Jak ustawić cegły, żeby mur był szczelny?

Doszliśmy do tego momentu w sezonie, kiedy zaczynamy się zastanawiać, czy Piotr Stokowiec wciąż jest odpowiednim człowiekiem na stanowisko trenera Zagłębia Lubin. Żeby rozwiać wszystkie wątpliwości już na starcie odpowiadam: tak, jest. Tylko warto się zastanowić, czy decyzje podejmowane przez niego w ostatnich tygodniach przynoszą pożądany efekt. Tu pojawiają się wątpliwości, bo problemów zdaje się być więcej niż odpowiedzi.

Przede wszystkim niepokój budzi defensywa lubinian, która w październikowych spotkaniach LOTTO Ekstraklasy straciła siedem bramek w zaledwie trzech meczach. To tylko jeden gol mniej niż w pozostałych jedenastu. Jak doszło do tego, że jedna z najlepszych formacji w lidze nagle złapała tak drastyczną obniżkę formy? Wyjaśnienia upatruję głównie na pozycjach wahadłowych.

Dlaczego przestał grać Alan Czerwiński? Tego nie wiemy, ale wyróżniający się na tle pozostałych prawych obrońców były gracz GKS-u Katowice ostatni raz wyszedł na boisko w pierwszym składzie przeciwko Lechii Gdańsk. Potem zniknął i w lidze już się nie pojawił. Efekt? Podany wyżej. Jego miejsce zajął Arkadiusz Woźniak, epizodycznie na murawie meldowali się także Aleksandar Todorovski i Krzysztof Janus.

Po konferencji prasowej po spotkaniu Zagłębia z Piastem Gliwice zapytaliśmy trenera Stokowca, co jest z Alanem, którego występy robiły tak duże wrażenie, że nawet mówiono o nim w kontekście reprezentacji Polski. Odpowiedź, jaką usłyszeliśmy, mogła spowodować tylko jedną reakcję: aha, w porządku. Brzmiała ona „nic nie jest, taka decyzja”. To dość dziwne, zważywszy, że sportowo 24-letni wahadłowy jest w moim odczuciu lepszym piłkarzem na tę pozycję niż Woźniak, Todorovski czy Janus.

Owszem, „Wąski” ma podobne parametry motoryczne, zawsze zostawia na boisku serce i nie można mu odmówić bycia jednym z liderów zespołu na boisku oraz poza nim. Jednak dwie ze swoich trzech asyst zanotował jako kolega Jakuba Świerczoka w ataku, a trzecią, w meczu z Jagiellonią, poprzez wyłożenie piłki nowemu reprezentantowi Polski na pustą bramkę.

Nie sądzę, żeby Woźniak był lepszym obrońcą i miał lepsze dośrodkowanie niż Czerwiński, który na prawej flance spędził całą swoją karierę. Rzucany z pozycji na pozycję wychowanek Zagłębia może i jest bardziej wszechstronnym zawodnikiem, ale na tak newralgicznej dla sukcesu całego systemu pozycji wolałbym jednak oglądać specjalistę. Tym jest dla mnie Czerwiński i im szybciej odzyska zaufanie trenera Stokowca (bo chyba o to tutaj chodzi), tym lepiej wyjdzie na tym klub z Lubina.

Powrót na boisko jednego z lepszych letnich transferów Zagłębia mógłby także wpłynąć pozytywnie na Lubomira Guldana. Słowak przeciwko Jagiellonii był kompletnie zagubiony, jakby grał całe życie w ataku i nagle musiał łatać wszystkie dziury w obronie. Piłkarze z Białegostoku obnażyli brak dynamiki i zwrotności kapitana „Miedziowych” – a tego nie da się nadrobić świetnym ustawianiem się, gdy dookoła są hektary miejsca. Może na małej przestrzeni Guldan doświadczeniem zamaskowałby swoje braki, ale w zeszłym tygodniu wolnego pola do popisu dla skrzydłowych Jagiellonii było aż nadto.

Oczywiście nie pomógł w tym fakt, że po swojej prawej stronie 34-letni stoper miał Aleksandara Todorovskiego, który coraz bardziej przypomina rolą Krzysztofa Oliwę niż zawodnika, który miałby wprowadzać spokój w defensywie. Wydawać by się mogło, że prędzej w tym charakterze zobaczymy Jakuba Tosika, ale po pierwsze gra on mało, a po drugie przestał być jedną z ostatnich instancji chroniących przed strzałem, więc nie musi się tak często uciekać do rozwiązań ostatecznych.

Osobiście naprawdę z chęcią zobaczyłbym w składzie Dominika Jończego, który cieszy się zaufaniem selekcjonera reprezentacji U-20, a umówmy się, że to już coś znaczy. Stoper Zagłębia w zeszłym sezonie mignął nam na ekstraklasowych boiskach i nie pozostawił po sobie złego wrażenia, chociaż oczywiście przytrafiały mu się problemy z ustawianiem, to ogólnie rzecz ujmując, zaprezentował się z dobrej strony. Teraz, kiedy forma Guldana jest co najwyżej przeciętna, a stan zdrowia Bartosza Kopacza oraz przyszłość Jarosława Jacha niepewne, warto by wznowić ogrywanie młodego defensora, zanim latem okaże się, że trzeba będzie szukać dwóch stoperów na już.

Jestem przekonany, że większość kibiców mając do wyboru młodego i perspektywicznego zawodnika (podkreślę jeszcze raz, młodzieżowego reprezentanta Polski) lub niespełna 34-letniego gracza, któremu za półtora miesiąca kończy się kontrakt i nie ma sygnałów o jego przedłużeniu, zdecyduje się na tego pierwszego. Decyzja należy jednak do sztabu szkoleniowego.

Na lewym wahadle niepodzielnie przez jakiś czas będzie rządził Sasa Balić. Pierwsze występy czarnogórskiego defensora napawały umiarkowanym optymizmem, ale szybko popadł w przeciętność. Obecnie trudno jednoznacznie określić jego transfer wzmocnieniem. Niestety kontuzja Daniela Dziwniela sprawiła, że jego jedynym konkurentem w wizji trenera Stokowca jest Łukasz Janoszka.

„Ecik” grał na tej pozycji z konieczności i widać, że nie czuje się na niej dobrze. W przeciwieństwie do Woźniaka, były gracz Ruchu Chorzów nie gwarantuje wycieczek z jednego końca boiska na drugi przez 90 minut, a już na pewno nie w takim tempie i na takiej intensywności jak wychowanek Zagłębia. Coraz częściej bazuje na swojej boiskowej inteligencji, starając się być wartościowym graczem za sprawą przemyślanych zagrań, a nie wyścigów z obroną przeciwnika. To też ma swoje plusy, ale raczej nie w przypadku, kiedy jedyną asekuracją jest jeden z trzech stoperów, co automatycznie rozciąga linię defensywną Zagłębia stwarzając coraz więcej problemów. Nic zatem dziwnego, że Stokowiec nie sięga po to rozwiązanie, kiedy nie musi.

Inną opcją jest powrót do tego, co napędzało lubinian zanim w derbowym meczu ze Śląskiem nastąpił moment „eureka!” i odkrycie gry z wahadłami. Czy granie systemem 4-2-3-1 albo 4-4-2 jest na tę chwilę możliwe? Biorąc pod uwagę bolączki w defensywie, podwójne zabezpieczenie skrzydeł może być rozwiązaniem tamującym przecieki w obronie. Mam jednak wątpliwości, czy przy obecnej formie bocznych pomocników Zagłębia nie jest to przytrzymywanie dziury w tamie obiema rękami, jednocześnie pozwalając wodzie na płynięcie wartkim strumieniem w innym miejscu.

Przy systemie 4-2-3-1 w tej chwili skład Zagłębia mógłby wyglądać następująco: Polacek – Czerwiński, Kopacz, Jach, Balić – Matuszczyk, Kubicki, Woźniak, Jagiełło, Pawłowski – Świerczok. Przyznam, że jest to jakaś alternatywa, która przede wszystkim dałaby odpocząć Guldanowi i choć to zdecydowanie mniej agresywne ustawienie niż preferowane obecnie, wciąż może być skuteczne w ofensywie.

Czasami gdy zespołowi nie idzie, warto powrócić do korzeni, przestać kombinować i szukać rozwiązań, które koniecznie muszą wprowadzić efekt zaskoczenia. Zrobić krok w tył, spojrzeć na wszystko z dystansu, zobaczyć co działało i pójść w tym kierunku. Oczywiście trudno przewidzieć, co zrobi Piotr Stokowiec, bo trener Zagłębia już nie raz i nie dwa udowadniał, że w aspekcie zestawiania składu stać go na wiele, ale cierpliwość kibiców powoli się wyczerpuje. Przekonujące zwycięstwo nad Cracovią ostudzi gorące głowy, ale kolejna strata punktów tylko pogłębi niepokój i sprawi, że przez przerwę reprezentacyjną spekulacje tylko nabiorą na sile.

Z pomocą trenerowi Stokowcowi przychodzi prezes Robert Sadowski, który niezmiennie ma zaufanie do szkoleniowca „Miedziowych”. Przed meczem z Jagiellonią przytoczyłem cytat z rozmowy z portalem sport.tvp.pl, ale umknął mi jeden ważny szczegół, z którego zdałem sobie sprawę dopiero w ten weekend. We wspomnianej rozmowie padają następujące słowa:

Stokowiec zna tych piłkarzy, ponieważ od kilku lat regularnie ogląda ich mecze, treningi i zaprasza na zajęcia z pierwszym zespołem. Zwalniając takiego, zwolnilibyśmy świetnie zorientowanego trenera. Potrzeba co najmniej roku, by mieć chociaż średnią wiedzę. Jeżeli chcesz stawiać na młodzież, to musisz mieć kogoś wiedzącego wszystko o tej młodzieży.

Zastanawia wyróżniony przeze mnie fragment. Kto miałby być potencjalnym następcą Stokowca, skoro tak wielki nacisk kładzie się w Lubinie na znajomość akademii? Czy w obliczu potencjalnego kryzysu klub weźmie kogoś, kto ma pełnić rolę strażaka dla pierwszego zespołu, wstawiając na chwilę flagowy okręt klubu do portu? A może jeśli czas Stokowca w stolicy polskiej miedzi dobiegnie końca, pojawi się na jego miejsce ktoś ze struktur klubowych, z doskonałą znajomością młodych piłkarzy? Jeśli klub chce promować młodzież, to czy może sobie pozwolić na zatrudnienie szkoleniowca, który nie będzie miał odpowiedniej wiedzy na temat umiejętności nowego narybku?

W ostatnich latach Zagłębie niejednokrotnie pokazało, że ryzykowne decyzje potrafią być opłacalne. Na razie jednak poruszamy się w strefie teorii – trzeba pozwolić trenerowi Stokowcowi pokonać kolejną przeszkodę. Nawet jeśli październikowo-listopadowa zniżka formy staje się powoli rutyną…

Reklamy

Ostatnie tango kapitana?

Za kadencji Piotra Stokowca w Zagłębiu Lubin można przyzwyczaić się do tego, że na konferencji prasowej po spotkaniu prawdopodobnie padnie kilka utartych wypowiedzi. W pewnym momencie doszło do tego, że na dobrą sprawę można było przewidzieć ją całą i gdy ta wizja realizowała się na naszych oczach, o mało co nie otrzymałem zakazu uczestniczenia w tych pomeczowych spotkaniach. (Na marginesie absolutnie słusznie, podobna sytuacja już się nie powtórzyła).

Nadal jednak co jakiś czas można usłyszeć, że stworzyliśmy dobre widowisko. To właściwie ostatni filar z kilku, które pojawiały się wcześniej. Słowa o nieschodzeniu z obranej drogi… zeszły na dalszy plan. Natomiast praktycznie w ogóle nie pojawia się już kawałek „wprowadzamy młodzież, mamy kilku reprezentantów U-21, opieramy się na akademii”. I słusznie, bo plan zbudowania w Lubinie modelu, który płynnie dostarczałby co sezon chociaż jednego zawodnika gotowego do rywalizacji w pierwszym składzie w tych rozgrywkach napotkał na poważną przeszkodę.

Takiego gracza na tę chwilę w Lubinie nie ma.

Ktoś pomyśli: ale zaraz, gra Jagiełlo, w składzie jest Kubicki, Jachem interesowały się zagraniczne kluby, na ławce cały czas siedzi Buksa, a jeszcze zanim zaginął w czeluściach rezerw był ktoś taki jak Mazek. To mało? Ano mało, bo wszystkich tych zawodników już znamy. Jagiełlo zadebiutował w pierwszym zespole w sezonie 2013/14, Kubicki jest podstawowym piłkarzem od I ligi, Jach robił wrażenie w rezerwach, Buksa wyróżniał się potencjałem za czasów młodej Ekstraklasy w Wiśle Kraków, zaś Mazek cztery lata temu grał dość regularnie w I lidze.

Nie ma impulsu, nie ma nowych nazwisk, które zastąpione zostały bardziej doświadczonymi zawodnikami, gwarantującymi jakość tu i teraz. Doszli Matuszczyk, Kopacz, Pawłowski, Świerczok, Czerwiński, Tuszyński. Pierwsza czwórka praktycznie ma już abonament na grę w wyjściowym składzie, piąty zaraz powinien tam wrócić, a ostatni na razie czeka na słabsze momenty ofensywnego duetu. Nie mówię, że to coś złego, bo Zagłębie mimo trzech niepotrzebnych remisów nadal dość wygodnie siedzi na ligowym podium. Każdy z wymienionych w tym akapicie graczy wnosi coś dobrego do gry „Miedziowych” i w związku z tym nie ma podstaw ku temu, żeby ich zluzować.

Kiedy Zagłębie wchodziło do Ekstraklasy po sezonie banicji w I lidze młodość była fundamentem i wydawało się kwestią czasu sprzedawanie graczy pokroju Krzysztofa Piątka za kilkaset tysięcy euro. Tylko że na razie wypromował się jedynie właśnie Piątek. Nie odszedł Jach, Jagiełło nie myśli o transferze. To jednak nie jest największy problem, bo dzięki możnemu właścicielowi w Lubinie nie trzeba na siłę sprzedawać piłkarzy. Wątpliwości mam zgoła inne – kto na tę chwilę miałby zastąpić Jacha czy Jagiełłę, gdyby do tych transferów doszło?

Gdy kibice mieli mniej lub bardziej dosyć występów Łukasza Piątka i Adriana Rakowskiego pocieszali się tym, że w kolejce stoi właśnie Jagiełło, że świetnie rozwija się Kubicki. Teraz, gdy 20-latek strzela gole z Piastem, a jego 22-letni kolega jest królem Instata nie widać w strukturach wewnętrznych potencjalnych następców.

W wywiadzie dla sport.tvp.pl prezes Zagłębia Lubin, Robert Sadowski, mówi tak:

Rezerwy i akademia są tutaj bardzo ważne. Stokowiec zna tych piłkarzy, ponieważ od kilku lat regularnie ogląda ich mecze, treningi i zaprasza na zajęcia z pierwszym zespołem. Jeżeli chcesz stawiać na młodzież, to musisz mieć kogoś wiedzącego wszystko o tej młodzieży.

Skoro Piotr Stokowiec wie wszystko o tej młodzieży, a nie stawia na nową młodzież, to gdzie leży problem? Szkoleniowiec Zagłębia rzeczywiście śledzi na bieżąco rozgrywki III ligi, obserwuje młodych zawodników, ale jednak na mecze ligowe i pucharowe już się nie łapią.

Wiadomo, że nigdy nie ma dobrego momentu na wprowadzanie młodych zawodników. Dominik Jończy w zeszłym sezonie pojawił się w czterech spotkaniach, korzystając z kontuzji Jarosława Jacha. Ale oprócz niego nie było żadnego nowego nazwiska, które zebrałoby na ligowych boiskach więcej niż 90 minut. Umówmy się, że minuta dla Patryka Muchy, 71 dla Artura Siemaszki (niepotrzebnie skompromitowanego przez Weszło, ale to raczej standard), czy 11 dla Pawła Żyry to dorobek, którym trudno się chwalić.

Był taki moment, że wydawało się, iż Zagłębie zaleje fala młodych zawodników i nie będzie ich gdzie pomieścić, bo każdy ma papiery na granie. Eryk Sobków w juniorach przestawiał wszystkich, jak chciał, ale problemy ze zdrowiem sprawiły, że teraz w 576 minutach dla Znicza Pruszków jest bez gola. Lepiej wygląda Artur Siemaszko, który zdobył pięć goli dla Stomilu Olsztyn. Karol Żmijewski w Kołobrzegu grał od deski do deski, wiosną poszedł do Częstochowy i w II lidze zagrał 22 minuty. Teraz w drugoligowej Warcie Poznań także nie jest najlepiej, choć ostatnio wystąpił w dwóch meczach. Ile jeszcze będą się tułać po I i II lidze zanim okaże się, że w Lubinie raczej nie zagrzeją na dłużej miejsca i powinni sobie szukać klubu, który nie będzie kazał im się przeprowadzać co pół roku?

Mam nadzieję, że ten moment nie nastąpi, choć wydaje mi się, że najbliższe dwa-trzy okienka transferowe są ostatnią szansą dla tych zawodników. W klubie wciąż jest jeszcze kilku graczy, których można bez większego żalu pożegnać i prawdopodobnie do tego dojdzie. Krzysztof Janus i Kamil Mazek nie mają miejsca w preferowanym przez Piotra Stokowca systemie. Łukasz Janoszka ma już coraz mniej dynamiki, a na wahadle to rzecz niezbędna. do Lubina pewnie nie wróci już Martin Nespor i kto wie, czy zachód znów nie ustawi się po przyszłego reprezentanta Polski Jakuba Świerczoka. Zbliża się kres kariery Aleksandara Todorovskiego. Czy kogoś z grona wypożyczonych bądź graczy rezerw uda się wprowadzić do pierwszego składu?

Oczywiście, że młodzi będą popełniać błędy. Pewnie, że kibice nie raz i nie dwa się załamią. Ale kiedy ci piłkarze mają się pojawić w kadrze pierwszej drużyny? Skoro ten sezon miał być w Lubinie okresem przebudowy zespołu i nie wyznaczano celów wynikowych, to można w tym, czy w tamtym meczu desygnować do gry piłkarzy niedoświadczonych. Niech zdobędą szlify, oswoją się z Ekstraklasą.

W meczu Pucharu Polski przeciwko Koronie Kielce zabrakło mi na ławce rezerwowych Dominika Jończego. Jednym z trzech stoperów był Aleksandar Todorovski. Co, oprócz słabej gry Zagłębia, stało na przeszkodzie, żeby na ostatnie 20 minut dać szansę Jończemu, skoro i tak Korona skupiała się głównie na kontratakach? Może w meczu z Piastem mniej bolałby remis, gdyby zamiast Todora zagrał ktoś młody i to on popełnił błąd w kryciu albo dostał żółtą kartkę?

A może ta młodzież po prostu nie dorosła i powinniśmy pogodzić się z tym, że trzeba czekać na kolejny napływ ciekawych graczy? Od zwycięstwa 1:0 z Falubazem Zielona Góra, trzecioligowe rezerwy Zagłębia wygrały raz (7:2 z ostatnią w tabeli Polonią Głubczyce), dwa razy zremisowały (1:1 z przedostatnim w tabeli Piastem Żmigród i 1:1 z 15. obecnie Ruchem Zdzieszowice) i przegrały siedem spotkań. Trener Piotr Jacek zarzuca swoim podopiecznym brak zaangażowania i walki. Jeśli tak to wygląda, to rzeczywiście może lepiej szukać kolejnych Kopaczów i Czerwińskich w niższych ligach niż zachwycać się bogactwem akademii.

Życzyłbym sobie (i pewnie to nie tylko moje życzenia), żeby Dominik Jończy, któremu na tę chwilę chyba najbliżej do szerokiej kadry, w perspektywie sezonu-dwóch zastąpił Lubomira Guldana na pozycji stopera. Słowak to bardzo ważna postać w zespole, członek rady drużyny, no i oczywiście kapitan. Może i powinien być wzorem do naśladowania dla młodych zawodników.

Ale zastanawiam się coraz częściej, czy to już nie moment, w którym powinien myśleć o wyrobieniu licencji trenerskiej i końcu kariery. Nie jestem przekonany co do tego, czy sprawdza się w systemie z wahadłowymi, gdzie dodatkowo musi zabezpieczać także całą przestrzeń z boku boiska. Tam już nie zawsze da się nadrobić braki w dynamice ustawieniem. Pokazał to w meczu z Wisłą Płock Giorgi Merebaszwili, w podróż zabrał Guldana również Mario Situm. Przeciwko Piastowi „Gula” wygrał trzy na piętnaście pojedynków. Trudno mi powiedzieć, czy to dołek formy, czy już stały, powolny regres. Słowak prowadzi się jak na profesjonalistę przystało, ale w wieku 34 lat (zaraz 35) nie ma już zbyt wielu stoperów, którzy mogą ścigać się ze skrzydłowymi. Arkadiusz Głowacki to robot i wymyka się klasyfikacji.

***

Oglądałem dość pobieżnie spotkanie pucharowe z Koroną i trzeba przyznać, że gra Zagłębia nie wyglądała najlepiej. Daleki jestem od obaw i paniki bo takie „popisy” też się zdarzają i raz można gorszą dyspozycję wybaczyć, natomiast nikogo nie da się za ten mecz wyróżnić pozytywnie. Cieszy mnie, że dostrzegł to też trener Stokowiec, który przyznał, że lubinianie przyzwyczaili kibiców do lepszej dyspozycji.

W związku z tym nie spodziewam się większych zmian na mecz z Jagiellonią. Zapewne Todorovskiego zmieni Guldan, za Tosika wróci do gry Matuszczyk (który wywiązuje się ze swoich zadań tak, że nie widzę powodów do krytyki), widziałbym też w wyjściowym składzie Balicia. (AKTUALIZACJA: NO TO SIĘ POMYLIŁEM).

Wypadałoby zacząć uciekać od reszty ligi, bo może się okazać, że nawet bez podziału punktów będzie w czołówce dość ciasno.

Z drugiej strony… może załapanie się do ósemki bez perspektywy walki o puchary będzie ukrytym błogosławieństwem? Być może pewny ligowego bytu Piotr Stokowiec pozwoli sobie na szerszą rotację, na wprowadzenie tych młodych i utalentowanych zawodników. Presji już nie będzie, oczekiwań też nie. Nie mówię, że lubinianie mają się od razu zamienić w Pogoń Szczecin, która z grupy mistrzowskiej potrafiła zrobić raj dla ludzi chcących wygrać w zakładach bukmacherskich, ale kto wie, czy nie jest to najlepsza okazja, żeby ktoś zasłużył sobie na bycie częścią rotacji w sezonie 2018/19. Tym, w którym cele zostaną wyznaczone już przed startem sezonu, a nie na zasadzie „zobaczymy, co wyniknie z tego, co tu mamy”.

Kto za kierownicą, gdy lidera brakuje?

Jeszcze kilka miesięcy temu trudno było sobie wyobrazić Zagłębie Lubin bez Filipa Starzyńskiego. Drużyna bez swojego lidera cierpiała, grała nudną i do bólu przewidywalną piłkę. Zamiast szybkiej, dynamicznej gry, którą preferuje Piotr Stokowiec oglądaliśmy często festiwal podań na zasadzie „ty do mnie, ja do ciebie” w środku pola, po czym futbolówka szła do skrzydła, żeby po nieudanym dośrodkowaniu doszło do straty. (Oczywiście, jeśli wcześniej udało się jej nie stracić w środkowej strefie).

Gdy Starzyński był zdrowy i był w formie, czasami samodzielnie potrafił przesądzić o losach spotkania. Siedem bramek i dziewięć asyst z sezonu 2016/17 to wynik bardzo dobry, jeden z lepszych w LOTTO Ekstraklasie. Zajął 11. miejsce w klasyfikacji kanadyjskiej. Problemem było tylko 25 spotkań – o ile lepsze liczby mógł mieć reprezentant Polski gdyby był zdrowy? Tylko Fedor Cernych i Ryota Morioka zrobili więcej w takiej samej liczbie spotkań. Czy z gotowym na 100 proc. Starzyńskim przez cały sezon Zagłębie nie spadłoby do dolnej ósemki? Choć tego się nie dowiemy, paradoksalnie może okazać się, że kruchość lidera była dla „Miedziowych” i dla Piotra Stokowca czymś korzystnym. Dlaczego?

Otóż zwróciła uwagę na bardzo poważny problem. Jeśli Zagłębie chciało wygrywać, musiało być przygotowane na okoliczność, w której Filip Starzyński pauzuje na dłużej niż dwie-trzy kolejki raz na parę miesięcy. To oznaczało ostatnią szansę dla Jana Vlaski, której Słowak nie wykorzystał i bez większego żalu pożegnano się z nim. Wobec fiaska odsieczy słowackiej Stokowiec musiał obmyślić nowy plan, a może i znaleźć nowych wykonawców.

Na tę chwilę wydaje się, że o miejsce w składzie w roli najbardziej kreatywnego zawodnika w momencie nieobecności Starzyńskiego rywalizują dwaj zawodnicy. Są to Filip Jagiełło i Bartłomiej Pawłowski, obaj równie ciekawi, ale i niepozbawieni wad.

Pierwszy wciąż potrzebuje minut, żeby wejść na wyższy poziom, a poza tym wielokrotnie podkreślał, że najlepiej czuje się na pozycji numer osiem. Niemniej widać po nim ciąg na bramkę i przegląd pola, które to atuty z czasem powinny być jeszcze mocniejszą stroną wciąż zaledwie 20-letniego chłopaka. W lidze jest już od czterech sezonów i zgodnie z planem w każdym jest coraz lepszy. Na szczęście „wędka” od Oresta Lenczyka w ekstraklasowym debiucie nie zatrzymała jego rozwoju tak, jak niektórzy (w tym autor) się obawiali.

Już przed meczem z Górnikiem Jagiełło był na ligowych boiskach przez 432 minuty, w którym to czasie wykonał osiem kluczowych podań. W całej poprzedniej kampanii miał ich 17. Twardo stąpa po ziemi i widać, że ciężko pracuje, aby na stałe znaleźć się w wyjściowej jedenastce. Niewykluczone, że to nastąpi jeszcze w tym sezonie, choć na razie w hierarchii cofniętych pomocników przegrywa z Jarosławem Kubickim, a ostatnio na rozegraniu przy braku Starzyńskiego gra drugi z dzisiejszych bohaterów.

Z Bartłomiejem Pawłowskim jest dokładnie ten sam problem – to raczej zanikający obecnie typ skrzydłowego niż rozgrywający. Przynajmniej na razie, bo niewykluczone, że przy obecnej taktyce preferowanej przez Piotra Stokowca letni nabytek Zagłębia na stałe przestawi się na tę pozycję.

– Kiedy przychodziłem do Zagłębia trener poinformował mnie, że przewiduje dla mnie rolę skrzydłowego, ewentualnie będę grał na „dziesiątce”. Dzisiaj jestem „fałszywym” napastnikiem i nie jest to dla mnie zupełna nowość, bo grałem na tej pozycji, szczególnie w kadrach młodzieżowych. Nie mam więc zaległości taktycznych – mówił na oficjalnej stronie klubu Pawłowski.

Ze względu na swoją nominalną pozycję Pawłowski nie ma problemów z wejściem w drybling, za sprawą szybkich nóg i kleju przy butach bardzo dobrze mu to wychodzi. Najpierw jednak musi tę piłkę dostać, a z przyjęciem bywa, eufemistycznie mówiąc, średnio. Podejmowanie decyzji też momentami szwankuje, jak chociażby w wymęczonym zwycięstwie przeciwko Sandecji, gdy mógł zrobić z piłką wszystko, więc się kompletnie pogubił i zamiast dać lubinianom prowadzenie, kopnął w Michała Gliwę.

24-letni pomocnik w 394 minuty zdobył bramkę i miał 8 kluczowych podań. Podobnie jak Jagiełło ma też jedną asystę. Ale w jego grze podoba mi się jedna rzecz, której nie można dostrzec gdy na boisku jest Filip Starzyński. Mianowicie Pawłowski myśli o tym, żeby jak najszybciej przegrać piłkę do przodu, albo ją oddać i znaleźć się za parę chwil w polu karnym. Jeśli za sterami Zagłębia siedzi reprezentant Polski, plan ataku wygląda inaczej, gdyż Starzyński lubi zrobić jedno kółeczko, drugie kółeczko, jak wytrawny generał dokładnie ogląda pole bitwy i nie zawaha się zwolnić nieco tempa, żeby znaleźć otwarcie. W jego przypadku to działa, ponieważ dysponuje znakomitym przeglądem pola. Potrafi jednym zagraniem złamać całe ustawienie defensywy. W zeszłym sezonie miał aż 64 kluczowe podania (siódmy wynik w lidze), teraz już 11.

Pawłowski natomiast za sprawą swojego instynktownego ciągu na bramkę zostawia przestrzeń Jarosławowi Kubickiemu. Mini-renesans formy „Kebsiego” w ostatnich meczach nie jest przypadkowy. Pod Starzyńskim ma mniej miejsca, bo i defensywa jest bardziej zorganizowana i sfokusowana na dyrygenta Zagłębia. Kubicki jako jedna z pierwszych opcji odegrania musi krążyć w pobliżu „Figo” i w efekcie de facto sam się na tym boisku przydusza. Obok Pawłowskiego, który lubi być blisko szesnastki, defensywny pomocnik „Miedziowych” gra wyżej, czego efektem jest chociażby gol z Sandecją i pięć celnych strzałów w tym meczu (choć bramka padła już pod kadencją Jagiełły, który zresztą asystował „Kebsiemu” i również nie połyka przestrzeni jak Starzyński).

Były gracz m.in. Widzewa Łódź czy Lechii Gdańsk ma też jeszcze jeden atut, który powoduje, że Piotr Stokowiec na razie preferuje wystawiać go na pozycji numer 10 kosztem Filipa Jagiełły. Pawłowski dobrze wymienia się pozycjami z Patrykiem Tuszyńskim, który lubi czasem zejść trochę głębiej (byle nie do bocznego sektora, co ostatnio sobie upodobał, a sensu w tym nie widać) i być bardziej pod grą. Uniwersalny Pawłowski wtedy bez większych problemów wchodzi do ataku, gdzie też może zrobić użytek ze swojej dynamiki.

Pozycje Adama Matuszczyka i Jarosława Kubickiego wydają się być niezagrożone.

Pierwszy wprowadza do gry niezbędną solidność, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że może być lubińskim Joe Allenem, ekspertem ds. podań do boku i do tyłu, ale pod karą śmierci nie do przodu, a o prostopadłych można zapomnieć. To nic złego, jeśli były reprezentant Polski wywiązuje się ze swoich obowiązków bez zarzutu. Jeśli będzie zdrowy i ominie go nagły niespodziewany spadek formy, nie widzę podstaw do wymiany go w pierwszym składzie na Jakuba Tosika – oficjalnego rzecznika prasowego wśród piłkarzy. „Tosiu” ma zadatki na telewizyjnego eksperta i może powinien pomyśleć o tej ścieżce kariery, gdy już będzie się zbliżać do zawieszenia butów na kołku.

O Kubickim już wspomniałem – odżywa bez Starzyńskiego. Ale nie może być też tak, że przy zdrowym liderze Zagłębia uczestnik 22-letni pomocnik zamienia się w szarą myszkę. Musi znaczyć wtedy więcej, niż do tej pory. Znajdować sobie przestrzeń, a nie poddawać się ruchom batuty dyrygenta „Miedziowych”. Może i Kubicki nie ma tak wielkich inklinacji ofensywnych co Jagiełło, ale potrafi sobie poradzić w ataku. Trzeba go tylko uwolnić i to jest zadanie Piotra Stokowca na moment, w którym Starzyński wyzdrowieje.

Hierarchia pomocników jest na tę chwilę przejrzysta: Kubicki – Matuszczyk z tyłu jako 1 i 1a, Starzyński, Pawłowski, Jagiełło za kierownicą. Zadaniem dwóch ostatnich jest pokazać, że w razie wypadku (ów?) jest życie pod nieobecność Filipa Starzyńskiego. Oczywiście znacznie lepiej byłoby mieć do dyspozycji najdroższego zawodnika w historii klubu, ale… niestety wiadomo, jak bywa.

– Trochę ćwiczy, trochę nie. Ostatnio przeprowadzaliśmy próby, jak jego organizm reaguje na obciążenia. Filip przeszedł także badania lekarskie. Cały czas doskwierają mu bóle w okolicach mięśni brzucha. Rok temu nie podjęto decyzji o zabiegu, ale sprawa powraca. Być może jednak trzeba postawić na operację – mówił na łamach Przeglądu Sportowego Piotr Stokowiec.

Być może w dłuższej perspektywie lepszym ruchem będzie ostateczne rozwiązanie problemów zdrowotnych Starzyńskiego właśnie za sprawą operacji. Jeśli bez zabiegu dolegliwości mają powracać, to raczej nie ma sensu leczenie zachowawcze, zwłaszcza że wymaga ono dłuższego okresu pauzy i wiąże się z większym ryzykiem odnowienia przypadłości, z czym mamy do czynienia obecnie. Więc kto wie, czy na wzór sportów amerykańskich nie warto wyłączyć Starzyńskiego, dać mu dojść w spokoju do pełni zdrowia i cieszyć się jego grą po powrocie do optymalnej dyspozycji. Lider Zagłębia wciąż ma dopiero 26 lat i przed nim co najmniej sześć-siedem kolejnych sezonów gry na wysokim poziomie, zatem trzeba sobie zadać pytanie, czy sukces na teraz, na ten sezon jest ważniejszy od perspektywy długofalowej. Zwłaszcza, że trener „Miedziowych” wydaje się być gotowy na taką ewentualność.

– Nie mam w zwyczaju narzekać, że nasi ważni piłkarze mają problemy (…) trzeba pracować i tyle. Widocznie nie jest z tym naszym Zagłębiem aż tak źle, skoro w niedzielę gramy być może nawet o lidera – dodał w PS Stokowiec.

Czego można spodziewać się po dzisiejszym meczu? Jak pisałem już przed startem sezonu, nie jestem optymistą, ale wtedy nie wiedziałem jeszcze, jak imponujący może być Górnik. Pojedynek Alana Czerwińskiego z Rafałem Kurzawą zapowiada się niezwykle interesująco, bo obaj panowie będą bez wytchnienia biegać w tę i z powrotem. Oczywiście korespondencyjne starcie Igora Angulo z Jakubem Świerczokiem również jest argumentem za tym, żeby o 15:30 zasiąść na stadionie bądź przed telewizorami. No i nie można zapomnieć o środku pola, gdzie bryluje niestrudzony Szymon Żurkowski. Szkoda, że z powodu nadmiaru żółtych kartek zabraknie Macieja Ambrosiewicza, ale Szymon Matuszek też zazwyczaj nie schodzi poniżej pewnego poziomu.

To może być spotkanie podobne do meczu Górnika ze Śląskiem, tylko że spodziewam się po Zagłębiu lepszego ograniczenia atutów graczy z Zabrza. Lubinianie wydają się mieć kontrę na każdego wyróżniającego się piłkarza beniaminka, a nie jestem przekonany, czy Mateusz Wieteska i Dani Suarez będą w stanie powstrzymać Jakuba Świerczoka i Patryka Tuszyńskiego. Co prawda współpraca tych dwóch napastników wciąż się układa, ale może w przerwie reprezentacyjnej weszła na wyższy poziom.

Zagłębie tradycyjnie nie rozegrało w czasie wolnym od ligi meczu sparingowego. Zamiast tego znów były testy, badania, analizy. Tyle że… brązowi medaliści sprzed dwóch sezonów nie za dobrze radzą sobie z powrotem do ligowego grania. Ostatni raz lubinianie wygrali mecz po przerwie reprezentacyjnej w kwietniu… 2016 roku, pokonując u siebie Piasta Gliwice 4:1. Od tego czasu zanotowali jeden remis i cztery porażki, a gdyby sięgnąć do wszystkich takich spotkań po powrocie do Lotto Ekstraklasy bilans nie staje się lepszy, bowiem dochodzą dwa podziały punktów i jedna przegrana. Czy zatem przeciwko Górnikowi zespół Stokowca przełamie złą passę? Remis przeciwko wiceliderowi będzie dobrym wynikiem.

Przewidywany skład: Polacek – Guldan, Kopacz, Jach – Czerwiński, Balić – Matuszczyk, Kubicki, Pawłowski – Tuszyński, Świerczok.

W poszukiwaniu planu B

Już na starcie muszę się do czegoś przyznać i proszę nie oceniać mnie po samej tezie, bo zdaję sobie sprawę z tego, że jest dość kontrowersyjna.

Po cichu miałem nadzieję, że uraz Alana Czerwińskiego okaże się trochę bardziej poważny. Nie jakoś przesadnie, bowiem wahadłowy KGHM Zagłębia Lubin jest w trakcie świetnego początku sezonu i kibicuję mu, żeby utrzymał tę znakomitą dyspozycję jak najdłużej. Nie życzę mu źle, ponieważ za jakiś czas może zostać najlepszym prawym obrońcą w lidze (bo dlaczego nie? Patrząc na konkurencję, jest to dość realne), ale liczyłem, że akurat spotkanie z Wisłą Płock go ominie. Jedno by wystarczyło, potem oczywiście mógłby i bez cienia wątpliwości powinien wrócić do wyjściowego składu Zagłębia.

Już tłumaczę, o co mi chodzi.

Tak, jak w drugiej kolejce LOTTO Ekstraklasy czerwona kartka Jakuba Tosika dość niespodziewanie otworzyła drzwi jednemu z najgroźniejszych ustawień w lidze, tak uraz Czerwińskiego mógłby dać odpowiedź na pytanie – co w momencie, gdy ktoś w końcu to 3-4-1-2 rozgryzie?

Nie wyobrażam sobie Aleksandara Todorovskiego na prawej stronie obrony w roli wahadłowego, to przyniosłoby tylko zapomnianą już w Lubinie dawkę frustracji. Macedończyk grał w pierwszych dwóch kolejkach i powiedzmy sobie szczerze, że nie był najmocniejszym punktem zespołu. Szybko zluzował go Czerwiński i na tę chwilę rywalizacji na tej pozycji na dobrą sprawę nie ma. 24-letni defensor jest właśnie jakieś 24 razy lepszy od „Todora”, którego czas w tym zespole dobiega chyba końca. Jego kontrakt wygasa w grudniu i myślę, że poważnie trzeba będzie się zastanowić nad tym, co jeszcze może Zagłębiu dać blisko 34-letni gracz.

Chyba już na dobre trener Piotr Stokowiec przesunął do roli defensywnego pomocnika Jakuba Tosika. Oczywiście w razie potrzeby „Tosiu” jest w stanie wystąpić na prawej flance, ale znowu pojawia się kwestia efektywności – czy Tosik jako wahadłowy potrafiłby dać w ofensywie wystarczająco dużo? Może i tak, ale chyba wolałbym się nie przekonywać.

Po lewej stronie sytuacja jest bardziej klarowna, bowiem tam zarówno Daniel Dziwniel i Sasa Balić udowodnili już, że ta kluczowa dla systemu 3-4-1-2 rola nie jest im straszna. Obaj mogą bez większych problemów zapędzać się do przodu, jednocześnie oferując solidność w defensywie. Co prawda po meczach z Lechem, Wisłą K. I Legią może trzeba postawić mały znak zapytania przy Dziwnielu, ale na razie optymistycznie załóżmy, że to tylko chwilowy spadek dyspozycji. Rywalizacja z Czarnogórcem powinna mu wyłącznie pomóc.

Dobrze, wracamy do tematu. Na tę chwilę nie widzę systemu gry, który w razie rozpracowania 3-4-1-2 regularnie przynosiłby bramki. Kontuzja Czerwińskiego mogłaby zmusić Piotra Stokowca do wdrożenia planu B, innego wariantu, który ma w zanadrzu. Mogłaby, ale oczywiście istnieje też opcja pchania wszystkiego głównie przez lewą stronę w nadziei, że to wystarczy. Załóżmy, że szkoleniowiec Zagłębia nie jest aż takim ryzykantem i przeanalizujmy dostępne opcje. Przez „dostępne” w żadnym wypadku nie można automatycznie rozumieć „możliwe do zrealizowania”.

1. Wracamy do ustawienia ze skrzydłowymi.

To najbardziej prawdopodobny wariant, ale i taki, który już w Zagłębiu widzieliśmy. Przez lata. W tym sezonie potrzeba byłoby czegoś nowego, czegoś świeżego. Nie tylko wejścia z piłką w boczny sektor boiska i szukania dośrodkowania albo odegrania do wchodzącego na obieg obrońcy/wycofania do środka. To raczej się nie sprawdzi, czego przykład mieliśmy w pierwszym meczu sezonu przeciwko Koronie Kielce. Tam Zagłębie zostało stłamszone, podopieczni Gino Lettieriego skutecznie zamykali wszelkie opcje rozegrania piłki i tylko boiskowe cwaniactwo Bartłomieja Pawłowskiego pozwoliło lubinianom zdobyć w Kielcach trzy punkty. Czasy polegania na szybkości Krzysztofa Janusa, kolejnego zawodnika będącego raczej bliżej niż dalej końca przygody w Lubinie muszą być już czasami zamierzchłymi. Jeżeli Janus nie przemodeluje swojej gry [a) najpierw musiałby znaleźć formę; b) w tym wieku to chyba niemożliwe], to raczej nie dostanie od Piotra Stokowca zbyt wielu minut.

Największymi beneficjentami tego rozwiązania mogą być Kamil Mazek i Bartłomiej Pawłowski. Obaj reprezentują ten sam model skrzydłowego, chyba nieco wymierający w dzisiejszym futbolu, choć to temat na zupełnie inny wpis. Zarówno Mazek, jak i Pawłowski dysponują znakomitym dryblingiem, jak i świetną szybkością. Potrafią nie tylko w błyskotliwy sposób ograć przeciwnika, ale i zostawić go na pośmiewisko na kilku metrach. Za tymi próbami jak ponury żniwiarz idzie ryzyko straty, ale czasami to ryzyko jest warte nagrody w postaci bramki bądź, jak to było w przypadku Pawłowskiego w Kielcach, rzutu karnego zamienionego na gola.

Zdecydowanie większym uznaniem trenera Stokowca cieszy się ten drugi, a obecny status Kamila Mazka jest bliżej nieznany. 23-latek ostatni mecz zagrał w trzecioligowych rezerwach, a było to ponad miesiąc temu. Dostał 45 minut przeciwko Lechii Dzierżoniów, zdobył bramkę i słuch o nim zaginął. Nie ma tematu kontuzji, w lipcu skrzydłowy mówił na łamach „Przeglądu Sportowego”, że cierpliwie czeka na swoją szansę. – To oczywiste, że chcę grać i mocno wierzę, że za chwilę nadejdzie ten moment – deklarował w lipcu. Mamy wrzesień, a ta chwila nie nastąpiła. Czy jeszcze nadejdzie? W tej chwili jest to zależne od kilku czynników, bo Mazek na pewno nie jest wysoko w hierarchii szkoleniowca Zagłębia.

PA5_0083

Kamil Mazek w jedynym występie w tym sezonie (fot. Lubin.pl)

Co innego Pawłowski, któremu Stokowiec zaufał w roli jokera. Na razie odpłacił się głównie wspomnianym karnym przeciwko Koronie i kilkunastoma zepsutymi przyjęciami piłki. Ale w porównaniu do Mazka, niespełna 25-letni zawodnik przynajmniej ma pewne miejsce na ławce rezerwowych i jest brany pod uwagę w kontekście pojawiania się na boisku chociaż na kilkanaście minut. W ostatnich trzech spotkaniach zagrał łącznie 81 minut. Gdyby Stokowiec zdecydował się powrócić do gry skrzydłowymi, Pawłowski zapewne wyszedłby w pierwszym składzie.

Czy po przeciwległej stronie znalazłby się Łukasz Janoszka? Bardzo możliwe, ponieważ to gracz, którego Piotr Stokowiec bardzo lubi ze względu na wszechstronność. Janoszka dawno przestał być typowym skrzydłowym. Preferuje zejścia do środka, otwieranie flanki dla obrońcy i stwarzanie przewagi liczebnej przed polem karnym. Dysponuje dobrym uderzeniem z dystansu (czyt. typowe ekstraklasowe „potrafi uderzyć”), umie też wykończyć dośrodkowanie strzałem głową. Nie raz i nie dwa pokazywał, że kreatywność i niekonwencjonalne zagrania są jego mocną stroną. „Ecik” rozumie się z Filipem Starzyńskim i potrafi z nim współpracować. Brakuje mu przebojowości, którą mają Mazek i Pawłowski, ale mógłby być takim ying dla ich yang. Wprowadzić nieco balansu i spokoju do gry. Czasami to też jest potrzebne.

Reasumując ten wywód – zostałem zapytany na Twitterze, czy w Zagłębiu jest miejsce dla skrzydłowych. Oczywiście, że jest, tylko muszą nadejść ku temu odpowiednie okoliczności. Na razie wszyscy zachwycają się tym kosmicznym wynalazkiem, jakim jest gra z wahadłowymi. Odnoszę jednak wrażenie, że prędzej niż później Piotr Stokowiec zdecyduje się odkurzyć swoich bocznych pomocników. Nadejdzie moment, w którym trzeba będzie rozerwać szeregi przeciwnika czymś innym, otworzyć sobie wolną przestrzeń pojedynkiem jeden na jeden. Nawet jeśli miałoby to mieć miejsce w jednym czy dwóch spotkaniach. Na przykład przeciwko Sandecji czy Górnikowi Zabrze. A jeśli nie…

2. Gramy bez skrzydłowych, ale za to z czterema środkowymi pomocnikami.

I tu trzeba poruszyć dwie kwestie. Po pierwsze: Zagłębie próbowało już kiedyś w ten sposób zaskoczyć przeciwnika i delikatnie mówiąc, doszło wtedy do kompromitacji. Lubinianie grali dwa lata temu z Piastem w Gliwicach. To był ten wspaniały sezon Piasta, w którym myśleliśmy, że mogą zdobyć mistrzostwo kraju.

Skład „Miedziowych” w tym meczu pokazuje, jak długą drogę można przejść w zaledwie 24 miesiące. Forenc – Todorovski, Guldan, Dąbrowski, Cotra – Ł. Piątek, Kubicki, Rakowski, Vlasko – K. Piątek, Papadopulos. Nikt nie chciałby wrócić do tych czasów. Pomyśleć, że w takim zestawieniu personalnym można było sięgnąć po brązowy medal LOTTO Ekstraklasy…

Na grę Zagłębia w tym meczu nie dało się patrzeć. System zawiódł całkowicie, brakowało ładu i składu. Vlasko i Rakowski, dwaj piłkarze nie słynący z dynamiki musieli zajmować zarówno centralne, jak i boczne sektory boiska. W efekcie nie było ich ani tu, ani tu. Piłka chodziła wolno, a powinna krążyć jak po sznurku i kończyć się prostopadłym podaniem do napastników. Nie, wtedy piłkarze preferowali CAŁKOWITE POMINIĘCIE czwórki środkowych pomocników i popularną lagę na Papadopulosa. Drugą częścią planu było słynne „się zobaczy”.

Teraz mogłoby to wyglądać inaczej. Na kierownicy jest Filip Starzyński, który choć ostatnio nieco człapie, to wciąż ma więcej jakości piłkarskiej niż Vlasko i Rakowski razem wzięci. Jednym zagraniem potrafi otworzyć defensywę rywali, tylko potrzebuje do tego dyspozycji od trenera. W tym sezonie częściej pełni rolę podajnika niż kreatora, ale oczywiście nie można nie zauważyć groźnych prób strzałów z dystansu. Mimo wszystko wydaje mi się, że powinien co jakiś czas uruchomić niekonwencjonalnym zagraniem Świerczoka, który przecież znakomicie potrafi się odnaleźć w polu karnym.

Obok Starzyńskiego byłby Filip Jagiełło, który z każdym kolejnym meczem wygląda coraz lepiej. Zdobywa także cenne doświadczenie w kadrze młodzieżowej, z tego można się wyłącznie cieszyć. Jagiełło nadal momentami ma problemy z podejmowaniem odpowiednich decyzji, ale czasami potrafi popisać się zaskakującym dryblingiem czy ciekawym podaniem. Musi brać na siebie więcej odpowiedzialności, a w takim systemie byłoby to możliwe i pozbawione aż tak fatalnych konsekwencji jak w ustawieniu z trójką pomocników.

Wszystko to za sprawą zabezpieczenia w postaci Jarosława Kubickiego i… Adama Matuszczyka. Nie ukrywam, że ten pomysł przyszedł mi do głowy właśnie ze względu na „uwolnienie” byłego reprezentanta Polski. Wyobrażam sobie, że Matuszczyk w tym wariancie gry nie tylko jest kluczowym graczem w destrukcji, ale również i inicjatorem poczynań ofensywnych. Pytanie tylko, gdzie jest Adam Matuszczyk?

maxresdefault-1

Tak wygląda Adam Matuszczyk (fot. mkszaglebie.pl)

Według informacji Radia Wrocław, 28-letni pomocnik wraca do pełni formy. Po tym, jak otrzymał całe siedem minut przeciwko Termalice słuch o nim zaginął. Słyszałem różne plotki na jego temat, łącznie z tym, że był niezadowolony z pominięcia go przy ustalaniu składu na mecz Pucharu Polski i teraz ma na pieńku z Piotrem Stokowcem. Miałby też ponoć myśleć o rozwiązaniu kontraktu. To jednak wyłącznie domysły i spekulacje. Fakty są takie, że po epizodzie w Niecieczy, Matuszczyk dwukrotnie wystąpił w spotkaniach rezerw, ale podobnie jak w przypadku Mazka było to miesiąc temu. Od tego momentu ani razu nie znalazł się w meczowej osiemnastce pierwszej drużyny i nie grał w rezerwach.

Zagłębie nie ma w zwyczaju wypuszczania informacji na temat stanu zdrowia swoich zawodników, jeżeli nie doznają urazów w trakcie treningów. Trener Łukasz Smolarow podkreślał jednak w przedmeczowej zapowiedzi, że wszyscy są zdrowi. Dlaczego zatem Matuszczyk nie cieszy się choćby minimalnym zaufaniem szkoleniowca „Miedziowych”, który wolał do Warszawy zabrać dwóch zawodników mogących grać na prawej obronie, zamiast mieć dodatkowy wariant do środka pola? Tego nie wiem, ale jeżeli dziś znów nie pojawi się w kadrze na mecz, zapytam o tą dziwną sytuację trenera Stokowca.

3. Ustawienie bez skrzydłowych, bez wahadłowych, ale za to z trzema pomocnikami i… trzema napastnikami.

Oczywiście to na 99% nigdy się nie wydarzy, ale wyobraźmy sobie chaos, jaki by powstał, gdyby rzeczywiście do tego doszło. Potencjalne ustawienie Polacek – Czerwiński, Guldan, Jach, Dziwniel/Balić – Kubicki, Jagiełło, Starzyński – Świerczok, Woźniak/Tuszyński, Buksa mogłoby siać spustoszenie w szeregach rywali. Długa piłka na wysokiego Buksę albo dobrze grającego w powietrzu Woźniaka i po zgraniu mamy nawet siedmiu graczy gotowych do ataku, w tym co najmniej trzech w polu karnym. Każdy z nich potrafi wykreować sobie przestrzeń do strzału, na każdego trzeba uważać. W szesnastce zrobiłby się ogromny tłok, a doskonale wiadomo, jak polskie zespoły radzą sobie z zamieszaniami. Czegoś takiego Ekstraklasa jeszcze nie widziała, to byłoby spełnienie marzeń Piotra Świerczewskiego, tylko że w wydaniu 90 minutowym. Chciałbym to zobaczyć chociaż w jakimś sparingu. Inaczej będę miał poczucie pewnej pustki.

***

Wypadałoby poświęcić parę słów dzisiejszemu rywalowi. Czy Zagłębie Lubin powinno się obawiać Wisły Płock? Ostatnie kilka kolejek pokazuje, że zdecydowanie nie. Natomiast ligowa historia dowodzi, że zdecydowanie tak. Prawda tradycyjnie leży pośrodku, więc niech stanie na trochę, ale nie za bardzo. Drużyna prowadzona przez duet trenerski Brzęczek-Furman ma najgorszą ofensywę w lidze. Ale trudno było spodziewać się czegoś innego, skoro pierwsza trójka napastników w rotacji tak bardzo uwielbia marnowanie dogodnych sytuacji. Tylko trzy bramki w siedmiu spotkaniach, a trzeba podkreślić, że Wisła przyjeżdża na stadion, w którym goście jeszcze nie mieli okazji cieszyć się z bramek. W meczowej osiemnastce zabraknie Semira Stilicia, więc najgroźniejsze punkty płocczan to oczywiście trener Furman oraz Giorgi Merebaszwili, który lubi strzelać gole Zagłębiu. Również ze względu na niego skłaniałbym się ku wystawieniu Balicia na lewej stronie obrony. Przydałby się ktoś, kto by szybko ustawił Gruzina do pionu, a prędzej zrobi to Czarnogórzec niż Dziwniel.

Patrząc na kadrę Wisły próżno szukać wyróżniających się zawodników, na papierze każda pozycja wydaje się być lepiej obstawiona przez piłkarzy Zagłębia. Zatem dlaczego lubinianie przegrali trzy z pięciu ostatnich spotkań, w tym oba mecze domowe? Z płocczanami zawsze grało się lubinianom trudno, to jeden z tych przeciwników, który zawsze sprawia problemy, ale nie wiadomo, z jakiego powodu. Nawet to zwycięstwo 2:1 w grupie spadkowej było wymęczone. Punkty uratował świetny w tamtym meczu Jakub Tosik. Pamiętam także dobry występ Kamila Mazka, który był wręcz nie do zatrzymania przez obrońców Wisły.

Podsumowując – słaba i bezzębna Wisła jedzie na teren wicelidera, który u siebie jeszcze nie przegrał i nie stracił bramki. W zespole owego wicelidera wszyscy są zdrowi i gotowi do gry, a kilka zespołów w lidze myśli o wykorzystaniu jego taktyki. To się musi skończyć zwycięstwem drużyny Jerzego Brzęczka, prawda?

Kontekst obranej drogi

– Nie jesteśmy zobligowani do narzucania sobie celów wynikowych. Jesteśmy klubem, który stabilnie się rozwija – mówił tuż po wygranym 3:0 meczu z Wisłą Kraków trener Zagłębia Lubin Piotr Stokowiec. Te słowa tkwią mi w głowie od poniedziałkowego spotkania i nie mogę uciec od wrażenia, jak wiele w tym przypadku zależy od kontekstu.

Jakże inaczej słucha się o stabilnym rozwoju, gdy po dobrym meczu (zwłaszcza w drugiej połowie!) „Miedziowi” wygrywają i zasiadają na fotelu lidera. Zupełnie inaczej niż, dajmy na to po kwietniowej przegranej 3:4 z Jagiellonią Białystok. Co wtedy mówił trener lubinian?

 – Obojętnie czy my w tej górnej ósemce będziemy czy nie, nie zejdziemy z obranej drogi. Nie mówię tu o sprawach wynikowych.

Na dobrą sprawę jest to tylko kwestia doboru słów do sytuacji, lecz mają ono to samo znaczenie. Tylko w przypadku wypowiedzi po porażce z drużyną prowadzoną wtedy przez Michała Probierza większość kiwała głowami, bo powoli zaczynała mieć dosyć powtarzania jak mantry zbitki „nie zejdziemy z obranej drogi”. Gdyby Stokowiec powiedział to samo po pewnym triumfie nad Wisłą reakcje byłyby zgoła inne. Uznalibyśmy, że świetnie, niech Zagłębie trzyma się tej swojej mitycznej drogi jak najdłużej. W końcu w porównaniu do kwietnia teraz wszystko działa. Problemu nie ma.

To dość zabawne, że okoliczności decydują o tym, jak odbieramy te same słowa. Piotra Stokowca można odbierać różnie, bo to niezwykle ciekawa postać na ekstraklasowej scenie. Niektórych (w tym i autora) przez długi czas irytowało wysłuchiwanie na każdej pomeczowej konferencji formułek, które wyglądały na wyuczone. „Stworzyliśmy dobre widowisko”. „Nie zejdziemy z obranej drogi”. „Wprowadzamy do gry młodzież, możemy być dumni, bo mało kto w Polsce tak pracuje z młodymi zawodnikami”. W kółko to samo, tak jakby te wypowiedzi stanowiły pole siłowe, którym trener Zagłębia otaczał się w trakcie bardzo słabego finiszu rundy wiosennej sezonu 2016/17. „Dlaczego pańscy piłkarze nie stwarzają zbyt wielu okazji bramkowych” – pytają dziennikarze. „Myślę, że mimo wszystko to było dobre widowisko” – odpowiadał trener.

A teraz? Nie ma już obaw o przygotowanie fizyczne, bo piłkarze wyjściowego składu oraz kluczowi rezerwowi są w stanie harować przez 90 minut (a w przypadku Arkadiusza Woźniaka i Alana Czerwińskiego) nawet przez 180, gdyby zaszła taka potrzeba). Nie ma obaw o sytuacje podbramkowe, bo w polu karnym stoi zazwyczaj Jakub Świerczok, którego piłka szuka jakby była pociskiem samonaprowadzającym. W końcu nie ma obaw, że obrana droga prowadzi do spadku i kolejnego okresu stagnacji, bo wystarczy zobaczyć na tabelę. Dziś „lubińską szkołę futbolu”, o której można przeczytać na łamach Przeglądu Sportowego powinien odwiedzić Jacek Magiera. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, trener mistrza Polski może się od Piotra Stokowca i Zagłębia Lubin czegoś nauczyć. Zwłaszcza, że teraz przed nim bardzo ciężki okres.

Wydaje się, że w Lubinie mają już za sobą (dywagacje na temat tego, czy na dobre, pozwolę sobie zostawić na inny termin) to, co na przestrzeni ostatniego miesiąca i w najbliższej przyszłości będzie działo się w Warszawie. Te kluby na dobrą sprawę różnią się miejscem na piłkarskiej osi czasu i pieniędzmi, jakie weszły w grę.

W lipcu zeszłego roku Zagłębie było ukochanym dzieckiem Ekstraklasy. Oczyszczony (choć oczywiście nie do końca) z piłkarskich pozorantów klub zdobył właśnie brązowy medal mistrzostw Polski i wyeliminował Partizan Belgrad po dramatycznym dwumeczu. W lidze szedł jak taran, ogrywając chociażby Lecha w Poznaniu, co przecież zdarza się dość rzadko. I przyszedł słaby dwumecz z SonderjyskE, a po nim zaczęła się podróż w sferę ligowej przeciętności. Zagłębie zrywami starało się pokazać wiosenno-letniego ducha, ale po pięknym okresie pierwszej połowy 2016 roku przyszły smutna jesień i długa, mroźna zima, a odwilż nastąpiła dopiero w dolnej ósemce.

Entuzjazm został zastąpiony przez frustrację. Filip Starzyński nie był już królem ligowych muraw, Martin Nespor coraz bardziej przypominał Darvydasa Sernasa, a Aleksandar Todorovski nadal uparcie wrzucał piłkę z prawego skrzydła w kierunku stoperów przeciwnika. Kamil Mazek, który miał wprowadzić nieco życia w zastygłe w lawie skrzydła Zagłębia (patrzę tu w kierunku Krzysztofa Janusa) stał się niczym więcej niż spadającą gwiazdą – imponującą na początku, a potem zupełnie niewidoczną. Można wymieniać dłużej, ale nie ma takiej potrzeby. I podchodząc do sezonu 2017/18 w przypadku lubińskiego klubu znowu było więcej pytań niż odpowiedzi.

Zagłębie nie zeszło z obranej drogi, ale musiało zjechać do pit-stopu na wymianę części. To było oczywiste. I, przynajmniej po sześciu kolejkach tego sezonu, można uznać że nawet bez głównego mechanika (czyt. dyrektora sportowego) udało się dobrać odpowiednie komponenty, żeby znów ruszyć w trasę z pełną prędkością. Do klubu dołączyli Alan Czerwiński, Bartosz Kopacz, Jakub Świerczok, Bartłomiej Pawłowski, Adam Matuszczyk, Patryk Tuszyński i Sasa Balić. Pierwsza trójka już wniosła do gry zespołu bardzo dużo, a czwarty i piąty w limitowanych minutach pokazali, że wcale nie muszą być rezerwowymi. Wciąż czekamy na Matuszczyka (o nim nieco później) i debiut Tuszyńskiego. Są wyniki, jest lider, można się cieszyć.

To samo czeka zimą Legię, bo raczej w ciągu pięciu dni nie uda się poukładać klocków i znaleźć zastępców. Ale są cztery miesiące, żeby po fatalnym występie w europejskich pucharach wyczyścić szatnię z ludzi za słabych na reprezentowanie mistrza Polski. Tylko trzeba w końcu mieć plan, bo na łapu capu sukces będzie tymczasowy i krótkotrwały.

Wiosną warszawski klub z Vadisem Odjidją-Ofoe za sterami sięgnął po mistrzostwo kraju i wydawało się, że drużyna Jacka Magiery musi przejść tylko kosmetyczny lifting, żeby wrócić do Ligi Mistrzów. Ale Belg odszedł, a zastępcy nie znaleziono (zakładam nawet, że w trakcie tej sagi z transferem VOO nie bardzo szukano, skoro przyszedł w jego miejsce niegotowy Christian Pasquato). Sprowadzono pół napastnika (Sadiku) w miejsce dwóch (Nikolić, Prijović). Doszły kontuzje, doszły frustracje, rywale zaczęli obnażać kunktatorstwo i brak pomysłu. Okazało się, że „jakoś to będzie” to nie jest dobra strategia na podbój Europy. Legia została zweryfikowana przez Kazachstan i Mołdawię. Wygrywam otwarte mistrzostwa Polski w eufemistycznych truizmach pisząc, że nie tak to miało wyglądać.

Ale Legia może się pozbierać, podążając modelem Zagłębia. Tylko że w przeciwieństwie do lubinian nie ma komfortu przerwy wakacyjnej (jakkolwiek krótka by ona nie była, panie Kucharczyk). Ten atut sama wybiła sobie z rąk, działając pospiesznie oraz bez ładu i składu, wierząc że będzie dobrze. Można było szukać wzmocnień na lato już zimą (za wzmocnienia trudno uznać Necida oraz Chimę Chukwu). Teraz warszawski klub będzie cierpieć na wielu frontach, głównie w aspekcie finansowym, bo patrząc na poziom Ekstraklasy sportowo może pozbierać się dość szybko. Jacek Magiera jest człowiekiem rozsądnym, pokornym – nie zdziwi mnie, jeśli po niedzielnym meczu zapyta Piotra Stokowca o to, jak bez dobrego dyrektora sportowego można przebudować drużynę i z pomocą czasu przezwyciężyć kryzys. Choć z pewnością znajdą się kibice Legii przeświadczeni o tym, iż ich klub jest tak potężny, że nie powinien się od nikogo w Polsce uczyć, to jest to nieprawda. Warto skorzystać z lekcji, które zostały już odrobione przez kogoś innego. Zwłaszcza, jeśli w niedzielę okaże się, że ten ktoś właśnie zdobył na stadionie przy Łazienkowskiej komplet punktów.

Choć bukmacherzy uważają inaczej, to można skłaniać się ku tezie, że Zagłębie jest nieznacznym faworytem spotkania kończącego 7. kolejkę LOTTO Ekstraklasy. Piotr Stokowiec lubi grać przeciwko Legii, Zagłębie w większości spotkań wyglądało na tle mistrza Polski bardzo dobrze i to niezależnie od kadry, którą dysponuje. Lubinianie zawsze wychodzą na boisko z agresywnym nastawieniem, preferując wysoki pressing i uniemożliwianie rywalom spokojnego budowania akcji. Starcia obu drużyn od paru lat stoją na wysokim, wyrównanym poziomie. Patrząc na ostatnie kilka spotkań możemy być pewni, że „Miedziowi” są gotowi na kolejną rundę. Piłka znajduje się po stronie rozbitego rywala. Czym odpowie Legia?

Pod znakiem zapytania stoją występy tak wielu ważnych dla Jacka Magiery zawodników, że na tę chwilę prawidłowa odpowiedź brzmi: nie wiadomo. Czy w obronie wyjdzie duet Astiz-Jędrzejczyk? Na lewej stronie obrony Łukasz Moneta, w pomocy Hildeberto, w ataku Jarosław Niezgoda? Czy to możliwe, że w niedzielę mistrz Polski przegra z dziewiątą drużyną ubiegłego sezonu również na papierze? Im dłużej się zastanawiam, tym bardziej wydaje się to możliwe.

Wszystko obraca się wokół teorii, ale teoretycznie Alan Czerwiński i Daniel Dziwniel powinni hulać na wahadłach, a zwłaszcza świetnie dysponowany prawy obrońca ma przed sobą dość korzystny „matchup”. Były defensor GKS-u Katowice ma naprawdę fenomenalny start do sezonu i jeśli podtrzyma formę, to naprawdę może zatrzymać się dopiero w reprezentacji Polski. Dlaczego nie? Dysponuje dobrą szybkością, nie boi się pojedynków biegowych. Wydolność to jego największy atut, ale nie można mu też odmówić boiskowej mądrości. Potrafi ocenić szanse na powodzenie akcji, robi to lepiej niż Dziwniel, którego wciąż ogranicza nieco zbytnia fantazja. Czerwiński to na tę chwilę zawodnik bardziej efektywny, bo choć obaj mają dobre dośrodkowania i niepodważalne inklinacje ofensywne, po lewym wahadłowym Zagłębia widać momentami, że za bardzo się zapędza. Ten mankament, pozostawiony Dziwnielowi w spadku przez Djordje Cotrę można wyeliminować. A jeśli nie, to w odwodzie jest Sasa Balić.

Losy tego meczu mogą się rozstrzygnąć właśnie na skrzydłach, bo w środku spodziewam się zaciętej walki o przestrzeń. Jarosław Kubicki i Filip Jagiełło miewają problemy z przesuwaniem piłki do przodu (czyt. podaniem otwierającym możliwości Filipowi Starzyńskiemu), przez co akcje Zagłębia tracą czasem na szybkości. Jednak, jak słusznie zauważył w trakcie meczu z Wisłą Kraków nieoceniony Michał Zachodny, gdy piłka dociera już do rozgrywającego lubinian, dzieje się sporo dobrego. Jeśli Magiera postawi na duet Mączyński-Moulin, zamiast chociażby na wracającego powoli do formy Tomasza Jodłowca, Zagłębie może znaleźć miejsce także i w środku pola.

Interesująco w kontekście tego spotkania wygląda współpraca na linii Arkadiusz Woźniak – Jakub Świerczok. To duet, który powinien się bardzo dobrze uzupełniać, choć sława i chwała nie będą rozdzielane po równo. Wychowanek Zagłębia wykonuje na placu gry mnóstwo ciężkiej, wręcz mrówczej pracy. Na murawie jest go pełno, szuka różnych luk w ustawieniu rywala, żeby stworzyć okazję do strzału. Nie boi się nikogo, walczy o każdą piłkę i dlatego, choć w schemacie Stokowca jest niezwykle ważną postacią, często pomija się jego wkład w boiskowe wydarzenia. Jego gra nie przyciąga uwagi widzów ze względu na swoją prostotę i efektywność przedłożoną nad fajerwerki. Od tego są inni, choć trzeba Woźniakowi oddać, że czasami sam próbuje zagrać niekonwencjonalnie (niestety z różnym skutkiem). Jednak jego rola sprowadza się zasadniczo do bycia spoiwem łączącym wszystko w całość drobnymi rzeczami. Od zagrań pięknych i wielkich są inni, jak na przykład Jakub Świerczok.

Były napastnik GKS-u Tychy jest pierwszym zawodnikiem od dawna, który w sześciu premierowych spotkaniach dla Zagłębia zdobył cztery bramki. Oczywiście nie wykorzystuje wszystkich okazji, bo gdyby tak było, to nie stawiałby kolejnego kroku w karierze w Lubinie. Trzeba przyznać, że pasuje do stylu gry preferowanego przez Piotra Stokowca swoją pazernością, a także pewnym pierwiastkiem bezczelności. Ma o sobie wysokie mniemanie, ale na razie trzyma je w ryzach i wykorzystuje je dla dobra zespołu. Starcie w Warszawie będzie dla niego bardzo dobrym testem – granie na stoperów mistrza Polski przeciwko wypełnionej Żylecie powinno podziałać mobilizująco. Świerczok może stać się doborowym żołnierzem Stokowca, ponieważ podobnie jak trener Zagłębia ma w sobie potrzebę udowadniania czegoś innym. To miecz obosieczny, ale gdy wszystko działa tak jak należy, nie można skupić się na pozostałych bohaterach.

A zatem wahadła zabiegają rywali, w środku pomocy trwa batalia o uwolnienie Starzyńskiego, Woźniak przytrzymuje drzwi, żeby mogli wejść pozostali, z niezdejmującym butów w gościach Świerczokiem na czele. Obrona pilnuje, żeby buksująca kołami w błocie ofensywa Legii nie wyjechała z lasu, a Martin Polacek zostaje na linii, gdzie jest jego królestwo. Co może pójść nie tak?

Wszystko, bo to polska Ekstraklasa. Zagłębie powinno w niedzielę wygrać, ale przecież Legia powinna też ograć Astanę, a Sheriffa to już w ogóle przeżuć, wypluć i zapomnieć. W sporcie, a zwłaszcza w naszym rodzimym futbolu częściej rzeczy dzieją się nie dlatego, że powinny, a właśnie dlatego, że nikt się ich nie spodziewa. To właśnie dlatego mam sporo obaw co do tego spotkania. Nawet jeśli wszystko wskazuje na jedno, może wydarzyć się zupełnie co innego.

***

Zostawiając niedzielne spotkanie z tyłu, przechodzimy do czegoś, co chciałbym robić przed każdą kolejką. W tydzień może pojawić się sporo pytań dotyczących klubu i kwestii, które warto poruszyć, a niekoniecznie związanych z wydarzeniami boiskowymi. Jeśli tylko będzie wystarczająco dużo tematów, to parę słów w tym miejscu się pojawi.

Dariusz Motała nowym dyrektorem sportowym Zagłębia Lubin.

Taką informację podał w piątek Krzysztof Stanowski na swoim Twitterze. Motała był przymierzany do Lubina już wiosną tego roku, gdy Zagłębie szykowało się do letniego okienka transferowego. Wtedy jednak nie doszło do finalizacji umowy byłego już dyrektora sportowego GKS-u Katowice. Motała rozwiązał umowę z GKS-em Katowice za porozumieniem stron, ale jak czytamy na łamach Dziennika Zachodniego, było to raczej zwolnienie niż rozstanie. Kibice obwiniają go za nietrafione transfery – przez dwa lata pracy przy Bukowej nie zbudował zespołu, który zdołałby awansować do LOTTO Ekstraklasy. Nie potrafił też znaleźć wspólnego języka z Piotrem Mandryszem, a do przychodząc do Lubina na pewno będzie miał słabszą pozycję niż Piotr Stokowiec, który w klubie jest od lat i przeżył z nim naprawdę sporo.

W trakcie swojej pracy w GKS-ie stawiał przeważnie na zawodników z pewną reputacją w polskiej piłce. Weteranów ligowych boisk pokroju Tomasza Foszmańczyka, Sebastiana Nowaka czy wcześniej Filipa Burkhardta, Wojciecha Trochima bądź Bartosza Iwana. W Lubinie czekają go inne wyzwania, będzie miał do dyspozycji pokaźniejsze środki, ale też i jeszcze mniejszy margines błędu.

Kadra Zagłębia Lubin na tę chwilę wymaga bardziej uzupełnień niż wzmocnień, a zadaniem Motały na dwa najbliższe okienka transferowe powinno być dokończenie tego, co zaczął latem prezes Robert Sadowski – wywietrzenia szatni. Odeszli Łukasz Piątek, Adrian Rakowski, Djordje Cotra, niedawno do tego grona dołączył Adrian Błąd – to gracze, których czas w Lubinie dobiegł już końca. Bez podawania nazwisk, jest jeszcze kilku których w najbliższych miesiącach powinien spotkać ten sam los. Motała nie może się pomylić, nawet jeśli w tym sezonie Zagłębie chce tylko przebudować drużynę przed atakiem na puchary, bo w przyszłym roku będzie ostatni dzwonek na włączanie ich do rywalizacji o miejsca w zespole. To dlatego tak ważne było kompleksowe podejście tego lata – piłkarze, którzy teraz dołączyli do klubu z Lubina mają cały sezon, żeby zrozumieć, o co chodzi w systemie gry Piotra Stokowca i jak funkcjonuje się w stolicy polskiej miedzi.

Wracając jeszcze do Motały. Kilka cytatów, które powinny pomóc w lepszym zrozumieniu jego podejścia do roli dyrektora sportowego oraz tego, czego możemy się po nim spodziewać w Lubinie (źródła: Gieksa.pl, Weszło).

– Jestem zwolennikiem zarządzania równoległego. Chcę mieć wpływ przede wszystkim na kadrę pierwszego zespołu, ale ostateczne decyzje co do składu i osiemnastki meczowej musi podejmować trener.

– Trener odpowiada w stu procentach za cały proces szkoleniowy, ja z kolei wraz z nim buduję strategię pozyskiwania piłkarzy oraz ich transferów z klubu i do klubu. Trener ma działać przy całej sportowej pracy, z selekcją i treningami, ja z kolei zajmuję się organizacją. Przy czym podejmujemy decyzje wspólnie, nie ma możliwości, żebym ja dla zaspokojenia swojego ego zrobił jakikolwiek transfer, to mnie nie interesuje.

– Jeśli gdzieś miałbym brać wzorce, to Zagłębie z pewnością jest takim miejscem. Pamiętajmy też, że ta praca dyrektora nie wszędzie wygląda tak samo. W Zagłębiu ważne będzie odpowiednie wykorzystanie talentów z tamtejszej akademii, ich promocja i wprowadzanie do dorosłej piłki.

– U nas dopiero wykuwa się tego typu strategie (długofalowej pracy – przyp. RYG), a tego nie da się zrobić ani w ciągu roku, ani nawet dwóch lat. To zresztą nie może być rewolucja, tylko mozolna praca u podstaw. Bardzo się cieszę, że to Zagłębie w taki sposób wystrzeliło, bo pokazuje też jak długą drogę trzeba przebyć, czasem nawet spadając z ligi, by odbudować się jako beniaminek. Zobaczmy sam proces – spadek, awans, dobry sezon jako beniaminek – już uciekają trzy lata!

– Chcę pracować w klubie od początku do końca, a nie na pół roku. To jak ze stawianiem nowej firmy, trzeba wszystko weryfikować, sprawdzać, robić raporty, ale po to się je robi, żeby je archiwizować. To daje fundament do dalszego rozwoju.

Na razie podchodzę do tego ruchu Zagłębia z pewnym dystansem, ale na oceny przyjdzie czas.

Czy w przypadku odejścia Jacha jeszcze w tym okienku klub sprowadzi lewonożnego obrońcę?

Powinien, co do tego nie mam wątpliwości. Osobiście nie sądzę, żeby Jarek odszedł już teraz, chociaż jego agent sugeruje, że to najbardziej prawdopodobny scenariusz. Sam Jach przyznał, że klub nie będzie robił przeszkód, gdyby rzeczywiście pojawiła się oferta. Moim zdaniem transfer już teraz to ruch, który nie przyniesie żadnej ze stron oczekiwanych korzyści. Pewnie, Zagłębie zarobi za swojego stopera okrągłą sumkę, ale będzie miało za mało czasu, żeby wdrożyć w system gry potencjalnego następcę (chyba, że okazałby się nim Balić, ale to ogranicza pole manewru jeżeli chodzi o rotację). Jach niezależnie od tego, gdzie by przeszedł, nie będzie miał od razu pewnego placu, a to może spowolnić jego rozwój. Samym trenowaniem nie można wejść na wyższy poziom. Zresztą stoper Zagłębia dopiero teraz wraca do optymalnej dyspozycji po kontuzji, której doznał wiosną. Nadal nie jest tak zwrotny, jak przed urazem i brakuje mu jeszcze trochę zwinności. Ciśnienia na transfer nie ma, obie strony zdają sobie z tego sprawę. Sprzedaż dla sprzedania mija się z celem, bo na przełożeniu sprawy do zimowego okienka zarówno klub, jak i zawodnik powinni zyskać.

Jeżeli chodzi o następcę, osobiście widziałbym w Zagłębiu Heberta z Piasta Gliwice. Odrobinę wyższy od Jacha, o trzy lata starszy, również lewonożny. Rozumie założenia systemu 3-5-2, bo tak przecież przez jakiś czas funkcjonował zespół ze Śląska. W dodatku Brazylijczykowi kontrakt kończy się latem 2018 roku, więc suma odstępnego nie powinna być zbyt wysoka. Warto obejrzeć parę spotkań w jego wykonaniu.

Kiedy do gry będzie Adam Matuszczyk?

Przyznam szczerze, że już od kilku kolejek zastanawiam się, dlaczego Matuszczyka nie ma nawet na ławce rezerwowych. Wiadomo, że Piotr Stokowiec lubi wprowadzać nowych zawodników po urazach bardzo powoli, ale defensywny pomocnik nie pojawił się choćby na minutę w dwóch ostatnich spotkaniach trzecioligowych rezerw. Plotki głoszą, że był bardzo niezadowolony z braku powołania do osiemnastki meczowej na pucharowy mecz z Jagiellonią. Po meczu z Legią terminarz Zagłębia robi się nieco luźniejszy, do tego dochodzi przerwa na reprezentację. Jeśli po niej nadal będzie poza szeroką kadrą (o rezerwach już nie wspomnę), to powinniśmy zacząć się martwić. I to poważnie.

Czy grając systemem 3-5-2 trener Stokowiec nie powinien dać wolnej ręki 1-2 skrzydłowym? Czy rezerwy i drużyny młodzieżowe będą grały powyższym ustawieniem?

Nie zagłębiając się za bardzo w założenia taktyczne (głównie z braku odpowiedniej wiedzy) zatrzymam się na tym, że poza Arkadiuszem Woźniakiem, który defacto skrzydłowym nie jest, żaden z obecnych graczy przypisanych do tej roli nie gwarantuje odpowiedniego zabezpieczenia w obronie, żeby występować w tym ustawieniu. Wejście Pawłowskiego, Mazka, Janusa bądź Janoszki za Czerwińskiego bądź Dziwniela od razu naraża Zagłębie na problemy w defensywie. Wymieniony przeze mnie kwartet musi mieć asekurację w postaci bocznego obrońcy, co automatycznie wymusza zmianę formacji. Także nie sądzę, żeby dawanie im wolnej ręki było odpowiednim rozwiązaniem. W kwestii systemów gry rezerw oraz drużyn młodzieżowych nie czuję się na tyle swobodnie, żeby z pełnym przekonaniem pisać, jak będzie wyglądało ich podejście po odkryciu 3-5-2 przez Piotra Stokowca. Natomiast nie sądzę, żeby narzucano trenerom jakieś ustawienie ze względu na zapotrzebowania pierwszej drużyny – nie jest to konieczne.

Martina Polacka pomroczność jasna

To miała być pomeczowa refleksja skupiona głównie na pozytywnych bohaterach spotkania Zagłębia Lubin z Bruk-Betem Termaliką Nieciecza. Bo tacy są i do nich wrócimy później. Niestety w 93. minucie „meczu”, bo koło pełnoprawnego spotkania ten zjazd 36 piłkarzy, trzech sędziów i ponad trzech tysięcy widzów na trybunach stadionu w Niecieczy nawet nie stał, Martin Polacek został pozbawiony rozsądku przez ducha Michała Gliwy.

Myślałem, że ten demon już nigdy nie zaszczyci swoją obecnością jakiegokolwiek bramkarza Zagłębia Lubin, ale ewidentnie nie doceniłem jego potęgi. Cytując 52 Dębca, od niego „nie uciekniesz, nie unikniesz, możesz to odwlec na swą niekorzyść, by potem polec i dać się dobić”. I lubinianie przez 272 minuty tego sezonu LOTTO Ekstraklasy odwlekali moment ataku Michała Gliwy, prawie docierając do mety trzeciego kolejnego spotkania z wynikiem 1:0. Ale polegli i dali się dobić, a procesy myślowe kierujące słowackim golkiperem „Miedziowych” w tej ostatniej akcji powinny być poddane analizom przez psychologów sportu.

Kilkanaście minut wcześniej Polacek dwukrotnie znakomicie interweniował na linii i wtedy, patrząc na „grę” Termaliki pomyślałem, że nie ma szans, żeby w tym „meczu” padł remis. Niestety, bo przyznam absolutnie szczerze, że nie sprawia mi żadnej przyjemności ta krytyka, Słowak z jednego z bohaterów pozytywnych stał się antybohaterem. Po raz kolejny musimy poddać w wątpliwość, czy 27-letni olbrzym w bramce Zagłębia potrafi grać na przedpolu. Na tę chwilę więcej jest argumentów przeciw tej tezie. A poniżej zamieszczam jeden z najpoważniejszych.

Nie wiem, naprawdę nie wiem, dlaczego Martin Polacek nagle pomyślał, że jest Supermanem. Nie rozumiem, dlaczego koniecznie chciał trafić z pełnym impetem staranować Jarosława Jacha (na marginesie, przeciętny występ). Nigdy nie dowiemy się, czy skacząc do góry udałoby się Słowakowi zablokować ten strzał. Nie ustalimy, czy w jego głowie brzmiało wyłącznie głośne LEEROY JENKINS. A przede wszystkim nie przekonamy się, czy złapałby tę piłkę, gdyby po prostu został na linii i czekał na rozwój wypadków.

Piotrze Leciejewski, witamy w Lubinie? To będzie naprawdę ważny test zaufania trenera Stokowca. Sytuacja zanosi się na niezwykle delikatną i trzeba ją rozegrać znakomicie, bo mimo tego blamażu wciąż wierzę, że obecny numer jeden w bramce Zagłębia wciąż może być ważną częścią tego zespołu.

Martinie Polacku, z przykrością wręczam order Mariusza Pawełka, a także zestaw łańcuchów i spawarki, żebyś mógł na zawsze zostać na linii bramkowej i nigdy jej nie opuszczać. Bazuj na swoim świetnym instynkcie, bo wielokrotnie udało ci się uratować ten zespół przed straceniem gola. Tylko dla dobra wszystkich po prostu nie wychodź dalej niż na piąty metr.

Kwestia, która w tym momencie nie może opuścić mojej głowy – czy Jarosław Bako jest w takim razie złym trenerem bramkarzy? Dowody wskazują, że przez dwa lata nie potrafi nauczyć swojego podopiecznego gry na przedpolu. Dwa metry wzrostu, kawał bramkarza, który w polu karnym powinien przestawiać absolutnie wszystkich, w piątkowy wieczór mógł co najwyżej przestawić Jarosławowi Jachowi kręgi szyjne.

To nie pierwsza sytuacja w ciągu dwuletniego pobytu Polacka w Lubinie, kiedy Słowak notuje pusty przelot niczym samolot zmierzający na lotnisko w Radomiu. Zazwyczaj kończyło się to jedynie głośnym oddechem ulgi, bo jeden z kolegów zdążał z asekuracją. Tym razem skutek był znacznie bardziej odczuwalny – utrata wymęczonych trzech punktów. Bolesna, bo Termalica przez te 93 minuty prezentowała poziom piłkarskich kartoflisk, a nie najwyższego poziomu rozgrywkowego w kraju. Co prawda można było się tego spodziewać, jeżeli najlepszym piłkarzem drużyny prowadzonej przez Mariusza Rumaka jest Łukasz Piątek, ale tak jak w derbach Zagłębie ukradło Śląskowi trzy punkty, tak w piątkowy wieczór Martin Polacek okradł swój klub z dwóch oczek.

Pewnie – pozostali piłkarze klubu z Lubina też są współwinni, bo tak fatalnie grającą Termalikę trzeba było powieźć więcej niż jedną bramką i cieszyć się komfortowym prowadzeniem. W pierwszej połowie atak pozycyjny Zagłębia przy ultradefensywnie nastawionej Niecieczy nie funkcjonował dobrze. W drugiej szybki gong po świetnej, naprawdę świetnej akcji zespołowej dał nadzieję na pewne zwycięstwo. Ale gwoździa do trumny zabrakło. Zamiast tego jest ogromne rozczarowanie, chyba podobnie jak duch Michała Gliwy już na stałe wpisane w DNA Zagłębia Lubin.

Warto jednak podkreślić, że taktyka obrana przez Piotra Stokowca na ten „mecz” była trafna. I prawie się sprawdziła. Jasne, potrzeba jeszcze czasu żeby dopracować ją w pełni, natomiast zwłaszcza w drugiej połowie było widać, że z tej mąki może być całkiem smaczny chleb.

Oprócz Piotra Leciejewskiego, który nawet nie musiał jechać do Niecieczy żeby zostać potencjalnym wielkim wygranym tego spotkania, spore plusy trzeba zapisać przy pierwszoligowych nabytkach Zagłębia. Zarówno Alan Czerwiński, jak i Bartosz Kopacz pokazali swoje spore umiejętności. Ten pierwszy wysłał prosty komunikat do Piotra Stokowca i Aleksandara Todorovskiego – chcę i jestem w stanie grać od początku, nie zawiodę.

Czerwiński był bardzo jasnym punktem lubinian w tym „meczu”. Nareszcie, po paru latach duetu Todorovski-Tosik Zagłębie może mieć obrońcę, który lubi i, przede wszystkim potrafi grać w ofensywie. Przy bramce dla „Miedziowych” od początku do końca był aktywny, zagrał precyzyjną piłkę w pole karne. W pozostałych fragmentach spotkania również często zapędzał się pod bramkę Termaliki i nie wyglądał, jakby znajdował się tam przypadkiem. Nawet jeżeli Stokowiec nie zdecyduje się pozostać przy tej taktyce w meczu z Pogonią, byłego obrońcę GKS-u Katowice widziałbym w przyszłą sobotę w wyjściowej 11 Zagłębia.

Drugi plusik stawiam przy nazwisku Bartosza Kopacza. Jako środkowy obrońca w systemie z trójką stoperów wywiązywał się ze swoich obowiązków bez zarzutu. Zagrał lepsze spotkanie od Jarosława Jacha i pokazał, że wraz z młodzieżowym reprezentantem Polski może w Lubinie stworzyć duet stoperów dopóki ten drugi nie odejdzie ze stolicy polskiej miedzi.

Kluczowe pytanie przed meczem z Pogonią Szczecin brzmi: jakie ustawienie wybierze Piotr Stokowiec?

Pytania poboczne:

  • czy Zagłębie dopnie transfer Piotra Leciejewskiego, a jeżeli tak, to czy „Leciej” zagra z Pogonią od pierwszej minuty?
  • kto z tercetu Buksa-Nespor-Świerczok wystąpi w wyjściowym składzie? Osobiście typowałbym Czecha bądź byłego napastnika GKS-u Tychy, ale żaden na tę chwilę nie odjechał pozostałym w bezpośredniej rywalizacji.
  • czy Jakub Tosik wróci do pierwszego składu? Filip Jagiełło nie zawiódł przeciwko Termalice, a zakładam, że na Adama Matuszczyka jeszcze za wcześnie.

30 mgnień kryształowej kuli przed nowym sezonem Zagłębia Lubin

Pierwszy mecz Zagłębia Lubin w nowym sezonie Lotto Ekstraklasy już w poniedziałek o 18. Absolutnie hitowe spotkanie z Koroną Kielce, które zapewne zgromadzi na trybunach i przed telewizorami tysiące widzów powinno odpowiedzieć na pierwsze pytania, które od jakiegoś czasu stawiamy sobie w kontekście graczy Piotra Stokowca. W sparingach lubinianie, delikatnie mówiąc, nie zachwycali, co może budzić więcej wątpliwości niż nadziei przed sezonem, w którym realizacja celów wcale nie musi być takim łatwym zadaniem. Ekstraklasowy peleton raczej się nie osłabił, a liga, jak mawiał klasyk, będzie ciekawsza.

Po rozczarowującym sezonie 2016/17 w Lubinie wszyscy myślą wyłącznie o powrocie do grupy ścigającej czołówkę, kolejne siedem kolejek spędzone na walce o utrzymanie z pewnością zmusi władze do gruntownego przeanalizowania fundamentów, na jakich został zbudowany ten zespół. Rok temu o tej porze mało który klub był tak solidnie skonstruowany, ale fatalna passa na zakończenie sezonu zasadniczego zrodziła w kibicach niepewność. Większość sympatyków ogłosiła konieczność przeprowadzenia rewolucji, niektórzy domagali się nawet głowy szkoleniowca.

Jednak obecny zarząd Zagłębia stroni od gwałtownych ruchów i za sterami pozostał ten sam człowiek, Piotr Stokowiec. Architekt sukcesu z sezonu 2015/16 i król bon-motów o wprowadzaniu młodzieży oraz nie schodzeniu z obranej drogi zdołał wyprowadzić zespół na lepszy kurs. Zwycięstwo w grupie spadkowej, choć przygnębiająco zwieńczone „popisem” przeciwko Arce Gdynia pokazało, że w większości zawodników wciąż drzemie odpowiedni potencjał. Kryzys, przynajmniej na razie, został zamieciony przez falę optymizmu związanego z nowym sezonem oraz zmianami kadrowymi. Lubin to jednak miasto wymagające i przyzwyczajone do pewnych standardów. Wokół klubu i posady trenera Stokowca szybko może zrobić się gorąco, zwłaszcza jeśli po pierwszych kilku kolejkach „Miedziowi” nie znajdą się w wyścigu o europejskie puchary.

Nie da się ukryć, że lato zostało rozegrane niezwykle ryzykownie. Sprowadzono trzech wyróżniających się pierwszoligowców i dwóch zawodników po problemach zdrowotnych. Każdy z tego kwintetu może równie dobrze zostać bardzo ważną postacią lubińskiego klubu, jak i kolejnym kozłem ofiarnym, na którego spadnie krytyka po słabszych występów. Ale zanim tradycyjnie ekstraklasowa rzeczywistość zweryfikuje oczekiwania miłośników polskiej piłki z całego kraju, warto założyć wariant optymistyczny. Kto wie, może nie będzie tak źle, może nazwisko Stokowiec znowu pojawi się w dyskusjach o najlepszym ligowym trenerze (już bez mitycznej roli jego okularów) i może rzeczywiście uda się wykorzystać potknięcia rywali i wrócić do pucharów? Czas pokaże.

Na tę chwilę możemy jedynie gdybać, lecz chciałbym uniknąć i tego. Poniżej prezentuję 30 oświadczeń – moim zdaniem to wszystko wydarzy się w Lubinie w tym sezonie Lotto Ekstraklasy. Są one w kompletnie przypadkowej kolejności, więc może być nieco chaotycznie. Nie przedłużając, zaczynamy.

1. Wyjściowa jedenastka Zagłębia Lubin na mecz z Koroną to: Polacek – Todorovski, Guldan, Jach, Dziwniel – Tosik, Kubicki, Janus, Starzyński, Janoszka – Nespor.

Od razu trzeba wytoczyć grube działa, bo już w poniedziałek może okazać się, że moja kryształowa kula zawiodła. Niemniej biorąc pod uwagę politykę kadrową Piotra Stokowca, który często podkreśla wagę spokojnego wprowadzania zawodników do zespołu trudno spodziewać się któregoś z nowych nabytków w wyjściowym składzie. Jedyne wątpliwości mogą dotyczyć obsady skrzydeł oraz pozycji napastnika. Jednak wydaje się, że Krzysztof Janus wygra rywalizację z Bartłomiejem Pawłowskim i Arkadiuszem Woźniakiem na prawym skrzydle, a Kamil Mazek usiądzie na ławce, ustępując miejsca Łukaszowi Janoszce. Martin Nespor, w przeciwieństwie do Jakuba Świerczoka, zdobył w sparingach kilka bramek. Korona, największa niewiadoma zbliżającego się sezonu musi zostać rozbita tak, jak miało to miejsce na początku ubiegłej kampanii i chcąc to osiągnąć, Stokowiec postawi na zgrane karty.

2. Jakub Świerczok zostanie najlepszym strzelcem Zagłębia, zdobywając w tym sezonie co najmniej 10 bramek.

Martin Nespor nie okaże się długotrwałym rozwiązaniem na pozycji numer 9 i sam Czech doskonale zdaje sobie z tego sprawę, zapuszczając włosy żeby uniknąć porównań do Darvydasa Sernasa. Po kilku gorszych występach, w których będzie irytował swoją nieskutecznością usiądzie na ławce, a jego miejsce zajmie Świerczok. Nowy napastnik Zagłębia poradzi sobie ze swoją głową i zamiast gwiazdorzyć zacznie strzelać. Choć w meczach kontrolnych miał poważne problemy ze skutecznością, dochodził do sytuacji. Gdy już się odblokuje, wygra rywalizację z Nesporem i Buksą.

3. Drugim najlepszym strzelcem zostanie Filip Starzyński, który zgromadzi co najmniej 7 trafień.

Popularny „Figo” potrafi wykonywać rzuty wolne z laserową precyzją, często jest także desygnowany do rzutów karnych. Gdy dodamy do tego fakty, że jako jeden z niewielu zawodników Zagłębia a) potrafi uderzyć z dystansu, b) nie boi się uderzyć z dystansu, c) piłkę przy nodze będzie miał praktycznie co chwilę, mamy przepis na obfitujący w piękne bramki sezon. Starzyński musi jednak pozbyć się nonszalancji i tendencji do dreptania, jakie czasami niestety towarzyszą najlepszemu w historii klubu rozgrywającemu. Jeśli będzie grał z pełnym zaangażowaniem, a partnerzy z zespołu zamiast przeszkadzać, zaczną mu pomagać, znów możemy zobaczyć piłkarza Zagłębia w reprezentacji Polski.

59284bd7a4988_o

Filip Starzyński z piłką przy nodze i wolną przestrzenią może być niezwykle groźnym zawodnikiem (fot. Piotr Krzyżanowski/Polskapress)

4. Konrad Forenc i Adrian Błąd zagrają maksymalnie trzy spotkania w lidze.

Przyznam szczerze, że nie widzę powodu, dla którego obecnie obaj wychowankowie Zagłębia mieliby znaleźć się na boisku w trakcie ligowego spotkania. Jednak zarówno Forenc, jak i Błąd są zgłoszeni do rozgrywek i teoretycznie mają szanse na występ. Powinniśmy ich mimo wszystko traktować bardziej jak ludzi od atmosfery w szatni i raczej od czasu do czasu pojawią się w trzecioligowych rezerwach. Pytanie tylko, jak długo będą częścią klubu – czy samym charakterem mogą zapewnić sobie kolejne kontrakty z klubem z Lubina?

5. Wracając do Krzysztofa Janusa – znów rozegra dobrą jesień, strzeli dwie bramki przed 10. kolejką, po czym zaginie i latem będzie musiał szukać sobie nowego klubu.

Niewiele jest w Zagłębiu Lubin rzeczy tak pewnych jak fatalna wiosna w wykonaniu Krzysztofa Janusa. Trudno powiedzieć, dlaczego skrzydłowy wraz z nadejściem pierwszych wiosennych spotkań jest absolutnie bez formy i nie potrafi jej odnaleźć. W zeszłym sezonie do 19. kolejki aż 16 razy zaczynał mecze w wyjściowym składzie. W pozostałych 18 spotkaniach tylko ośmiokrotnie. Ostatnia bramka? W 11. serii spotkań przeciwko Ruchowi. Do 31 października ma na koncie cztery gole i sześć asyst w lidze. Następna asysta przypada na 7 kwietnia, a ostatnia na 20 maja. Od sezonu 2017/18 nie będzie piłkarzem Zagłębia.

58b1af0427e11_o

W rundzie wiosennej za często oglądamy Krzysztofa Janusa robiącego taką minę (fot. Piotr Krzyżanowski)

6. Zdecydowanie lepszy sezon będzie miał za to Kamil Mazek, któremu w końcu zaufa Piotr Stokowiec. 22-letni zawodnik zanotuje co najmniej 20 meczów w pierwszym składzie, zdobywając co najmniej cztery gole i dziewięć asyst.

Jeżeli z tej listy miałaby się spełnić tylko jedna rzecz, to życzyłbym sobie właśnie eksplozji formy Mazka. Kamil to mój ulubiony typ skrzydłowego, z gatunku wymierających. Zamiast pragmatycznych Janoszki i Janusa, którzy raczej nie słyną z brawurowych akcji indywidualnych, młodzieżowy reprezentant Polski uwielbia robić użytek ze swojej szybkości i dobrego wyszkolenia technicznego. Widzę w nim pewne podobieństwo do Gerarda Deulofeu – obaj mają podobny luz i pewną bezczelność w swojej grze. Obaj mają także problem z utrzymaniem równej formy. Oby skrzydłowy Zagłębia zakończył już etap spokojnego wprowadzania do zespołu. Pora na fajerwerki.

7. Jakub Tosik nie ustąpi szybko miejsca Adamowi Matuszczykowi i będzie podstawowym defensywnym pomocnikiem Zagłębia. Do tego zanotuje mniej fauli i żółtych kartek (ani jednej czerwonej), a Twitter i portale piłkarskie nazwą go boiskowym brutalem tylko dwukrotnie.

Raczej dobiegła końca przygoda Jakuba Tosika na prawej obronie. Pierwszym wyborem Stokowca zapewne (niestety) będzie Aleksandar Todorovski, drugim Alan Czerwiński. Ale lubińska pirania, Tosikazo, nie straci miejsca w zespole po świetnym finiszu ubiegłej kampanii jako defensywny pomocnik. W sparingach prezentował się bardzo dobrze w duecie z Jarosławem Kubickim i mam wrażenie, że uniwersalny żołnierz w miedziowej armii został, może nieco z konieczności, odkryty dla Zagłębia na nowo. Adam Matuszczyk będzie musiał się napracować, żeby udowodnić Stokowcowi swoją wartość. Szykujcie się na festiwal ostrych wejść, wielu fauli i niewielu kartek. Z roku na rok Tosik udowadnia, że staje się coraz sprytniejszy w wybijaniu rywalom piłki nożnej z głowy.

8. Piotr Stokowiec przynajmniej dziesięć razy powie na pomeczowej konferencji, że droga obrana przez Zagłębie jest ciężka, ale on nie zamierza z niej schodzić. Po połowie spotkań pojawi się za to parę słów na temat wprowadzania przez niego młodych zawodników.

Nie da się tego uniknąć. Będzie bolało zwłaszcza po porażkach i frustrujących remisach. A skoro już przy tych drugich jesteśmy…

9. Zagłębie zremisuje u siebie z Górnikiem Zabrze, Wisłą Płock i Termaliką.

To będą spotkania, w których lubinianie przejmą inicjatywę i przypuszczą frontalny atak na bramkę rywali, ale jakimś cudem napastnikom i pomocnikom Zagłębia zabraknie skuteczności. Parę razy w akcie desperacji strzelą również tacy gracze jak Lubomir Guldan czy Jarosław Kubicki. Gole prawdopodobnie wpadną, lecz zdarzą się także nieporozumienia w defensywie, które zabolą bardziej niż indolencja strzelecka, która długimi momentami potrafi doskwierać „Miedziowym”.

10. Z drugiej strony, lubinianie ograją Legię, Lecha i Jagiellonię. Lechię nie.

Piotr Stokowiec wie, jak uprzykrzyć życie najlepszym zespołom w kraju. Zagłębie zawsze wychodziło na Legię bardziej zmotywowane, grało z większym zębem i agresją. Z Lechem znów spotyka się dość szybko, bo już w 5. kolejce i istnieje szansa, że poznański klub nadal będzie szukał zgrania po sprowadzeniu tak wielu nowych piłkarzy. Jagiellonia pod wodzą Ireneusza Mamrota zapowiada się na dość nieprzyjemną drużynę, ale lubinianie pokazali, że potrafią iść na wymianę ciosów. Lechia to zupełnie inny przypadek, bo zespół z Gdańska nigdy dziewiątemu zespołowi ubiegłego sezonu nie leżał. Odnoszę wrażenie, że i tym razem będzie stanowił zagadkę nie do rozwiązania przez trenera lubińskiego klubu.

11. Arka Gdynia przegra mecz przyjaźni w 9. kolejce.

Wiecie, że to się wydarzy. Wszyscy wiedzą. Nie sądzę, żeby bukmacherzy w ogóle przyjmowali zakłady na to spotkanie. Nieważne, kto wyjdzie po obu stronach, wynik jest już znany.

12. Zagłębie będzie miało siódmą najlepszą ofensywę i szóstą najlepszą defensywę w lidze.

W tym aspekcie nie zmieni się zbyt wiele. Potencjał ofensywny „Miedziowych”, choć na papierze spory, raczej nie przełoży się na grad goli co mecz. Nawet biorąc pod uwagę wiarę w Świerczoka i talent Starzyńskiego trudno mi sobie wyobrazić, że skuteczność lubinian znacząco się poprawi. Czeka nas kolejny sezon pełen górnych piłek na Świerczoka i Nespora oraz prostopadłych zagrań do Adama Buksy. Todorovski, Dziwniel i Czerwiński nie przestaną wrzucać piłek z wysokości trzydziestu metrów, gdy w polu karnym stoi dwóch-trzech partnerów. Pewnie, nie zabraknie także szybkich, dynamicznych akcji, po których ręce same złożą się do oklasków, ale będzie ich mniej niż tych frustrujących. Szyki obronne ulegną zacieśnieniu, zwłaszcza jeśli dołączy do klubu Piotr Leciejewski, który w przeciwieństwie do Martina Polacka umie grać na przedpolu. Mam jednak obawy o dyspozycję Jarosława Jacha i Lubomira Guldana, zwłaszcza w pierwszych spotkaniach.

13. Martin Nespor i Aleksandar Todorovski powtórzą swój wyczyn z zeszłego sezonu i częściej będą łapani na spalonych niż oddadzą celny strzał w kierunku bramki.

To się zdarzyło – Nespor 22 spalone/15 celnych strzałów, Todorovski 8/1. Jakim cudem zwłaszcza Czech osiągnął taki poziom? Nie wiem. Z takimi rzeczami trzeba się po prostu pogodzić. Dlatego kochamy Ekstraklasę, prawda?

14. W zimowym okienku dojdzie do przynajmniej dwóch ruchów transferowych do i z klubu.

Spekulacje pojawią się już po 1/3 sezonu zasadniczego. Szykują się ruchy w obronie, może dołączy jeszcze jeden środkowy pomocnik. Zimą na wylocie będzie Jan Vlasko (o którym więcej poniżej), ponownie znajdą się chętni na Jarosława Jacha, kluby zapytają o wypożyczenie Filipa Jagiełły. Może odejdzie też Sebastian Madera, który wciąż częściej się leczy niż jest gotowy do gry. Jedno jest pewne – to nie koniec karuzeli transferowej w Lubinie.

15. Vlasko ani razu nie wyjdzie w podstawowym składzie na mecz ligowy, znowu zacznie się pojawiać na lewym skrzydle i w końcu słusznie uzna, że jego czas w Lubinie dobiegł końca.

Pobyt Jana Vlaski w Lubinie to moje osobiste największe rozczarowanie od czasów króla piłki nożnej, profesora człapania, innej legendy słowackiej piłki, sz. p. Roberta Jeża. Vlasko miał być Filipem Starzyńskim zanim przyszedł Filip Starzyński. Szybko jednak okazało się, że preferuje bycie kontuzjowanym od grania w wyjściowym składzie i wykręcania dobrych liczb. W pamięci kibiców na pewno zostanie jego ułańska szarża w meczu ze Sławią Sofia, gdzie nawet Martin Polacek startujący z własnej bramki mógłby dogonić „biegnącego” Vlaskę. Inna sprawa, że Stokowiec już przed Starzyńskim z niezrozumiałych powodów traktował 27-letniego pomocnika jako skrzydłowego. Może chciał z niego zrobić drugiego Łukasza Janoszkę, bocznego rozgrywającego, który kreuje grę z tego sektora boiska. Spokojnie możemy uznać, że nie wyszło. Przykro będzie się żegnać, bo oczekiwania były spore, ale na to przyjdzie jeszcze czas.

579a49ae4697c_o,size,1068x623,q,71,h,1af9c9

Jan Vlasko raczej nie uniknie zapisania się w historii Zagłębia Lubin jako rozczarowanie (fot. Paweł Relikowski/Polskapress)

16. Na szczęście Filip Starzyński zostanie piłkarzem miesiąca Lotto Ekstraklasy.

Jeżeli miałbym wskazać konkretny miesiąc, to będzie to wrzesień (Wisła Płock u siebie, Arka na wyjeździe, Sandecja u siebie) bądź listopad (Cracovia, Korona u siebie, Śląsk na wyjeździe). Starzyński wrzuci wtedy trójkę, a może czwórkę i zasłuży na wyróżnienie na tle pozostałych ligowców.

 

17. Kibice będą gwizdać na Djordje Cotrę podczas derbowego meczu ze Śląskiem.

Przynajmniej niektórzy. Nie byłem zwolennikiem tego posunięcia, kapitan i człowiek, którego słowa widniały nad wyjściem na murawę nie powinien przechodzić do największego rywala. Stało się i jeżeli Serb wyjdzie w pierwszym składzie wrocławian w meczu 2. kolejki, kibice Zagłębia na pewno dadzą mu do zrozumienia, że popełnił spory błąd wybierając właśnie Śląsk. Kto wie, może nawet pojawi się jakiś transparent.

18. Arkadiusz Woźniak nie przestanie co jakiś czas wykonywać rzutów rożnych.

Czasami dochodzi do takiej sytuacji i nie przypominam sobie, żeby z jego dośrodkowań stwarzały się klarowne sytuacje dla Zagłębia. Nie wróci już ze skrzydła do ataku bądź na inną pozycję, ale w klubie jest kilku zawodników, którzy mają lepiej ułożoną nogę. Poza tym Woźniak potrafi znaleźć się dobrze w powietrzu i wygrać pojedynki główkowe. Czemu tego nie wykorzystać? Pozostając w temacie kornerów…

19. Zagłębie średnio raz w meczu rozegra rzut rożny krótko i nic z tego nie wyjdzie. Mimo to nie przestaną próbować.

Przeświadczenie, że z krótkich rogów coś wychodzi jest na stałe zapisane w DNA Zagłębia i nigdy nie opuści tego klubu. To znak szczególny dwukrotnego mistrza Polski.

20. I jeszcze jedno – przynajmniej siedem bramek dla Zagłębia padnie w tym sezonie po dośrodkowaniach z rzutów rożnych.

To zawsze była dobra broń w arsenale drużyny Piotra Stokowca i w tym sezonie nie powinno być inaczej.

21. Przynajmniej 20 razy pomyślę sobie, że w tym momencie spotkania na boisku powinien pojawić się Adrian Rakowski.

Chociaż były już pomocnik Zagłębia od lat pełnił rolę kozła ofiarnego i krytyka go nie omijała, zawsze nadchodziły chwile, w których pojawiał się na boisku. I zawsze robił dokładnie tyle, ile trzeba było, zawsze w powolnym tempie. Dla niego czas płynął inaczej, po jego wejściu losy spotkania rzadko kiedy się odwracały. Nie zdobył gola w Ekstraklasie od dwóch lat, nie zanotował asysty od ponad roku. To świetny człowiek, ale piłkarz niestety za słaby na Zagłębie. Czy wróci jeszcze na najwyższy poziom? Na pewno przez jakiś czas będzie mi go brakowało.

22. Tylko jeden młody zawodnik zadebiutuje w barwach Zagłębia.

I będzie to ktoś z trójki Serafin Szota, Dawid Pakulski, Damian Oko. Nie spodziewam się spektakularnej promocji któregoś z zawodników ofensywnych z trzecioligowych rezerw. Szkoda, bo nie brakuje w Lubinie perspektywicznych obrońców i defensywnych pomocników, ale ewidentnie nie ma ciekawych zawodników formacji ataku w wieku 17-19 lat.

23. Frekwencja na stadionie Zagłębia będzie wynosić średnio co najmniej 6500 widzów.

Chcę wierzyć, że jesteśmy w trakcie trendu wzrostowego jeżeli chodzi o frekwencję na stadionie Zagłębia. Może w końcu uda się przekonać kibiców spoza „Przodka”, że warto zjawić się także na meczach przeciwko mniej interesującym rywalom pokroju Sandecji czy Piasta. A to dlatego że…

24. Zagłębie wygra więcej spotkań na własnym terenie niż w zeszłym sezonie.

To teoretycznie nie powinna być trudna sztuka, ale w rozgrywkach 2016/17 tylko 6 z 19 spotkań w Lubinie zakończyło się zwycięstwem „Miedziowych”. 1-2 z Wisłą Płock, 1-1 z Cracovią, 0-1 z Ruchem, 0-0 z Łęczną i tylko dwie wygrane z zespołami z czołowej ósemki (4-0 z Koroną i 2-0 z Termaliką). To bilans, który trzeba poprawić, jeśli walka o europejskie puchary ma stać się rzeczywistością.

25. Pierwszym nazwiskiem, które pojawi się w plotkach o nowym trenerze Zagłębia będzie Waldemar Fornalik.

Nie potrafię i nie chcę sobie wyobrażać gry Zagłębia Lubin pod batutą byłego selekcjonera reprezentacji Polski. Niemniej takich spekulacji nie zabraknie. Cierpliwości.

26. Szeroka kadra przyda się w Pucharze Polski, gdzie Zagłębie zawędruje co najmniej do półfinału.

Komfort w rotacji, o który zabiegał Piotr Stokowiec będzie potrzebny nie tylko w skondensowanym na potrzeby mistrzostw świata sezonie ligowym, ale również podczas rozgrywek pucharowych, gdzie trzeba będzie dać szansę zmiennikom. Po nieudanej przygodzie z pucharem tysiąca drużyn w poprzednim sezonie ten turniej powinien być potraktowany przez Zagłębie nieco poważniej. W końcu, co pokazała Arka, to może być zdecydowanie łatwiejsza droga do europejskich pucharów. Lubinianie mieli już okazję zagrać w finale, ale brakuje im tego trofeum w gablocie. Ten sezon może być szansą na zmianę tego stanu rzeczy.

27. Zanim Piotr Leciejewski wygra rywalizację z Martinem Polackiem, Słowak przynajmniej trzy razy za późno zorientuje się, że nie powinien był wychodzić z bramki, ale ktoś naprawi jego błąd.

Refleks i siła Polacka są nie do podważenia, lecz jego gra na przedpolu wręcz przeciwnie. Martin byłby najlepszym bramkarzem w lidze, gdyby można było wjeżdżać w graczy przeciwnika z kolana, ale te czasy już dawno minęły. Aż dziw, że Jarosław Bako wciąż nie jest w stanie wykorzystać fantastycznych warunków fizycznych golkipera Zagłębia. To ostatecznie będzie jego gwoździem do trumny – jeden wyskok na szósty metr za dużo sprawi, że wskoczy na ciepłe miejsce na ławce rezerwowych. Na marginesie – to niesamowite, że w końcu uda się dograć transfer Leciejewskiego do Lubina, chociaż może to o kilka lat za późno?

28. Jarosław Bako przynajmniej raz przestraszy sędziego tak bardzo, że po dwóch sekundach konfrontacji oko w oko arbiter odwróci się na pięcie i pobiegnie w głąb boiska.

Nie chcecie zadzierać z Jarosławem Bako. Może zastraszyć was na śmierć samym wzrokiem.

29. Jarosław Kubicki będzie najdłużej przebywającym na boisku piłkarzem Zagłębia.

Już w zeszłym sezonie tylko o 37 minut przegrał ten tytuł z Martinem Polackiem. Teraz, gdy Słowak powinien w trakcie sezonu zasiąść na ławce rezerwowych, królem minut powinien zostać Jarosław Kubicki. Choć mam wrażenie, że minione rozgrywki nie były dla niego takim przełomem, jakim powinny być, to i tak ma niepodważalną pozycję w wyjściowej 11. Niemniej pora postawić kolejny krok i dołączyć do czołówki defensywnych pomocników Ekstraklasy. Stać go na to.

30. Zagłębie skończy sezon 2017/18 na piątym bądź szóstym miejscu w lidze.

Lubinianom zabraknie siły, żeby walczyć o medale z Legią, Lechią czy Lechem. Z peletonu wyjdzie też jeden klub, który będzie niespodzianką w tych rozgrywkach. Zagłębie jest silnym klubem i nie powinno mieć problemu z zespołami z dolnej części tabeli (pomijając punkt 9). Spodziewam się solidnego sezonu i kontynuacji wzmocnień, które dadzą nadzieję na powrót do pucharów w najbliższych latach. Albo wszystko runie i będziemy się zastanawiać, co tym razem poszło nie tak. Jedno z dwóch.

  • Wszystkie dane statystyczne pochodzą z serwisu ekstrastats.pl, transfermarkt.pl bądź 90minut.pl.