrengolady

Przez ostatnie kilkanaście lat bardzo łatwo było związać się z Evertonem. Klub z Goodison Park był bowiem idealną analogią przeciętnego człowieka, pracującego ciężko i ze średnimi rezultatami. Co prawda co jakiś czas udawało mu się osiągnąć większy sukces, ale cel ostateczny zawsze pozostawał niedościgniony, był jedynie sennym marzeniem, które po rozbudzeniu zamieniało się w szarą rzeczywistość. Bramy Ligi Mistrzów okazały się zamknięte na cztery spusty i zamiast udać się do ulubionego lokalu, trzeba było znaleźć jakikolwiek otwarty, a tym okazała się Liga Europy. Jednak nawet tam Everton nie zagrzał dłużej miejsca, nie dane mu było wyjść skoro świt po najlepszej nocy w życiu, raczej zwijał się po angielsku gdy wszyscy dopiero zaczynali się bawić. Koło FA Cup i Pucharu Ligi The Toffees przechodzili jak pryszczaty nastolatek obok pięknej równieśniczki – byli blisko, ale nie mogli dotknąć.

I wiecie co? Dało się z tym wszystkim żyć. Rozczarowanie stanowiło nieodłączny element, do którego się można się przyzwyczaić. Przynajmniej wiadomo było, czego można się spodziewać. Walki w każdym meczu, kilku niespodzianek i miejsca w górnej połowie tabeli. Nic specjalnego, a jednak co jakiś czas po kolejnym zwycięstwie na pohybel „ekspertom” pojawiał się uśmiech. Mieliśmy kilku piłkarzy z wyższej półki i naturalną koleją rzeczy była ich sprzedaż do klubów walczących na śmierć i życie o mistrzostwo bądź Europę. Pieniądze za ich transfery rozpływały się w powietrzu, a władze wzruszały ramionami i odpowiadały na prośby kibiców o hitowe transfery słowami „niewiele możemy zrobić, bo przyjdzie taka Chelsea i nas przebije”. Gdy ktoś odchodził, na jego miejsce wyciągano z kapelusza następnego delikwenta, dodawano także zawodników nie mieszczących się w tych większych klubach (czyt. głównie w Manchesterze United), a na wszelki wypadek w klubie kręcił się Tony Hibbert. Wspaniałe czasy, znakomite wspomnienia, coraz mocniejsza miłość do niebieskich barw.

Aż w końcu David Moyes słusznie uznał, że drugiej szansy na popsucie objęcie Manchesteru United już nie dostanie i opuścił Everton. Świat może nie zadrżał w posadach, ale zmieniła się optyka kibica. Do tamtego momentu przyjemnie było marzyć, a ostateczne sportowe rozczarowanie było czymś akceptowalnym, naturalną koleją rzeczy, impulsem do wmawiania sobie, że w następnym sezonie los się musi wreszcie uśmiechnąć. Wtedy jednak przyszedł ktoś, kto z marzeń zrobił ambicje, a zamiast zamienić rozczarowania w sukcesy, podniósł je do drugiej potęgi. Trzy lata później wygląda na to, że człowiek który dał wszystkim kibicom Evertonu nadzieję na lepsze otwarcie może zostać rozgrzeszony i zarazem wybawiony od utraty posady tylko przez samego Stwórcę. Wydaje się, że nie ma szans żeby Roberto Martinez po sezonie 2015/16 był jeszcze menedżerem Evertonu. A wszystko dlatego, że chciał dobrze, lecz zagrał i przegrał. Jego największym błędem było wyrwanie kibiców The Toffees z błędnego koła i poprowadzenie na barykady w walce o dobrą zmianę. Dał nadzieję i potem nie potrafił przekuć jej w coś więcej niż jeden sezon radości i pozytywnego zaskoczenia.

Hiszpan swoją filozofią „sexy football” szybko zaskarbił sobie sympatię kibiców, którzy określili go wizjonerem. Niósł kaganek piłkarskiej oświaty, nawracając wierny stylowi Davida Moyesa lud Evertonu. Otworzył okno i zrobił przeciąg, dzięki czemu wszyscy mogli odetchnąć pełną piersią. Po pierwszym sezonie kibice chcieli go wynosić na ołtarze i bronić bram wyjściowych jak Rejtan, gdy łączono Martineza z Barceloną czy Arsenalem.

Według wielu komentatorów, Roberto Martinez jest najlepszym młodym menedżerem w Europie. Zgadzam się z tym. Podjął niewdzięczne dla wielu szkoleniowców zadanie – wziąć się za dobry projekt i znacząco go ulepszyć. Powiodło mu się to. W swoim debiutanckim sezonie pobił klubowy rekord punktów w Premier League, przywrócił Everton do Europy i rozwinął kilku niezwykle ciekawych zawodników.
Tak samo prezentuje się poza boiskiem. Zajmuje się swoimi sprawami z nieprawdopodobną prezencją, pewnością siebie, pozytywnym nastawieniem i klasą. Jest człowiekiem Evertonu.
Nie ma jakiegoś magicznego składnika wchodzącego w skład tego, co robimy w Evertonie. Jesteśmy klubem piłkarskim i zdajemy sobie sprawę z fundamentalnej wagi naszego menedżera. I kiedy znajdziemy swojego kandydata, dajemy mu siłę i zaufanie. Jesteśmy na dobre i na złe z naszymi menedżerami, przeznaczamy wszystkie narzędzia do naszej dyspozycji i jesteśmy niezwykle zachwyceni, że Roberto Martinez chciał się z nami związać. Chcemy wszystkiego co najlepsze, bo tylko to zdaje egzamin.

Tak wypowiedział się latem 2014 roku Bill Kenwright, prezes Evertonu. Nieprawdopodobne, jak optyka może się zmienić w niecałe dwa lata, bo choć włodarze dalej wspierają menedżera, to kibice nie chcą już stać za nim murem. Odrzucili hiszpańskie Solo Lo Mejor i wrócili do Nil Satis Nisi Optimum. Mają podstawy, żeby liczyć na kolejne nowe otwarcie. Jak bowiem wspierać menedżera, który jako jeden z dwóch sterników EFC po wojnie nie wygrał choćby jednych derbów Liverpoolu? Ileż można słuchać pomeczowych tłumaczeń, w których zamiast użycia ostrych słów padają terminy „phenomenal” czy „great character”.

Już za kilka godzin Everton wyjdzie na murawę Wembley, walcząc o miejsce w finale FA Cup. To jedyna szansa na uratowanie sezonu, ale dla klubu, nie menedżera. Roberto Martinez nie powinien przygotowywać The Toffees do nowego sezonu. Nawet jeśli w maju wzniesie do góry puchar Anglii, to trzeba go rozliczać za zmarnowany potencjał minionych dwóch sezonów. Patrząc na występy Leicester czy West Hamu nie można uciec od myśli, że rozgrywki 2015/16 mogły zakończyć się z Evertonem w czubie tabeli. Bo w czym kadrowo EFC odstaje od Lisów czy Młotów? Nie tak dawno to przecież The Toffees byli postrzegani jako rewolucjoniści, walczący z obecnymi realiami ekonomicznymi. To piłkarze z Goodison Park byli stawiani w pierwszym rzędzie do ataku na czołówkę gdy tradycyjna wielka czwórka zaliczy regres. Optymalny skład Evertonu miał wszystko, żeby przy kryzysie wielkich wmieszać się w tę nieprawdopodobną walkę o tytuł. Tymczasem niemal wszyscy, którzy mieli w tej kampanii rozwinąć skrzydła, schowali się do gniazda. John Stones, Ross Barkley, James McCarthy, Gerard Deulofeu, Seamus Coleman – potencjalne gwiazdy europejskiego futbolu obecnie wraz ze swoim klubem patrzą w górę tabeli na Mahreza, Vardy’ego czy Payeta.

Upartość Roberto Martineza co do jego autorskiego pomysłu na grę zgubiła klub, który szybko został rozpracowany. Można było uwierzyć w jego dżentelmeński uśmiech, nienaganne garnitury i pozytywne nastawienie. Przykro jednak patrzy się na człowieka, który zatrzymał się na pierwszym z pięciu etapów żałoby, ewentualnie podróżując w tę i z powrotem do drugiego. Zamiast pięciu etapów mamy dziesięć stacji drogi krzyżowej Roberto Martineza: wiarę, nadzieję, oczekiwania, zdanie sobie sprawy z rzeczywistości, rozczarowanie, zmartwychwstanie nadziei, obawy, gniew, arogancję i odrealnienie. Z twierdzy zmienił Goodison Park w miejsce gdzie każdy może przyjść i rozbić namiot. Everton zdobył zaledwie 17 punktów na własnym terenie, co oznacza najgorszy sezon W HISTORII KLUBU. W tym i poprzednim sezonie wygrał łącznie 21 spotkań, tyle samo co w debiutanckiej kampanii. Za 13,5 miliona funtów sprowadził Oumara Niasse, żeby siedział na ławce.

Dwa lata temu Everton był tu:

Everton_4th_zpskchwchbk.jpg

Rok temu był tu (Antolin Alcaraz #pamiętamy)

wi5cav67eunbaubbguwn_zpsonfvlvs3

A teraz…

Soccer - Barclays Premier League - Everton v Stoke City - Goodison Park

Zwolennicy Martineza mówią o atrakcyjnym stylu gry, jaki prezentują jego zespoły, ale zapominają o starym piłkarskim porzekadle. Drużynę buduje się od tyłu. I choć ofensywa Wigan co roku poprawiała się (37 bramek, następnie 40, 42, w zakończonym niedawno sezonie aż 47 strzelonych goli), to defensywa zostawia wiele do życzenia. (79 straconych w pierwszym sezonie, następnie 61, 62 i 73 w sezonie 2012/13). Czy to Wigan przez 4 lata miało tragicznych defensorów, co oznaczałoby złe decyzje personalne Martineza, czy po prostu Hiszpan nie wie zbyt wiele o grze defensywnej?

Już 3 lata temu miałem wątpliwości co do tego, czy Martinez zna się na obronie. Tymczasem nie dość, że defensywa się pogarsza (39 goli straconych w ligowym sezonie 2013/14, 50 w minionym i 48 po 34. kolejkach obecnego), to i ofensywa zaliczyła sinusoidę (61 bramek w kampanii 2013/14, 48 w minionej i 53 we wciąż trwającej). Na dobrą sprawę personel został ulepszony, dodano nowe działa i lepsze zapory. Mimo to koło Evertonu lata jak ćma wokół lampy duch Wigan Athletic. Pamiętacie termin „wiganed”? Oznacza on siedzenie na tyłku przez większość sezonu i kilka tygodni heroicznych wyczynów w końcówce. Roberto Martinez wygrał puchar Anglii w swoim ostatnim sezonie w Wigan, ale stracił też 73 gole w lidze, co przyczyniło się do spadku tego klubu z Premier League. Evertonowi na szczęście relegacja nie grozi, ale czy ewentualne zdobycie upragnionego trofeum osłodzi kibicom gorycz dwóch minionych sezonów? I, co ważniejsze, czy ma szansę przekonać to nowego pana na włościach do zatrzymania Hiszpana na Goodison Park?

W marcu pan Farhad Moshiri, nowy właściciel Evertonu przywitał się z fanami krótką wiadomością w programie meczowym. Pojawiło się tam między innymi kluczowe zdanie definiujące jego ambicje. Chce bowiem doprowadzić do tego, żeby „Klub powrócił do fantastycznych zwycięstw przeszłości i zbudował fundamenty pod stały sukces w przyszłości”. Irańczyk ewidentnie dał do zrozumienia, że jeden sezon błysku nie będzie go zadowalał, gdy następne lata okażą się chude. Nie będzie już miejsca na regres, jaki zanotował Everton w niemal każdym aspekcie działalności boiskowej (taktyki, ducha, determinacji). Nie będzie miejsca na słowa „phenomenal” po kolejnym oddanym zwycięstwie. Roberto Martinez przyszedł z Wigan, przyprowadził ze sobą swój własny sztab i potwierdził, że definicją szaleństwa jest robienie wciąż tego samego, oczekując przy tym innych rezultatów. Nie mógł utrzymać niezłej defensywy Davida Moyesa i swojego podejścia do ataku, chociaż łącząc te podejścia byłby w stanie budować wspomniane fundamenty.

Załóżmy, że poobijany Everton z morale niższym niż po porażce z Dynamem Kijów w LE wygra FA Cup. Martinez sam przyznaje, że zamienił sezon ligowy na sukces w pucharze. „W tym momencie cała nasza uwaga skierowana jest na FA Cup i skorzystanie z okazji. Mamy za sobą 10 miesięcy ciężkiej pracy, która pozwoliła nam dostać się do miejsca w którym jesteśmy obecnie.” Zrobił z ligi miejsce, w którym szykował piłkarzy na starcia pucharowe. Dla wielu, w tym i dla mnie, Hiszpan zostanie zapamiętany jako człowiek który chciał sięgnąć gwiazd wspinając się po drabinie, ale w pewnym momencie drabina się przechyliła. Zamiast się puścić, Martinez trzymał się jej kurczowo i spadł z hukiem na ziemię. Przedłożył mentalność, ideały, filozofię i inne podejścia teoretyczne nad pragmatyzm i pracę nad solidną grą. Doprowadził do tego, że Leighton Baines został zmuszony do przeprosin za komentarze o braku chemii w zespole.

Przychodził do Evertonu jako zbawiciel, jeśli zostanie zwolniony to odejdzie wyzywany od szarlatanów, którzy poza gadką nie mieli nic do zaoferowania. Nie tak powinna się kończyć misja Hiszpana na Goodison Park. Mimo wszystko, nie mając optymizmu…

Jeszcze nie odszedł.

Everton nie odpadł.

Wciąż może zakończyć swoją karierę w Liverpoolu wznosząc trofeum i nie zapadając w pamięć kibiców jako trener przegrany.

Oby. Come On You Blues.

Tim Howard = Everton

Każda drużyna, niezależnie od pozycji na rynku światowym powinna mieć zawodnika, który będzie jej idealnym odzwierciedleniem, sercem i duszą. Jego gra i postawa oddaje wiele wartości, za którymi stoi klub i, jeśli wszystko toczy się zgodnie z planem, przekłada się również na boiskową dyspozycję. Mówiąc o tym zawodniku, od razu myślisz o tym zespole i oczyma wyobraźni widzisz dla niego miejsce w panteonie sław przewijających się przez lata przez korytarze siedziby klubu. Dla Evertonu przez ostatnie 10 lat kimś takim był Timothy Matthew Howard.

W przypadku amerykańskiego bramkarza trzeba przewrotnie zacząć od końca. Dla Tima Howarda powrót do MLS zawsze był traktowany jako sposób na zakończenie kariery – kibice po obu stronach Atlantyku od co najmniej dwóch sezonów spekulowali o kupnie biletu na samolot w jedną stronę. Everton nie robił problemów swojemu człowiekowi-instytucji, ponieważ każdy, kto interesuje się klubem z Goodison Park wie, że czas Howarda w roli pierwszego bramkarza The Toffees dobiegł końca. Przez dziesięć długich lat utrzymywał swoją posadę i odpierał próby odebrania mu bluzy z numerem 1, a próbowali tej sztuki między innymi Jan Mucha czy John Ruddy. Tim Howard opuszczał posterunek z rzadka i niechętnie – do sezonu 2013/14 włącznie opuścił zaledwie 7 spotkań w Premier League. Był wzorem twardziela, do którego mieli równać wszyscy piłkarze za czasów Davida Moyesa. Na dziś zagrał dla The Toffees 412 razy, w samej Premier League aż 352, co jest rekordem klubu. Zachował też 115 czystych kont, a najlepszym sezonem pod tym względem były rozgrywki 2008/2009.

Zgodnie z postawioną tezą, Howard był integralną częścią wszystkich najlepszych momentów klubu w ostatniej dekadzie. Bronił w finale i półfinale FA Cup (pamiętny gol Franka Lamparda dający Chelsea trofeum), walczył też o awans do finału obecnego Capital One Cup. Nie zabrakło go w Lidze Europy, zarówno w latach 2007-2010, gdy Everton zameldował się w 1/16 finału, jak również w minionym sezonie, gdy po udanej kampanii grupowej The Toffees skompromitowali się w dwumeczu z Dynamem Kijów. Wielu kibiców może o tym nie pamiętać, ale to przecież Howard dołożył kilka cegiełek do pomnika trenerskiego Jose Mourinho, gdy Costinha wygrywał dla Porto starcie z Manchesterem United. Wraz z całym zespołem ocierał się o sukces, ale i pikował, nie potrafiąc utrzymać defensywy w ryzach w momentach strzeleckiej indolencji piłkarzy grających z przodu. Imponował refleksem, ale po fenomenalnym meczu z Belgią na Mistrzostwach Świata w Brazylii częściej popełniał głupie błędy niż popisywał się znakomitymi interwencjami.

Jego czas przy Goodison Park upłynął jeszcze szybciej za sprawą dynamicznie zmieniającej się roli bramkarza. Tim Howard nie miał szans żeby stać się wysokim i szczupłym jak tyczka golkiperem pokroju de Gei, Courtoisa czy Neuera. Wolał, gdy jego zawsze czujni obrońcy zajmowali pozycje trochę głębiej niż obecnie się przyjęło i byli gotowi do wybicia piłki głową. W wieku 37 nawet na pozycji, na której można grać najdłużej ze wszystkich, ciężko dostosować się do nowych realiów. Mimo wszystkich przywar Howarda, winę trzeba też zrzucić na Roberto Martineza, który jak zawsze patrzy na piłkarzy zbyt sentymentalnie żeby w porę dostrzec ich kończącą się przydatność. Sarkastyczne oklaski po złapaniu przez Howarda prostej piłki zmieniły się w krytykę Hiszpana który zamiast szybciej postawić na nieźle rozwijającego się Joela Roblesa wolał znajdującego się na równi pochyłej Amerykanina.

Patrząc na internetowe fora, kibice Evertonu są naprawdę rozdarci jeśli chodzi o ocenę całokształtu występów Howarda w niebieskich barwach. Niektórzy zdają się zapominać jego znakomite mecze sprzed kilku lat, skupiając się głównie na ostatnich „popisach.” Jeden z fanów posunął się nawet w swoich sądach do stwierdzenia „Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę wasze zdanie na jego temat, nie był żadnym służącym. Zarabia więcej w tydzień niż większość was przez rok i dla niego przywilejem była możłiwość gdy w niebieskim, nie odwrotnie.”, drugi zaś napisał „Zawsze był słabym bramkarzem – ci którzy chcą go oklaskiwać oglądali każdy mecz na ekranie komputera. Mam nadzieję że podczas ostatniego spotkania zostanie wybuczany, żeby przypomnieć mu pogardę z jaką traktował fanów”. To jednak pojedyncze głosy, wybijające się ze względu na ich kontrowersyjną treść. Wśród kibiców, nawet tych oglądających spotkania na ekranie komputera panuje następujące przekonanie „Tak, wszyscy wiemy że powinien odejść 18 miesięcy temu, ale kibice mają naprawdę krótką pamięć. Był naprawdę dobrym bramkarzem i niepoważnym jest nazywanie go przeciętnym, kiedy musieliśmy przez lata radzić sobie z takimi asami jak Gerrard, Simonsen, Wright czy Wessels”.

W przypadku Howarda warto zapomnieć o okresie pomundialowym. Niedoszły minister obrony narodowej USA zostanie zapamiętany przez wielu jako ten, który umieścił Everton na mapie byłej angielskiej kolonii. To dzięki niemu pojawiły się fankluby w Teksasie, Colorado czy innych amerykańskich stanach. Obecność Tima Howarda (i w mniejszym stopniu Landona Donovana) w Premier League zwiększyła zainteresowanie soccerem w USA i w dużej mierze przyczynił się do regularnych transmisji rozgrywek przez stację NBC.

Dzięki transferowi za 3 miliony funtów Everton zyskał stabilność w bramce na 8 lat, zyskał człowieka którego pobyt na Goodison Park może definiować całą dekadę w wykonaniu klubu. Wiele wspaniałych momentów, w których walczący z mocniejszymi rywalami zespół nie tylko podejmował rękawicę, ale odrzucał ją prosto w twarz przeciwników i wiele upadków następujących po wzlotach, zupełnie niezrozumiałych braków w koncentracji i trwających zdecydowanie za długo chwil rozluźnienia. Od przygód w Europie i udanych interwencji po niezrozumiałe rozkładanie kończyn jak rozgwiazda i błędów w komunikacji. Nie znajdziemy nikogo, kto byłby przez te lata większym odpowiednikiem Evertonu, Tim Howard był bowiem twardy, solidny i przez 85% czasu skoncentrowany, ale w kluczowych momentach zawsze czegoś brakowało. Jak napisał Bill Kenwright „Zarówno na boisku, jak i poza nim jego przez cały pobyt na Goodison był modelowym przykładem Evertonu. Najlepszym w każdy sposób. Wspaniała indywidualność nie tylko o wielkim talencie, ale również cechująca się wielką lojalnością”.

Tim Howard od sezonu 2006/2007 wyłapał i wypuścił dla Evertonu wiele piłek. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że złapie pociąg do domu.

 

Zagłębie wygra mistrzostwo w okularach

W świecie piłki nożnej coraz większe znaczenie mają statystyki. W Polsce jest to obszar jeszcze dość niszowy, chociaż wizjonerzy próbują się przebijać ponad niewiele tłumaczące posiadanie futbolówki. Oczywiście, że ostatecznie wszystko sprowadza się do jedynej statystyki – bramek, ale ileż składowych wpływa na tę jedną, kluczową? Ciężko policzyć i nie sądzę, żeby komukolwiek udało się ustalić definitywny wzór statystyczny gwarantujący sukces.

Jednak w całej tej statystycznej rewolucji wciąż ciężko odnaleźć rzeczy najmniejsze. Szczegóły niezauważalne nawet dla wytrawnych analityków i ludzi, którzy znają Instata lepiej od własnych rodziców. Wtedy z pomocą przychodzą koneserzy liczb absurdalnych, prawdziwi zapaleńcy bez pomysłu na życie i z mnóstwem wolnego czasu. Od siebie dodam do tego jeszcze niezwykle wyostrzony jak na ślepego człowieka zmysł obserwacji i smykałkę do tworzenia teorii nie mających pokrycia w rzeczywistości.

Widzicie, odkąd Piotr Stokowiec pojawił się po raz drugi w Ekstraklasie jako trener Zagłębia Lubin, zacząłem nie tylko doceniać styl szkoleniowca Miedziowych, ale również jego bystry wzrok, dostrzegający rzeczy, których nie widzą inni. Okazało się, że Stokowiec poszedł o krok dalej w swoich ambicjach. Chciał się upewnić, że „czyta grę” najlepiej ze wszystkich trenerów w Ekstraklasie. Zrobił zatem coś, co bezapelacyjnie dało mu tę przewagę. Założył okulary. I wtedy się zaczęło.

Sezon Zagłębia przypomina karuzelę, z której człowiek nie chce schodzić, bo tyle się dzieje. To nie tylko twoja zwyczajna podróż w kółko na kucyku, który podnosi się i opada. Ta drużyna jest w stanie osiągnąć każdy wynik niezależnie od przeciwnika. Pogodziłem się z tą myślą, co pozwala mi w pełni cieszyć się szaleństwem i tylko po cichu liczyć że za 6 kolejek Miedziowi rzeczywiście znajdą się co najmniej na 8. miejscu. Cała przygoda lubinian w tym sezonie wiąże się po części z tym, że Piotr Stokowiec nie może się zdecydować czy nosić okulary, czy też może soczewki. Serio, zaufajcie mi. Zobaczmy na poniższą grafikę.

Stok1

poważna analiza danych (źródła zdjęć: zaglebie.com)

Pierwsze cztery mecze Zagłębia to zaledwie 4 punkty, w tym trzy zgarnięte dzięki temu że karny podczas spotkania z Jagiellonią był wykonywany przez Macieja Gajosa. Wszystkie bez okularów. I wtedy optyka się zmieniła. Piotr Stokowiec założył okulary, na razie nieśmiało, a jego podopieczni przejechali się po Lechu. Tak, wiem, Lech był wtedy słaby, ale wciąż był mistrzem Polski, a w Lubinie nie spodziewali się takiego rezultatu. Zamiast podtrzymać tę passę, trener Zagłębia zdjął okulary w trakcie meczu z Górnikiem, więc Miedziowi stracili dwubramkowe prowadzenie. Następne starcie? No nie zgadniecie, okulary i Ruch na kolanach. Największym momentem zwątpienia był okres między 4 października a 4 grudnia. Po porażce z Lechią trener Stokowiec założył okulary tylko raz, w przegranym (głównie przez Konrada Forenca, but still) meczu z Wisłą. W ośmiu spotkaniach podczas tej passy Zagłębie miało bilans 2-3-3, a wszyscy zastanawiali się czy to ten słynny kryzys beniaminka. W Barbórkę wszystko jednak wróciło do normy, pojawiły się okulary i trzy punkty na koncie. Reszta również poszła zgodnie z planem – 4 punkty w 2 meczach z okularami, 0 w 3 bez.

Gdyby Zagłębie Lubin punktowało konsekwentnie grając w różowych okularach Piotra Stokowca, zgarniałoby punkty tylko nieznacznie efektywniej od Legii Stanisława Czerczesowa i tak samo dobrze jak Lech Jana Urbana. Defensywa jest lepsza, a atak tylko raz skończył mecz bez zdobytej bramki.

Czasami zastanawiamy się, co stoi za kryzysem danej drużyny i jak z niego wyjść. Może gdyby Maciej Skorża chodził po murawach w fezie, byłby w Lidze Mistrzów? Może gdyby Tadeusz Pawłowski zawsze poruszał się w rozpiętej koszuli, Wisła nie znalazłaby się na pozycji spadkowej? A może wreszcie gdyby to wszystko była prawda i okulary zamiast soczewek to klucz do sukcesu, pisałbym dla sport.pl, a nie dla siebie? Pozostaje jedynie oglądać linię boczną Zagłębia podczas meczów i czekać na debiut w Lidze Europy z różowymi okularami na nosie.

#EkstraklasaAllStars

Weekend All-Star to esencja koszykówki. Crème de la crème, once de gala, koszykówka par excellence…

No, i parę innych ciekawych zagranicznych sformułowań moglibyśmy tu użyć. Już za chwileczkę, już za momencik w Toronto zbierze się grupa najlepszych koszykarzy świata.

A ponieważ weekend All – Star zbiega się z weekendem startowym rundy wiosennej Ekstraklasy, to taka okoliczność nie może pozostać bez reakcji. W końcu to też crème de la crème, once de gala, futbol par excellence…

Podzieliliśmy ligę wzdłuż Wisły. Wybieramy meczową „18”, czyli „11” plus rezerwowi.

Nie ma co przedłużać.

Let’s get ready to rumble.

ZACHÓD – Bartek Marchewka

Wybierałem spośród drużyn: Ruch Chorzów, Lechia Gdańsk, Piast Gliwice, Zagłębie Lubin, Lech Poznań, Pogoń Szczecin, Śląsk Wrocław (no ze Śląska to może nie wybierałem) i Górnik Zabrze.

Matúš Putnocký – Mija drugi rok pobytu Słowaka w Chorzowie i przez kolejne 12 miesięcy potwierdza on swoją klasę. Może Ekstraklasa widziała już lepszych bramkarzy zza tatrzańskiej granicy, ale, mówiąc ekstraklasową nowomową, Matúš nigdy nie zszedł poniżej pewnego poziomu. To jedna z najmocniejszych kart w wcale niezłej talii Waldemara Fornalika.

Marcin Pietrowski – Zawodnik z grupy „solidnych ligowych średniaków”, którym trafił się sezon życia. Nie jest tak efektowny jak Patrik Mraz, ale dorzucił cztery asysty i jest pewniakiem do gry w jedenastce Radoslava Latala. A pewniak do gry w zespole lidera na miejsce w drużynie All – Stars zasługuje.

Jarosław Fojut i Adrian Czerwiński – Co prawda „dwie wieże” u Tolkiena zostały zdobyte, to jednak te Czesława Michniewicza trzymają się mocno. Pogoń ma najlepszą defensywę w lidze, a oni są jej szefami. To również ciekawy przykład, że piłkarz wracający zza granicy plus piłkarz renomowany na boiskach I ligi mogą stworzyć równorzędny duet. Plus dla Fojuta za bramkę jesieni.

Patrik Mraz – Trzeba uzasadniać? 13 asyst.

Rafał Murawski – Pokazuje, ile możesz ugrać w tej lidze doświadczeniem. Rafał Murawski to mózg Pogoni, to zasilacz Pogoni, to opoka Pogoni. Sześć asyst, trzy bramki plus cała masa niezauważalnych na pierwszy rzut oka zagrań (fauli), które pomagają zespołowi.

Karol Linetty – Aby wypoziomować środek pola dorzucam do Murasia jeden z większych talentów polskiej ligi. Talent, który moim zdaniem ma pewne problemy z przekuciem się w gwiazdę. Z pewnością przerasta swoich rywali i asumpt do rozwoju da mu transfer zagraniczny i cieszy, że środowisko Linettego oraz on sam chce jak najbardziej zracjonalizować ten moment. Poza tym Lechowi Poznań, za osiągane wyniki pod Janem Urbanem, należy się miejsce w jedenastce All-Stars.

Szymon Pawłowski – O, i nagle znalazł się kolejny piłkarz Kolejorza. Może też dlatego, że to znakomity, jak na polskie warunki, drybler, a w zespole All-Stars liczą się fajerwerki. Szymon w tym słabym/przeciętnym Lechu Poznań z jesieni A.D. 2015 prezentował się chyba najbardziej solidnie. To nie jego wina, że jego kolegą z zespołu był Denis Thomalla.

Kamil Vacek – „10” na plecach ląduje na Kamila Vacka, który zaczarował naszą ligę i który będzie głównym sprawczym ewentualnego mistrzostwa dla Piasta. Piszę o tym mistrzostwie nie pierwszy raz, bo mam dość duże pokłady wiary w zespół Radoslava Latala. Kamil jest w kręgu zainteresowań Pavla Vrby, strzelił cztery bramki i dorzucił trzy asysty… Ale przede wszystkim przyjemnie patrzyć na piłkarza inteligentnego.

Roman Gergel – Wataha Leszka Ojrzyńskiego będzie mocno gryźć, żeby się w lidze utrzymać, a Roman Gergel z pewnością będzie stał w pierwszej linii. W naszej drużynie zachodu All-Stars muszą być jacyś wariaci, a strzelający cztery bramki liderowi z Gliwic Roman Gergel na takie miano zasłużył.

Mariusz Stępiński – Co prawda ustaliliśmy, że król napastników polskiej ligi gra na wschodzie (choć tak naprawdę stadion Legii leży na zachód od Wisły), to gracz „Niebieskich” jest w tym momencie najlepszym polskim napastnikiem naszej ligi. Jak na młody wiek sporo już przeszedł (chciałoby się napisać „przegrał”), ale pod okiem Waldemara Fornalika prezentuje się bardzo dobrze. Na tyle dobrze, że zdrowy może pojechać na Euro do Francji. Dla napastnika niezwykle istotna jest regularność, a z nią Mariusz nie miał problemu. 11 bramek i drugie miejsce w klasyfikacji rodzimych „piczicici”. Chyba jednak bez szans na dogonienie Nikolicia.

Ławka rezerwowych:

Jakub Szmatuła – bo dla mnie, kibica Zagłębia Lubin, Szmatuła walczący o mistrzostwo Polski to jakiś wredny chichot losu

Adam Frączczak – bo to piłkarz uniwersalny, który zagra na każdej pozycji. A w każdym sporcie, w koszykówce również, to bardzo cenny atut.

Rafał Janicki – bo mecz All-Star mecz poprzedza zawsze mecz Rising Stars. A Janicki z tego poziomu już wyszedł i czas, by mocniej pukał do najlepszych.

Filip Starzyński – bo wychodząc z tej ligi był bardzo dobry i czuję, że gorszy nie wrócił.

Krzysztof Janus – bo to dynamiczny zawodnik, mogący grać i na prawym i na lewym skrzydle.

Patryk Lipski – bo już jest niezły. Czas, by był dobry.

Łukasz Zwoliński – bo gdy nie leży w szpitalnym łóżku jest dla obrońców trudnym do pilnowania zawodnikiem. I ma coś w sobie z Lewandowskiego. Spokojnie, z czasów jego gry w Kolejorzu.

Screenshot_9

WSCHÓD – Michał Rygiel

Do wyboru miałem zawodników z pozostałej ósemki, czyli (według miejsca w tabeli): Legia, Cracovia, Jagiellonia, Górnik Łęczna, Termalica, Korona, Wisła, Podbeskidzie. Tak krawiec kraje, jak mu materii staje, zatem zapraszam na moją osiemnastkę.

Radosław Cierzniak (Wisła) – sporo było kontrowersji związanych z jego odejściem do Legii, jednak na podstawie rundy jesiennej trzeba przyznać Cierzniakowi, że zasłużył na nominację. Zagrał we wszystkich spotkaniach od deski do deski, dyrygował drugą najlepszą defensywą w lidze i nie popełniał większych błędów.

Jakub Wójcicki (Cracovia) – sześć asyst i bramka w zaledwie 970 minut? Może powinniśmy rozpocząć akcję #FreeWójcicki? Były zawodnik Zawiszy to jeden z kilku kluczowych elementów układanki Jacka Zielińskiego i gwarancja dynamicznych rajdów przez całe spotkanie. Jego dośrodkowania na pewno sprawią jeszcze sporo problemów piłkarzom rywali.

Arkadiusz Głowacki (Wisła) – opoka i jeden z najbardziej zasłużonych zawodników w Ekstraklasie. Chciałoby się, żeby Głowacki się nie starzał i grał jeszcze przez kilka dobrych sezonów. Niemal wszyscy stoperzy ligi mogliby się od niego uczyć postawy w defensywie.

Michał Pazdan (Legia) – pierwszy z wielu legionistów w tym zestawieniu, człowiek który zapewnia spokój w defensywie i ma jeszcze miejsce do rozwoju. Kto wie, może nadchodząca runda wyjdzie mu na tyle dobrze, że znajdzie się w wyjściowym składzie na EURO? Oby tylko zdrowie pozwoliło Kung-Fu Pazdanowi na więcej niż jesienią.

Adam Mójta (Podbeskidzie) – gdyby ktoś powiedział mi przed sezonem, że Adam Mójta zrobi w tej rundzie 3 gole i 4 asysty dla słabiutkiego Podbeskidzia, popukałbym się w głowę. Tymczasem po jesieni jest on jednym z niewielu jasnych punktów pod Klimczokiem. Jeśli partnerzy z zespołu zaczną grać lepiej, to liczby Mójty mogą wiosną jeszcze bardziej imponować.

Tomasz Jodłowiec (Legia) – nad tym wyborem zastanawiałem się naprawdę kilka sekund. Potrafi zatrzymać każdy atak, a do tego sprawdza się w ofensywie. Jak na Ekstraklasę zawodnik kompletny. Gdyby jeszcze potrafił to potwierdzić w Europie…

Mateusz Cetnarski (Cracovia) – renesans formy Cetnarskiego jest wręcz nieprawdopodobny. Czy udało mu się znaleźć dostęp do wiaderka witamin schowanego gdzieś przez Cuerdę? Mózg Cracovii, bez niego byłoby przy Kałuży znacznie gorzej. Nie mogę się doczekać wiosny w jego wykonaniu, zwłaszcza że zabrano mu Denissa Rakelsa. Coś mi mówi, że Jendrisek, a tym bardziej Zjawiński to nie jest ta sama półka co Łotysz.

Mateusz Szczepaniak (Podbeskidzie) – nieco z przymusu dopchany kolanem na prawym skrzydle. Dziki to obok Mójty najmocniejszy punkt Podbeskidzia i w Bielsku na pewno będą robili wszystko, żeby go latem zatrzymać. Czy uda się wygrać wyścig po jego usługi? Rywale już szykują scoutów i fundusze na ofertę dla Miedzi.

Kasper Hamalainen (Legia) – przepraszam kibiców z Poznania, ale Fin musiał się tu znaleźć, ponieważ grą na jesieni najzwyczajniej sobie na to zasłużył. Wyciągał Lecha za uszy gdy cała piłkarska Polska kpiła sobie z „dokonań” Kolejorza. W Warszawie powinien wygrać rywalizację z Dudą, a już na pewno zmusić Słowaka do cięższej pracy nad swoją dyspozycją. Ciekawi mnie jedynie, czy uda mu się do bramek dołożyć również asysty – w końcu w stolicy mają już asów od strzelania.

Guilherme (Legia) – gracz pasujący do koncepcji Meczu Gwiazd jak mało kto w tej lidze. Z pewnością popisałby się kilkoma znakomitymi sztuczkami technicznymi i zrobiłby to na wielkim luzie. Do tego bardzo dobrze ułożona lewa noga w połączeniu z niekonwencjonalnymi zagraniami może przynieść parę momentów wartych zapamiętania.

Nemanja Nikolic (Legia) – czy trzeba uzasadniać? No, tak myślałem.

Ławka rezerwowych:

Bartłomiej Drągowski (Jagiellonia) – podobnie jak w przypadku Janickiego, Drągowski zasługuje żeby stanąć oko w oko z najlepszymi graczami ofensywnymi zachodu.

Boban Jovic i Łukasz Burliga (Wisła) – może z bardziej skutecznymi graczami z przodu wykręciliby lepsze liczby?

Konstantin Vassiljev (Jagiellonia) – przegląd pola i stałe fragmenty gry to jego asy w rękawie. Trzy gole i siedem asyst to zdecydowanie wystarczające resume.

Ondrej Duda (Legia) – nominacja na zachętę, mimo wszystko wciąż stoi przed nim wielka przyszłość. Wyobraźcie sobie po prostu, że przegłosował go warszawski Twitter.

Grzegorz Bonin (Górnik Łęczna) – znalazł źródełko młodości i korzysta z niego póki się nie wyczerpie. Sześć goli i asysta w rundzie jesiennej, niech cudowny sen trwa.

Piotr Grzelczak (Jagiellonia) – słuchajcie, wiem że to kontrowersyjna nominacja, ale nikt tak jak on nie ma drygu do zdobywania pięknych bramek z woleja gdy nikt się tego nie spodziewa. Może odpaliłby rakietę w takim spotkaniu jak to?

Screenshot_13

Kto wyszedłby górą z tego pojedynku? Zachód prowadzony przez redaktora Marchewkę czy wschód pod dowództwem yours truly? Podzielcie się swoimi opiniami!

Musimy porozmawiać o Zagłębiu Lubin

Kto wie, może w życiu wszystkie słowa, myśli i czyny są podświadomie zaprogramowane tak, żebyśmy prędzej czy później na swojej futbolowej drodze spotkali klub, który będzie pasować do nas idealnie. Może to nie geografia determinuje to, czy będziemy wspierać nasz lokalny zespół? Może to zbiór przekonań i wartości we współpracy z energią wszechświata pcha nas w kierunku drużyny, z którą będziemy się utożsamiać? Jeśli rzeczywiście coś tak nieprawdopodobnego ma rację bytu w tym nieprzewidywalnym świecie, to gratuluję wam, miedziowi fanatycy.

Nie chodzi tutaj o aspekty czysto piłkarskie, a po prostu o całokształt naszej egzystencji. Mogło być znacznie gorzej, ciężko się kłócić z tym, że czasami mogło być też znacznie lepiej. Nie da się jednak ukryć, że na nasze zmysły i szare komórki najlepiej oddziałują bodźce związane z Zagłębiem Lubin. Gdy po raz pierwszy dotarły do naszego mózgu i do naszej duszy, nie było wątpliwości że już się od nich nie odgonimy. Nie da się tak po prostu wyrzec barw, które przeszywają nas dreszczami radości gdy sytuacja wygląda wspaniale i które powodują że obgryzamy sobie paznokcie aż do kości w momentach smutnych. Czy tego chcemy czy nie, zostajemy z Zagłębiem na dobre i na złe, niezależnie od tego jak mocno wmawialibyśmy sobie że nas nie obchodzą.

Zatem niestety trzeba to sobie powiedzieć jasno – jest fatalnie.

Zazwyczaj zaduma następuje po dniu Wszystkich Świętych. W tym roku jest inaczej, bo dzięki działaniom Ekstraklasy i kalendarza gregoriańskiego mecz Piasta Gliwice z Zagłębiem Lubin przypadł na 31 dzień października. I rzeczywiście, piłkarze Piotra Stokowca nie dali swoim kibicom cukierków, ale spłatali całkiem poważnego psikusa. Ktoś może pomyśleć, że porażka 0-2 z liderem na jego terenie nie przynosi wstydu. Mam jednak nadzieję, że nikt nie powie tego do mnie, bo wtedy musiałbym go wyśmiać. Ten mecz dał powód do wstydu każdemu, kto próbował go obejrzeć ściskając kciuki za Zagłębie. Przegrane starcie z Piastem to kulminacja kompromitującej passy Miedziowych, którzy ostatni raz w lidze wygrali w połowie września, a ostatnią bramkę zdobyli na początku października. To już niemal cztery tygodnie od momentu, kiedy na Zagłębie przynajmniej dało się patrzeć. Nie sądzę, żeby wśród kibiców Zagłębia Lubin znalazł się ktoś, kto w stylu Michała Kucharczyka wytknie mi, że sam jestem fatalny. A nawet jeżeli jestem, to nie zmienia to faktu, że mamy poważny problem.

Zacznijmy analizę spotkania z Piastem od największej kontrowersji. Próbuję w myślach na wiele różnych sposobów wytłumaczyć, dlaczego Piotr Stokowiec zdecydował się na ustawienie czterech środkowych pomocników i ani jednego skrzydłowego.  Jestem przekonany, że krył się pod tym jakiś pomysł na okiełznanie przewagi liczebnej Piasta w środku pola. To błyskotliwe rozwiązanie okazało się jeszcze mniej trafione niż połączenie partii lewicowych w Zjednoczoną Lewicę. Piast raz po raz śmigał sobie po bokach, nie miał też problemu z graniem piłką w centralnej części boiska. Pomocnicy Zagłębia musieli biegać to na skrzydło, to do środka i generalnie być wszędzie, gdzie mogli być skrzydłowi gdyby tylko Piotr Stokowiec zdecydował się ich wystawić. Skala poniesionej przez trenera Miedziowych porażki jest tym większa, że mimo tak ogromnego zagęszczenia środka pola pierwsza bramka dla Piasta padła po zagraniu z tej części boiska!

O ile możemy założyć że w defensywie piłkarze gospodarzy nie chcieli się pastwić nad biednymi przyjezdnymi, to dla katastrofy w ataku nie ma żadnego wytłumaczenia. Gdyby tylko muzułmańscy imigranci widzieli, ile miejsca na skrzydłach zostawiali piłkarze Zagłębia Lubin podczas konstruowania akcji ofensywnych, natychmiast wprowadziliby się na stadion Piasta. Vlasko i Rakowski dostawali piłki po czym podawali je w ciemno na skrzydło. Dopiero gdy Patrik Mraz bądź Bartosz Szeliga biegli z futbolówką w przeciwnym kierunku nasi „konstruktorzy gry” orientowali się, że na skrzydle nie było nikogo, bo przecież to oni grają za skrzydłowych. Zamiast korzystać z tego, że Stokowiec dał możliwość pokazania się aż czterem niezłym technicznie zawodnikom raz po raz piłka znajdowała się w powietrzu. Napastnicy próbowali zgrywać te piłki z powrotem do Vlaski i Rakowskiego, czasami to wychodziło a czasami nie, jak to w przerwie powiedział Krzysztof Piątek. Chociaż można pomyśleć, że te karygodne błędy powinny kompletnie skreślić Zagłębie z tej nierównej walki, tak nie było. Największym problemem Miedziowych w pierwszej odsłonie, co może wydawać się nieprawdopodobne, nie był wcale brak skrzydłowych. Uwaga, bo teza może być dla niektórych kontrowersyjna. W pierwszej połowie brakowało nam kogoś takiego jak Arkadiusz Piech. Cały ofensywny kwartet (Vlasko, Rakowski, Papadopulos, K. Piątek) w spotkaniu z Piastem był jak dziecko, które chciało wbiec na przejście dla pieszych na czerwonym świetle, ale kątem oka dostrzegło radiowóz. Początkowe ruchy wskazywały na bieg w kierunku zagranej piłki, ale potem nagle szybkie hamowanie, rozkładanie rąk i patrzenie się po sobie w celu ustalenia bardziej winnego. Gdyby w drużynie Zagłębia był w piątkowe popołudnie szybki człowiek z klapkami na oczach, może przypadkiem piłka wpadłaby do bramki Szmatuły. Niestety Miedziowi mieli w składzie ludzi wolniejszych od pogrzebu, którzy zamiast jednocześnie myśleć i robić, to myśleli a potem było już za późno.

We wszelakich mediach opisujących to spotkanie z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością pojawi się hasło-wytrych – „mecz walki”. Prawda jest taka, że to nie był mecz walki. To był mecz cwaniaków wykorzystujących swoje atuty i umiejących zrobić użytek ze swojej przewagi fizycznej z piłkarzami, których frustracja wyłącznie narastała. Miedziowi mieli zaledwie jeden moment dobrej gry – minuty po wejściu Janoszki i Janusa a przed stratą drugiej bramki. Wtedy pojawiło się trochę więcej stabilizacji, bardziej znane ustawienie, odpowiednio dobrane role. Na tablicy wciąż było tylko 1-0 i nawet gol-farfocel mógł tutaj wiele zmienić. Niestety, po raz kolejny nie dobrano odpowiednich środków do wykonania pracy. Zamiast szybkiego przemieszczania się w strefie ofensywnej, wymienności pozycji i innych elementów mających na celu wprowadzenie chaosu w defensywie Piasta piłkarze Zagłębia do bólu ułatwili gospodarzom obronę. Receptą na całe zło miało być pałowanie piłki z bocznych sektorów boiska na głowę Michala Papadopulosa w nadziei na to, że Czech zatrzyma czas, ustawi piłkę tak jak sobie tego życzy i odda strzał bądź poda tak, że na pewno będzie z tego bramka. Efekt? Najlepszy strzelec Zagłębia nie doszedł w tym etapie gry do ani jednego dośrodkowania.

Zostańmy jeszcze przy ofensywie. Dużo krytyki na pewno spadnie także na Jana Vlaskę, ale po raz kolejny muszę stanąć w jego obronie, przynajmniej jeżeli chodzi o pierwszą połowę spotkania. Starał się, naprawdę się starał! Możecie rzucać we mnie liczbami i pisać, że zaliczył kilka poważnych strat, ale taka sytuacja ma miejsce gdy człowiek biega na całej szerokości boiska, a potem nie ma co zrobić. Piast zamykał kanały do podania błyskawicznie, pressował bez wytchnienia a nikt nie kwapił się żeby wziąć na siebie troszkę więcej odpowiedzialności ponad przyjęcie i oddanie. Po przerwie chłop najzwyczajniej w świecie się poddał, odpuścił i był do zmiany. Można zarzucić mu, że gra pod siebie, nie podejmuje dobrych decyzji – to wszystko trzeba przyznać krytykom gry Słowaka. Jednak bez niego w pierwszej połowie równie dobrze piłkarze Zagłębia mogliby się położyć.

A, wspominałem już że Zagłębie Lubin nie oddało w tym meczu ani jednego celnego strzału? Nie? Zatem jeszcze raz, żeby utknęło w świadomości – piłkarze profesjonalnego klubu piłkarskiego Zagłębie Lubin z siedzibą w Lubinie ani razu nie zmusili Jakuba Szmatuły do interwencji. To jest kurwa nieprawdopodobne…

No ale dobrze, gdzieś na boisku jest jeszcze defensywa. Łukasz Piątek biegał i biegał i biegał, z przerwą na bieganie, ale niczego konkretnego nie wybiegał. Nie zdołał nawet złapać żółtej kartki, które pan sędzia Stefański rozdawał chętniej niż mandaty za jazdę po pijaku po sylwestrze. Wierzę, że Jarosław Kubicki po jednym ze spotkań otrzyma od Weszło dożywotni karnet na siłownię i zrobi z niego użytek, bo nawet jeśli przy drugiej bramce dla Piasta był faul Vacka, to pomocnikowi nie wypada się tak przewracać. Chwalimy Lubomira Guldana i Macieja Dąbrowskiego za elegancję w grze, lecz dzisiaj elegancja była do bólu irytująca. Wszelkie piłki zawieszone tuż nad progiem wyborczym po delikatnych zagraniach wewnętrzną częścią stopy były przechwytywane przez obrońców. Guldan z Dąbrowskim również grali na pamięć, nie myśląc o ustawieniu klubu, nie biorąc pod uwagę okoliczności przyrody i nie analizując mocnych stron, które chciał wykorzystać Piotr Stokowiec. Aleksandar Todorovski i Djordje Cotra bez skrzydłowych musieli robić więcej niż zazwyczaj i widać to było zwłaszcza przy powrotach do obrony. Na flankach były hektary miejsca dla Nespora i Barisicia. W te sektory zbiegali stoperzy, a w ich miejsce wbiegali Piątek z Kubickim. W efekcie nikt nic nie wiedział i właściwie dwie godziny po końcowym gwizdku zastanawiam się, jakim cudem Zagłębie przegrało zaledwie 0-2. Przecież do 54 minuty, mając na boisku czterech środkowych pomocników Miedziowi grali z absolutnym pominięciem środkowej formacji! Powinniśmy być wdzięczni gliwiczanom za tak niski wymiar kary.

Ale spójrzmy na ten mecz z zupełnie innej perspektywy. A co, jeżeli Piotr Stokowiec poprzez porażkę z Piastem i w ogóle całą tę katastrofalną serię próbował nam coś przekazać? Wystawiając czterech środkowych pomocników (obiecuję, że ostatni raz o tym wspominam) chciał nauczyć nas, że w życiu nie można nigdy poprzestawać na sprawdzonych rozwiązaniach. Licząc na wszechstronność Vlaski i w konsekwencji przegrywając to rozdanie dał nam do zrozumienia, że czasami mając wszystkie atuty w ręku i tak sami niczego nie zdziałamy. Przez 4 mecze bez strzelonego gola daje nam do zrozumienia, że impotencja może dotknąć w pewnym momencie każdego. Trzymając na ławce Jakuba Tosika uświadamia nam, że przychodzi w życiu taka chwila, w której należy powstrzymać gniew i chęć zemsty. Grając zawodnikami bez formy mówi wprost – do nikogo nie można się przywiązywać. Wspominając wielokrotnie o dobrych momentach w grze Zagłębia próbuje nas nauczy cieszenia się chwilą. Przychodząc do Lubina, miał za zadanie odmienić wizerunek tego klubu, zmienić jego mentalność, odgonić złe duchy. Nie można mu odmówić determinacji. Uparcie dąży do zrealizowania postawionych przed nim celów. Z tej fatalnej passy można wyciągnąć kolejną naukę ze szkoły Piotra Stokowca – czasami warto na chwilę odetchnąć, sprawdzić co przynosiło efekty i wrócić do tej metody. Kto nie analizuje porażek, może zapomnieć o sukcesach.

Szóstego listopada powinniśmy poznać prawdziwą twarz Zagłębia Lubin. Najwyższa pora zobaczyć, jak ludzie dla których odmrażamy sobie tyłki podczas jesiennych spotkań radzą sobie z takimi przeciwnościami losu. Piotr Stokowiec cieszy się zaufaniem zarządu i powinien cieszyć się również naszym. To dla niego pierwsza tak poważna próba. Po roku budowania odpowiedniej kadry i całkiem dobrym starcie do sezonu w jego maszynie parę trybów zaczęło zgrzytać. Czas zrobić przegląd i naoliwić problematyczne obszary. Oddajmy się zadumie a po weekendzie wierzmy w to, że od meczu z Wisłą nadejdzie miedziana lubińska jesień. Do zobaczenia na stadionie!

Hiszpańska ruletka – zapowiedź sezonu 2015/16 w wykonaniu Evertonu

Och, co za czas na bycie kibicem Evertonu! Manchestery, Chelsea i Arsenal mają furę pieniędzy i mocne kadry. Pozostałe kluby z tak zwanego top 6 –  Tottenham i Liverpool również teoretycznie mają budżet i potencjał kadrowy na odjechanie The Toffees ale na szczęście tutaj działają bogowie futbolu, zrzucając na Spurs i The Reds fatum. W okolicy czai się Southampton, kostki podgryza Swansea. Nikt nie wie, co ma w planach Mark Hughes i trochę mnie to niepokoi. Pojawiło się zatem dziewięć klubów, które mogą spokojnie na mecie sezonu 2015/16 być przed Evertonem. Klubem z pięknym lecz przestarzałym stadionem, prezesem do którego 80 procent kibiców straciło szacunek i bez pieniędzy, choć te pieniądze ponoć gdzieś są. Szkoda tylko, że nikt nie wie gdzie. Mamy też menedżera, który mimo wszystko zgubił swój rozum i kadrę, z której sezon temu nie potrafił wycisnąć maksimum. Przed zespołem z niebieskiej strony rzeki Mersey kampania pełna wyzwań, problemów i nadziei. Jak zawsze w przypadku Evertonu, wszystko może pójść świetnie, ale i katastrofalnie. Co gorsza, na razie trzeba skłaniać się ku niezbyt optymistycznej wersji wydarzeń. Czas na prawdopodobnie najlepszą zapowiedź sezonu EFC w polskim internecie. (Głównie dlatego, że nikogo innego nie interesuje napisanie więcej niż pięciuset słów na temat podrzędnego klubiku, który ostatni raz wygrał coś w 1995 roku. Tak, to już niemal dwadzieścia lat odkąd 13 sierpnia 1995 roku Vincent Samways w 87. minucie Tarczy Dobroczynności wpakował piłkę do siatki strzeżonej przez Tima Flowersa. Everton pokonał Blackburn Rovers 1-0. Everton. Blackburn Rovers. Zdobywca FA Cup i mistrz Anglii. To były czasy.)

Zacznijmy od osoby budzącej od stycznia największe kontrowersje wśród kibiców Evertonu. Do czego w ogóle jest zdolny Roberto Martinez? Czy jego prawdziwą twarzą jest ta z sezonu 2013/14, kiedy w Evertonie można było się zakochać bez pamięci? A może jednak jedyne słuszne oblicze hiszpańskiego menedżera to posępna mina, pusty wzrok i zapętlenie mózgu na „phenomenal, great character, good mentality” czyli sezon 2014/15? Mam spore obawy co do tego, jak Martinez będzie w nadchodzących rozgrywkach ustawiał swoich podopiecznych. Mając jednego z najlepszych młodych napastników w osobie Romelu Lukaku Hiszpan nie może sobie pozwolić na odizolowywanie go od reszty zespołu dając Belgowi w ramach „wsparcia” fałszywego napastnika i jednego skrzydłowego. Jeśli do tego dojdzie, znowu możemy oglądać byłego zawodnika Chelsea biegającego bez celu po jednej z flanek i dośrodkowującego w pole karne do nikogo. Jeśli dysponujesz napastnikiem, który jest w stanie władować nawet 30 goli we wszystkich rozgrywkach, robisz wszystko żeby te bramki strzelał. Filozofia wydaje się być prosta, prawda? Ale nie, lepiej dalej przebijać piłkę przez Naismitha, patrzeć jak McGeady wkręca w ziemię samego siebie czy grać Barkleyem na wolnym skrzydle. Nie można grać atrakcyjnego futbolu, jeżeli nie wykorzystuje się w pełni możliwości swoich najlepszych zawodników. Oczywiście, jest to okropny truizm. Skoro jednak ja to wiem i wy, drodzy czytelnicy, też to wiecie, to dlaczego Martinez nie zdaje sobie z tego sprawy? Na szczęście istnieje spore prawdopodobieństwo, że szkockiego „pomocnika”, który w zeszłym sezonie zaliczył niesamowitą liczbę 0 asyst nie będziemy oglądać już tak często. To samo powinno tyczyć się Leona Osmana (2 asysty w niecałe 1300 minut).

Martinez od początku 2015 roku był zagubiony, nie miał zielonego pojęcia jak wyjść z kryzysu, w którym znalazł się jego klubu. Kulminacją wstydu był mecz z Dynamem Kijów, gdzie zespół z Liverpoolu zebrał okrutne lanie i wrócił do domu na największej możliwej tarczy. W tym spotkaniu miał nieprzyjemność wystąpić człowiek, który w ogóle nie powinien był zostać dopuszczony do dotknięcia koszulki Evertonu. Antolin Alcaraz. Jeden z czterech byłych graczy Wigan sprowadzonych przez Roberto Martineza dwa lata temu. Piłkarz-parodysta, który nawet w Ekstraklasie trafiłby do jedenastki badziewiaków. Po jego odejściu zostało trzech, McCarthy i Robles (o nich później) oraz Arouna Kone. Dołączmy do tego transfer Samuela Eto’o, który od początku do końca wydawał się być jakimś grubymi nićmi szytym podstępem, wydanie jakichkolwiek pieniędzy na Aidena McGeady’ego oraz wręczenie trzyletniego kontraktu dla niespełna 34-letniego Garetha Barry’ego. Zaczyna się wam zarysowywać obraz cżłowieka, który nie za dobrze potrafi dobrać zawodników do tego, co chce z klubem osiągnąć? Wypożyczenie Lennona, zapłacenie 11 milionów funtów za McCarthy’ego i  pobicie klubowego rekordu kupując Romelu Lukaku to tak zwane no-brainers. Wciąż nie można powiedzieć z pełnym przekonaniem, jak rozwinie się Muhamed Besic. Do końca okienka zostały ponad 3 tygodnie. Oznacza to, że w Mersey upłynęło już sporo wody, a Everton sprowadził tylko dwóch zawodników – obaj mogą być na dobrą sprawę wyłącznie zmiennikami. Martinez podkreśla, że potrzebuje co najmniej nowych zawodników i zaznacza, że negocjacje trwają cały czas, ale potwierdzeń nie ma, a wiadomo jak ryzykowne jest wprowadzanie do gry zawodnika w trakcie sezonu. O potrzebie sprowadzenia obrońcy wiadomo było już w połowie kwietnia, gdy Distin i Alcaraz byli nogą, korpusem i głową poza klubem. Roberto Martinez przez kilka miesięcy nie znalazł żadnego defensora, który mógłby być trzecim/czwartym obrońcą w klubie. Zostajemy zatem z Jagielką, Stonesem i młodym Gallowayem. Jeśli Hiszpan wstawi do środka defensywy Barry’ego to sam wyda na siebie wyrok. Ta sama sytuacja ma miejsce na skrzydłach – Steven Pienaar łamie się czekając 30 sekund na przejściu dla pieszych. O McGeady’m nie chcę pisać więcej, rozumiecie chyba jaki to typ piłkarza. Oznacza to, że Everton ma obecnie dwóch zdrowych skrzydłowych – Deulofeu i Mirallasa. No i hej, czy Romelu Lukaku wytrzyma cały sezon robienia wszystkiego w ataku? Bo przecież Arouna Kone może doznać kontuzji podczas spania, a Steven Naismith ostatni dobry mecz zagrał w grudniu 2014. W pełni rozumiem, że The Toffees nie dysponują skarbcem niczym Sknerus McKwacz, ale nawet z ograniczonym budżetem transferowym można w dzisiejszych czasach znaleźć piłkarza prezentującego odpowiedni poziom. Czy ktoś zna numer do dobrego dyrektora sportowego?

Dobrze, załóżmy jednak że Roberto Martinez sprowadzi, dajmy na to, Xherdana Shaqiriego, Sebastiana De Maio (obaj pojawiają się w najnowszych plotkach) i jakiegoś napastnika. Kadra będzie odpowiednio szeroka, a Hiszpan odkryje rewolucyjną metodę wykorzystywania atutów swoich piłkarzy. Załóżmy, że rzeczywiście pomysły byłego menedżera Wigan i Swansea się sprawdzą i nie będzie można mu niczego zarzucić. Zostawiając generała za sobą, pora na przegląd wojsk.

W którym miejscu kariery znajduje się Tim Howard?

To jedna z kluczowych kwestii przed tym sezonem. Minister obrony narodowej USA i jeden z bohaterów mundialu 2014 był fatalny w rozgrywkach 2014/15. FA-TAL-NY! Zobaczmy, kto był lepszym bramkarzem per-90:

Robles vs Howard

Szok i niedowierzanie! Tim Howard nie był w stanie obronić swojej brody przed ścięciem, a co dopiero strzału lecącego na jego bramkę. Oczywiście, można zarzucać też obrońcom, że nie potrafili poradzić sobie z zagrożeniem (każdy z czwórki stoperów zanotował zaledwie jeden zablokowany strzał/90 minut!). Nie szukamy jednak usprawiedliwień dla człowieka, który potrafi zrobić coś takiego.

Czy Roberto Martinez znowu będzie grał Howardem gdy tylko nadarzy się do tego okazja? Zapewne przez pierwszych kilka spotkań dostanie okazję do rehabilitacji za dramatyczną kampanię 14/15, ale mam nadzieję że Hiszpan w razie powtórki z rozrywki nie zawaha się i postawi na swojego rodaka. Joel Robles pokazał w limitowanych minutach, że potrafi bronić. Musi dać Martinezowi jeszcze więcej powodów do przekazania mu stałego miejsca w bramce.

Czy Leighton Baines i Seamus Coleman pasują grą do słów: nowoczesny boczny defensor? Czemu Roberto Martinez oddał Luke’a Garbutta do Fulham?

Seamus Coleman przestał atakować. Ups. Niemal w każdym aspekcie gry ofensywnej zanotował regres. Udane rajdy, strzały, asysty, podania do przodu, procent celnych podań, stworzone dla kolegów szanse – w żadnym z tych aspektów Irlandczyk nie był lepszy niż w sezonie 13/14. To niezwykle poważny problem, po części związany z człowiekiem, który swoją grą natchnął Everton do lepszej gry. Seamus Coleman potrzebuje skrzydłowego, który schodzi do środka. Musi mieć partnera, z którym może grać na obieg. Aaron Lennon kimś takim nie był. Miał taki sam preferowany repertuar i wachlarz zagrań co obrońca The Toffees. Czy po odejściu Lennona i powrocie uwielbiającego ścinać do środka Deulofeu Coleman wróci do topowej formy? Po drugiej stronie obrony również doszło do zmiany ról. Leighton Baines stał się bardziej inteligentny w ataku. Dwa lata temu idealnie współpracował z Stevenem Pienaarem, a teraz Roberto Martinez zdecydował się grać bez lewoskrzydłowego. Uwolnił pełną moc Anglika w ofensywie, lecz uczynił to kosztem zmniejszonej efektywności w obronie. Najlepsza lewa noga w reprezentacji Dumy Albionu nie wygrywa tak wielu pojedynków (aż o 30 mniej niż w sezonie 2013/14!), częściej musi uciekać się do przechwytów zamiast dobrego ustawienia się i gry 1 na 1. Oczywiście, dzięki temu że Martinez zabrał mu jakiekolwiek hamulce w konstruowaniu gry, Baines kreuje więcej okazji dla swoich kolegów z zespołu (70 w 14/15 i 48 w 13/14), zanotował 9 asyst grając jako nominalny obrońca. Skoro Hiszpan może znowu grać jednym skrzydłowym, warto byłoby przestawić Bainesa do pomocy, lecz nie do jej środka, a na lewą flankę? Skoro i tak Leighton atakuje z głębi pola, może lepszym rozwiązaniem byłoby dać mu absolutnie wolną rękę w poczynaniach ofensywnych, ale zabezpieczyć jego zapędy za pomocą lewego obrońcy. Biorąc pod uwagę podatność na kontuzje Bryana Oviedo, aż prosi się żeby w takiej sytuacji wstawić do składu Luke’a Garbutta, który najprawdopodobniej stanie się następcą Bainesa. Gdyby młody obrońca regularnie ubezpieczał swojego starszego kolegę z zespołu i współpracowałby z nim w ataku, zdobyłby znacznie więcej doświadczenia niż na wypożyczeniu w Championship.

Kto pierwszy odpowiednio: popełni piłkarski kryminał i poda wprost pod nogi przeciwnika; będzie pauzował za kartki; zanotuje asystę; wykona absolutnie nielegalny wślizg ale zrobi to tak, że sędzia nie zauważy; straci sporo minut na rzecz Toma Cleverleya – Muhamed Besic czy Gareth Barry?

Odpowiedzi: Barry, Besic, Barry, Besic, Besic.

Co się stanie, jeśli John Stones odejdzie, a Roberto Martinez uzna że warto będzie grać Jagielką i Gallowayem?

Mam ogromną nadzieję, że John Stones nie spędzi najlepszych lat swojej kariery w Chelsea. Jestem zaskoczony, że nie próbuje o niego powalczyć Louis van Gaal, gdyż takiego obrońcy Manchester United potrzebuje i, jak przekonamy się za 10 miesięcy, potrzebować będzie. Oczywiście chciałbym, żeby Stones został w The Toffees na zawsze, ale pewnie moje życzenie nie zostanie spełnione. Jeśli Jose Mourinho uda się go sprowadzić już teraz, a Martinez nie znajdzie zastępcy, Everton jest w ogromnych, naprawdę ogromnych tarapatach. Nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić, jak defensywa EFC zacznie wpuszczać gola za golem. Brandon Galloway spali się pod niesamowitą odpowiedzialnością, która spadnie na niego jak grom z jasnego nieba. Phil Jagielka powie Martinezowi, że jego nie interesuje takie granie i ze skutkiem natychmiastowym kończy karierę, zrzekając się pensji pozostałej do końca jego kontraktu. Po Howardzie zostanie w bramce tylko jego broda. W akcie desperacji Hiszpan wystawi w środku obrony Garetha Barry’ego i wtedy dojdzie do pierwszego w historii klubu samobójstwa na trybunach Goodison Park. Innymi słowy: nadeszłaby apokalipsa. Najpierw zastępstwo, potem sprzedaż. I nie interesuje mnie, co myśli Mourinho. Jak kocha, to poczeka.

Czy Gerard Deulofeu jest w stanie być zdrowy, a do tego być efektowny ORAZ efektywny?

Miałem pisać o Deulofeu już w momencie oficjalnego potwierdzenia transferu, ale uznałem że lepiej będzie odłożyć ten temat do ostatniej możliwej chwili. W teorii wszystko wydaje się być proste – Gerard to bezczelny młody chłopak, który najchętniej dryblowałby zawsze i wszędzie, porywając swoimi udanymi zagraniami tłumy. Problem w tym, że samo popisywanie się nie wystarczy, wypadałoby również na przykład, no nie wiem, podać do któregoś ze swoich partnerów? Niemal 4,5 próby dryblingu/90 minut i… 1 szansa wykreowana kolegom oraz 3 strzały/90 minut. Do tego dochodzą kwestie zdrowotne. Deulofeu ze względu na swój styl gry nie jest pobłażliwie traktowany przez defensorów i biorąc pod uwagę jego budowę, może sporo czasu spędzić w gabinetach lekarskich. Jeśli obserwujecie Premier League, to zapewne wiecie, że szanse na kontuzję są w przypadku graczy Evertonu znacznie zwiększone. Mimo to, oczekiwania wobec młodego Hiszpana będą spore – gdy znajdzie się w meczowej formie, trafi pewnie do wyjściowej 11. Martinez zapewne zleci mu zrobienie użytku ze swojej kreatywności, wprowadzenia do gry Evertonu elementu zaskoczenia, nieprzewidywalności. W Polsce nazywalibyśmy to robieniem wiatru, ale to nie Ekstraklasa, tylko poważna światowa piłka. Czy Deulofeu poradzi sobie z tym wyzwaniem? Musi, bo jego dublerem jest Aiden McGeady.

Które krzesełko na ławce rezerwowych zostanie ulubionym siedzeniem Toma Cleverleya?

Jeśli były już Czerwony Diabeł liczy na miejsce w wyjściowej jedenastce od pierwszego gwizdka sezonu 2014/15, to muszę go rozczarować. Niezależnie od pozycji, którą reprezentant Anglii sobie upatrzył, jest drugi w kolejce do gry. Nie wygryzie McCarthy’ego i Barkleya, może o tym zapomnieć. Jedyna szansa to gotowość do gry Deulofeu, bo jeśli Hiszpan okaże się niezdolny do występu w spotkaniu z Watfordem, Cleverley może znaleźć się na lewej stronie pomocy. Oczywiście nie jest on skrzydłowym, więc zrobi tłok w środku pola i zostawi flankę otwartą dla Bainesa. Wszyscy, którzy chcieli zostawić sezon 2014/15 za sobą, zostaną niemile rozczarowani już na inaugurację! To byłaby wspaniała katastrofa. Tom Cleverley – nowy lewy ławkowy Everton Football Club.

Czy ktoś mógłby mi przedstawić warunki które trzeba spełnić żeby ubezpieczyć piłkarzy? 

Przemyślmy to. Na początek kilka nazwisk. Oviedo, Kone, Gibson, Pienaar, teraz może Deulofeu, po części McCarthy. Tak, wszyscy ci dżentelmeni reprezentują The Toffees. Czwórka z nich więcej czasu spędza w gabinetach lekarskich i na dobrą sprawę nikt nie wie kiedy i czy na pewno wrócą do poważnego grania. Będzie ciężko ich sprzedać, więc jeśli nie wyzdrowieją, odejdą na zasadzie wolnego transferu. W związku z tym Everton będzie wypłacał im pensje za to, że się leczą = stracone pieniądze. A gdyby tak zaraz po dopuszczeniu każdego z tych piłkarzy do gry ubezpieczyć się na wypadek kolejnego urazu? Nawet gdyby miało to kosztować klub równowartość tygodniowej pensji wszystkich tych graczy. Kwoty takiego ubezpieczenia załagodziłyby wypłaty gaży dla piłkarzy, którzy wciąż i nieustannie próbują dojść do formy. To nie ich wina, że zdrowie im doskwiera, tak się zdarza. Niby strzeżonego Pan Bóg strzeże, ale może warto jednak pomyśleć o planie B?

Okej, Rygiel, teraz na poważnie. O co ma w tym sezonie walczyć Everton i jak to wszystko się skończy?

Nikt nie spodziewa się po The Toffees walki o miejsce w Lidze Mistrzów. Obecna kadra prawdopodobnie jest w stanie rywalizować z Southampton, Liverpoolem i Tottenhamem o miejsca dające udział w Lidze Europy. Myślę jednak, że dla kibiców Evertonu ważniejsze od końcowej pozycji w lidze (dającej utrzymanie oczywiście) jest zdobycie trofeum. Celem powinien być zatem Puchar Anglii. Na dłuższą metę klub z niebieskiej strony rzeki Mersey nie jest w stanie wytrzymać tempa Top 4, lecz w pojedynczym starciu, jeśli trafią na swój dzień – nic nie jest wykluczone. Po 21 latach do zakurzonej gabloty z trofeami powinno wreszcie dołączyć kolejne. W końcu Everton ma więcej mistrzostw niż Chelsea i Manchester City razem wzięte. Wciąż jest to wielki klub z wielką historią, wypadałoby o sobie przypomnieć, prawda?

Rozpatrzmy jednak trzy scenariusze:

1) Roberto Martinez nie sprowadzi nikogo nowego. Piłkarze po dobrym starcie będą zbyt zmęczeni żeby wytrzymać tempo sezonu, a rezerwowi dopiero rozpoczną swoje rehabilitacje. Okres świąteczno-noworoczny okaże się zmorą, Everton odpadnie wtedy z obu pucharów i będzie się pałętał w okolicach 14-15 miejsca. Kibice nie wytrzymają, presja będzie zbyt wielka i Martinez odejdzie. Na jego miejsce przyjdzie Frank Rijkaard i będzie chciał grać jak Cracovia Wojciecha Stawowego. Everton spadnie i wróci do Premiership gdy wszystkie pozostałe kluby tej ligi zbankrutują od spekulowania wartością jednego z brazylijskich talentów. Menedżerem Evertonu będzie wtedy Andrij Shevchenko, a 45-letni Leon Osman w roli kapitana wzniesie trofeum za zwycięstwo w Championship. Jest rok 2026. The Toffees dalej grają na Goodison Park, lecz trybuny są zamknięte bo inspektor nadzoru budowlanego nie pozwolił kibicom wchodzić na mecze, a klubu nie stać na nowy stadion. Fani stoją zatem przed stadionem i domagają się od prezesa, Billa Kenwrighta, wydania pieniędzy za sprzedaż Artety w 2011 na nowych zawodników. Tim Howard, mający już 47 lat i endoprotezy zamiast rąk rozegra sezon życia. Dzięki rewolucyjnej metodzie naukowcy przywrócą do życia Dixiego Deana i to on zostanie najlepszym strzelcem Premiership w sezonie 2026/27. Tak będzie i mogę postawić na to swoje pieniądze.

2) Everton wróci do stylu gry z sezonu 2013/14. Dojdą przynajmniej trzej nowi piłkarze, każdy z miejsca stanie się wzmocnieniem pierwszego składu. Większość składu będzie zdrowa, Lukaku zostanie królem strzelców a Martinez odzyska stracone zaufanie. Everton skończy sezon na 5 miejscu i wygra FA Cup.

3) Nic a nic się nie zmieni, a za rok zmienię tylko dane osobowe.

OFICJALNE PRZEWIDYWANIA AUTORA: Siódme miejsce, zwycięstwo FA Cup (a co mi tam, niech będzie!), ćwierćfinał COC, Martinez nie zostanie zwolniony, Lukaku strzeli 24 gole w PL, Kevin Mirallas będzie nas zachwycał, a na efektywnego Deulofeu przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać.