Statyczność prowadzi do szybkiego otrzeźwienia

Może to i dobrze, że Zagłębie Lubin przegrało z Piastem Gliwice w meczu trzeciej kolejki LOTTO Ekstraklasy. Przy Okrzei zobaczyliśmy Zagłębie kompletnie bezbarwne, pozbawione pomysłu i dające sobie narzucić styl gry. Niestety, co przyznał po meczu Mariusz Lewandowski, zmiany tylko pogłębiły problemy „Miedziowych”, gdy przecież z definicji mają przynosić odwrotny skutek. Ale po kolei.

Piłkarze z Lubina już w trzeciej kolejce zagrali mecz taki, którego powinni unikać jak tylko mogą. Pewnie, ktoś może powiedzieć, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala, a Piast nie pozwolił na zbyt wiele. Tylko że Zagłębie przyjęło warunki gospodarzy bez żadnych zastrzeżeń i nie zrobiło nic, aby je zmienić. Dało się kompletnie zdominować, pozwoliło gliwiczanom zagrać popisową partię. Można się dziwić, że pomimo takiego występu piłkarzy Waldemara Fornalika wygrali oni tylko 2:1, a gdyby nie świetna interwencja Jakuba Szmatuły mogłoby nawet dojść do podziału punktów.

Piast nie zostawił Zagłębiu ani chwili na zastanowienie, ani momentu na spokojnie przyjęcie piłki i kontynuowanie ataku. Natychmiast był doskok, podwojenie, a momentami nawet potrojenie krycia. Efekt? Filip Starzyński poza kluczowym podaniem przy bramce praktycznie nie istniał i został zmieniony. Inną kwestią jest to, kto za niego wszedł, ale o tym nieco później. Patryk Tuszyński był napadany przez rywali i pomimo jego ciężkiej pracy ze zgrywanych piłek czy prób wejścia w drybling nie wychodziło zbyt wiele. Najbardziej aktywnym i jednym z najlepszych piłkarzy Zagłębia był Bartłomiej Pawłowski, ale decyzje Platona to wciąż jego mankament. Obaj jednak zostali wynagrodzeni za swoje starania, odpowiednio bramką i asystą.

Problem braku miejsca był pogłębiony przez bardzo słabą postawę defensywnych pomocników. W dzisiejszych czasach nie można wystawić dwóch zawodników o podobnym stylu gry i podobnych zadaniach, jeśli te nie obejmują spokojnego i rozsądnego dysponowania piłką. Tymczasem Jakub Tosik i, w znacznie mniejszej mierze, Adam Matuszczyk może i włączają się do ataków, ale Piast mógł sobie pozwolić na to, żeby to oni brali się za rozegranie, bo na 10 takich prób może dwie skończą się przyspieszającym grę podaniem do przodu. Pozostałe to piłka do tyłu, do boku albo strata. W kadrze na mecz zabrakło Filipa Jagiełły, nie wszedł także Paweł Żyra, a Mateusz Matras nie zrobił większej różnicy w tym aspekcie gry. W związku z tym gracze Fornalika mogli spokojnie skupić się na uprzykrzaniu życia Starzyńskiemu i bieganie do skrzydeł, które były jedyną opcją w ataku.

Tosik i Matuszczyk byli także nieefektywni w defensywie, jako główna oś obrony lubinian zagrali zupełnie odwrotnie niż ich vis-a-vis, czyli Tomasz Jodłowiec i Patryk Dziczek, których często wspierał zwłaszcza Jorge Felix. Pomocnicy „Miedziowych” nie zmuszali zawodników Piasta do błędów, szukając odbiorów i przechwytów raczej po niewymuszonych pomyłkach. Dzięki temu gospodarze mogli kontrolować tempo wedle uznania. Gdy mogli zagrać szybciej, to to czynili. Gdy zaś robiło się przed bramką Dominika Hładuna zbyt gęsto, mogli bez większego problemu odbudować atak pozycyjny i spróbować stworzyć zagrożenie raz jeszcze. Doskoki lubinian do piłkarzy rywali były pozorowane, kończyły się na metr lub dwa od atakowanego gracza. To pozwalało na celne odegranie i kontynuację akcji.

A gdy ta przenosiła się w okolice pola karnego, częściej niż nie było tam groźnie. Maciej Dąbrowski może i statystycznie zagrał nieźle, ale zawalił pierwszą bramkę, będąc kilka metrów od Papadopulosa. Tak doświadczony stoper powinien wiedzieć, że nie można zostawiać dobrze grającego głową napastnika samopas. Jednak postanowił to zrobić, Czech zagrał tak, jak chciał, a Guldan mógłby się ścigać z Joelem Valencią kilka sezonów temu. Dąbrowski był spóźniony bądź źle ustawiony jeszcze kilka razy, a o jego podaniu z końcówki spotkania trzeba jak najszybciej zapomnieć.

Znowu długie piłki rzucane za obrońców Zagłębia przyniosły efekt. Valencia kilkukrotnie miał sporo czasu i miejsca, żeby coś stworzyć. To bardzo aktywny zawodnik, z którym lubinianie mieli ogromne problemy. Gdyby Filip Starzyński miał taką dynamikę jak Ekwadorczyk, byłby w kadrze narodowej co zgrupowanie. Ale za często ginie w tłumie, gdy owy tłum go osacza. To dlatego opuścił boisko przed końcem meczu. Lecz tego, że zastąpił go Bartosz Kopacz nie da się chyba obronić.

Mariusz Lewandowski postanowił jeszcze głębiej ustawić swoją defensywę, co pozwoliło Piastowi zakładać skuteczny pressing już trzydzieści metrów od bramki Hładuna. „Miedziowi” w końcówce meczu praktycznie nie opuszczali swojej połowy. Udało się to dopiero, gdy Tom Hateley trafił na 2:1 i gospodarze nieco odpuścili. Aż prosiło się, żeby wpuścić gracza do środka pola, który przynajmniej spróbuje nieco oddalić próby odbioru rywali, da trochę przestrzeni Zagłębiu. Tymczasem nie było ani miejsca, ani szybkich kontr. Nie było niczego poza uczuciem nieuniknionego gola dla Piasta.

Wracając do tezy z pierwszego zdania. Dobrze, że taki mecz przyszedł tak wcześnie. Że kolejne mankamenty zostały obnażone już teraz. Jest dużo czasu, żeby je wyeliminować i naprawić. Mariusz Lewandowski i jego sztab mają sporo materiału do analizy i mogą nad tym pracować na treningach. Meczów z rywalami pokroju Piasta będzie jeszcze wiele, w każdym kolejnym musi być widoczny postęp. Inaczej zimą będziemy się zastanawiać, jak uratować ósemkę. Lampka ostrzegawcza już miga ze sporą częstotliwością.

Reklamy

Beniaminek większym wyzwaniem niż mistrz?

Pytanie postawione w tytule na pierwszy rzut oka może się wydawać paradoksalne, ale patrząc na „popisy” warszawskiej drużyny na starcie sezonu wcale nie musi tak być. Legia ma z założenia wygrywać każde spotkanie, zatem będzie starała się grać piłkę otwartą, ofensywną. Oczywiście, jeśli ma się za trenera króla atmosfery bez większego pojęcia o taktyce plan może nie wypalić, co skutkuje np. porażką 2:3 z Zagłębiem. Zagłębiem, które w ostatnich latach w Warszawie czuje się równie dobrze (a kto wie, czy nawet nie lepiej), jak na własnym obiekcie. W końcu w ostatnich pięciu meczach przy Łazienkowskiej lubinianie wygrywali trzykrotnie, raz remisując i tylko raz przegrywając.

Starcia Zagłębia z Legią są bardzo dobrym odzwierciedleniem tego, jak klub z Lubina prezentował się w ostatnich dwóch sezonach. Potrafił napsuć sporo krwi drużynom z czołówki, mając swój dzień piłkarze „Miedziowych” są w stanie pokonać każdą ekipę z górnej połowy tabeli, za wyjątkiem Lechii Gdańsk. Jednak gdy przychodzi do starć z niżej notowanymi przeciwnikami, w których Zagłębie przed pierwszym gwizdkiem jest stawiane w roli faworytów już nie zawsze jest tak kolorowo.

Wyniki punktowe są porównywalne. W 16 spotkaniach z drużynami z miejsc 9-16 lubinianie w zeszłym sezonie zdobyli 23 punkty. W 14 meczach rozegranych z ligową czołówką (nie biorę pod uwagę rundy dodatkowej) uzbierali 17 oczek. Gdy sytuacje się odwróciły, po raz kolejny nie ma znaczącej różnicy na korzyść meczów z teoretycznie słabszymi rywalami. Sezon 2016/17 to 18 punktów w 14 meczach z drużynami 10-16 i 21 w starciach z górną ósemką.

Lubinianie mają problemy z rozbiciem drużyn grających defensywnie. Duża liczba podań i częste dośrodkowania rzadko kiedy przynoszą efekt przy zespołach, które w okolicach swojego pola karnego mają czasami ośmiu, a nawet dziewięciu zawodników. Brakowało często elementu zaskoczenia, ale nawet jeśli udawało się przełamać zasieki i wyjść na prowadzenie, niekiedy nawet dwubramkowe, pojawiało się rozluźnienie w szeregach defensywnych i z pewnego zwycięstwa robił się remis. Tak, jak miało to miejsce w przypadku piątkowego meczu Lechii Gdańsk ze Śląskiem Wrocław, kiedy to gracze Piotra Stokowca mogli spokojnie dwa czy trzy razy zapewnić sobie komplet punktów, ale potem w absurdalny sposób zostawili Piotra Celebana przy stałym fragmencie gry i dali sobie strzelić bramkę. Na tę zanosiło się już od początku drugiej połowy, co dla kibiców Zagłębia było dość smutnym przypomnieniem, że jeszcze niewiele ponad pół roku temu taki stan rzeczy miał miejsce w Lubinie.

Wracając jednak do „Miedziowych” – mecz z Sosnowcem to kolejny poważny test dla wszystkich formacji drużyny prowadzonej przez Mariusza Lewandowskiego. Defensywa będzie musiała uważać na sporadyczne, acz groźne ataki rywali, zaś ofensywa przede wszystkim ma za zadanie stworzyć sobie jak najwięcej klarownych sytuacji. Bo nie ma co się oszukiwać – Zagłębie, jeśli chce wrócić do walki o europejskie puchary, powinno takich rywali jak beniaminek ze Śląska wypunktować. A już zwłaszcza na własnym obiekcie.

Jeden mecz i to jeszcze z tak słabą Legią o niczym nie przesądza. Owszem, Patryk Tuszyński zdobył dwie bramki, Filip Starzyński zagrał w końcu jak Filip Starzyński, a Bartłomiej Pawłowski imponował dynamiką oraz podejmowaniem decyzji. Ale występ przy Łazienkowskiej trzeba powtórzyć na własnym obiekcie, a co do dwóch z trójki tych graczy trudno mieć pełne zaufanie w tym aspekcie.

Tuszyński i Pawłowski potrafią przeplatać dobre mecze przeciętnymi i dopóki nie zagrają kilku spotkań z rzędu na równym, wysokim poziomie, nie będę mógł z pełnym przekonaniem pisać, że zaprezentują się dobrze w kolejnych spotkaniach. Dlatego nie jestem w stanie stwierdzić, że napastnik Zagłębia znów parę razy będzie miał dobrą okazję do zdobycia bramki i wykorzysta przynajmniej jedną i że skrzydłowy „Miedziowych” ponownie pokaże dobry zwód i przemyślane zagrania. Śledzenie klubu z Lubina nauczyło mnie, że niczego nie można brać za pewnik. Gdy myślałem, że Jakub Świerczok założy w maju koronę króla strzelców, postanowił odejść do Bułgarii.

Na przedmeczowej konferencji zapytałem trenera Lewandowskiego, czy jest zadowolony z głębi składu i powiedział, że w klubie dołożono wszelkich starań, aby kadra była odpowiednia. Każdy z zawodników ma mieć szansę na granie, liczy się także dokooptowanie młodych piłkarzy z Akademii Piłkarskiej KGHM. O ile na większości pozycji nie można mieć obaw o rywalizację i zmienników, tak ciekawie prezentuje się kwestia napastników. Na tę chwilę w rotacji są Patryk Tuszyński, Jakub Mares i Olaf Nowak. Trójka graczy ze swoimi mniejszymi bądź większymi przywarami. Tuszyński to zawodnik jak na razie nieregularny. Mares przez większość kariery był skrzydłowym i to widać w jego stylu gry. Natomiast Nowak jeszcze nie powąchał ekstraklasowych boisk i jeśli dostanie szansę od Lewandowskiego okrzepnięcie może mu zająć kilkaset minut.

Niepewny jest status Artura Siemaszki. Z jednej strony chciał walczyć o miejsce w składzie, ale wszystko wskazuje na to, że niedługo zostanie zawodnikiem GKS-u Katowice. Kibice klubu z Bukowej już od jakiegoś czasu wskazywali na ten ruch i jeśli do niego dojdzie, to będzie to odpowiedni kierunek dla „Siemy”. Już w Stomilu Olsztyn pokazał, że pierwszoligowa rywalizacja mu niestraszna. Teraz przejdzie do zespołu z ambicjami większymi niż rozpaczliwa walka o utrzymanie i powinien mieć więcej okazji do strzelania goli. W dodatku spotka się w Katowicach z Konradem Andrzejczakiem i Adrianem Błądem, którzy z pewnością pozwolą mu szybciej stać się ważną częścią GieKSy. Wypożyczenie do pierwszoligowca rozmija się trochę z deklaracjami Siemaszki na temat walki o miejsce w wyjściowej jedenastce, ale w sparingach zagrał tylko niecałe 120 minut i nie zdobył żadnej bramki.

Obawiam się także o defensywę lubinian, której mankamenty w starciu z Legią była raz po raz obnażane. Górne piłki za Guldana i Dąbrowskiego co i rusz stwarzały mistrzowi Polski szanse na zdobycie gola i, jak przyznawali także sami piłkarze, Zagłębie miało w tym meczu furę szczęścia. Lewandowski na konferencji mówił, że najważniejszym jest, że błędów nie można powtarzać. Jego zawodnicy wyciągają wnioski i trwa praca nad tym, żeby uszczelnić szeregi defensywne. Gra obronna ma zaczynać się od napastników i to zapewne również dlatego podstawowym wyborem szkoleniowca lubinian jest Patryk Tuszyński, który dobrze wywiązuje się z zadań defensywnego napastnika. Jeśli oprócz odpowiedzialności w obronie dołoży także regularne zdobywanie bramek, Michał Żewłakow nie będzie musiał analizować potencjalnych kandydatur na nowego snajpera Zagłębia, a Jakub Mares będzie miał przed sobą sporo pracy, żeby wywalczyć miejsce w wyjściowej jedenastce.

Wymarzonym scenariuszem przed meczem z Zagłębiem Sosnowiec powinna być powtórka ze spotkania z Koroną Kielce z pierwszej kolejki sezonu 2016/17. „Miedziowi” znakomicie zagrali pierwsze pół godziny, zdobywając aż cztery bramki i kontrolowali wydarzenia boiskowe przez pozostałą godzinę. Taka gra w wykonaniu lubinian w dzisiejszym starciu byłaby dobrą deklaracją ambicji na rozpoczynające się rozgrywki.

30 mgnień kryształowej kuli przed nowym sezonem Zagłębia Lubin #2

Choć sezon 2018/2019 LOTTO Ekstraklasy wystartował już wczoraj, to dla kibiców Zagłębia Lubin początek ma miejsce dopiero dziś, w sobotę wieczorem. O 20:30 podopieczni Mariusza Lewandowskiego wyjdą na murawę stadionu przy ul. Łazienkowskiej 3 i zagrają z mistrzem Polski, Legią Warszawa. Ponieważ przed nami kolejne 37 kolejek w wykonaniu piłkarzy z Lubina, trzeba przygotować jakąś formę zapowiedzi sezonu, który tuż tuż.

W zeszłym roku pokusiłem się o 30 tez, przepowiedni, you name it, z których sprawdziło się tylko pięć. Ale spodobała mi się ta forma przygotowania materiału zapowiadającego sezon jako całość, bo o poszczególnych meczach będzie okazja się rozpisać w momentach, w których będą się zbliżać. Jasne, przed spotkaniem z mistrzem Polski powinno być tego typu konkretne wprowadzenie, ale tym razem postanowiłem podejść do tego tematu mniej szablonowo.

Nie przedłużając, bo czas goni. Oto 30 rzeczy, które prawdopodobnie (szanse oceniam na 26,5%) wydarzą się w sezonie 2018/19 w KGHM Zagłębiu Lubin. Tym razem, dla lepszej czytelności, wpis został podzielony na sekcje.

I – PERSONALIA

1. Wyjściowa jedenastka na mecz z Legią: Hładun – Czerwiński, Dąbrowski, Guldan, Dziwniel – Matuszczyk, Jagiełło, Pawłowski, Starzyński, Janoszka – Mares.

Według mnie Łukasz Janoszka jest największym wygranym letniego okresu przygotowawczego. Grał sporo, strzelał bramki, pokazywał się z dobrej strony. Mariusz Lewandowski przynajmniej na początku sezonu będzie stawiał na skrzydłowych, a Damjan Bohar i Władysław Sirotow przyszli moim zdaniem za późno, żeby z miejsca wskoczyć do wyjściowej jedenastki. Bartłomiej Pawłowski również będzie korzystał z kredytu zaufania i czasu na aklimatyzację, jakiego potrzebują zagraniczni rywale do miejsca w składzie. Zarówno Janoszka, jak i Pawłowski to gracze kreatywni, których stać na stworzenie dobrych okazji bramkowych. Reszta piłkarzy to raczej pewniaki do miejsca w składzie.

2. Najlepszym strzelcem Zagłębia Lubin w rundzie jesiennej zostanie Filip Starzyński. 

O napastnikach, którzy są obecnie w kadrze Zagłębia więcej poniżej, teraz skupmy się na popularnym „Figo”. Jeśli będzie zdrowy, jeśli będzie w formie, to wzrok w jego stronę skieruje Jerzy Brzęczek. Nie będzie miał wyboru, bo dobrze dysponowany Starzyński to jeden z najlepszych rozgrywających ligi, jeśli nie najlepszy. Gdy 27-letni pomocnik nie człapie, nie kręci kółeczek dla kręcenia kółeczek i gdy ma z kim grać, to jest niezwykle groźny. Tworzy sporo okazji, które kończą się faulami bądź bramkami. Jeśli to pierwsze, to z karnych bądź wolnych uderza sam. Jeśli bramki, to również dobrze dla klubu i dla samego Starzyńskiego. Obawiam się jednak, że to właśnie on jesienią będzie musiał w głównej mierze wziąć na siebie odpowiedzialność za poprawę dorobku bramkowego Zagłębia Lubin. A to dlatego, że…

3. Napastnicy Zagłębia Lubin – Jakub Mares, Patryk Tuszyński, Artur Siemaszko i Olaf Nowak nie uzbierają łącznie dwudziestu goli w sezonie.

W zeszłym sezonie Jakub Świerczok zdobył 16 goli w 21 ligowych spotkaniach i gdyby nie odszedł do Bułgarii, to zostałby królem strzelców. Takie są fakty i nie ma co z tym dyskutować. Dojście do tego imponującego wyniku zajęło mu 1645 minut. Jego zastępcy – Mares i Tuszyński w 2439 minut mieli łącznie dziewięć goli. Jeśli pomyślałeś, drogi czytelniku, że to nie jest dobry rezultat to masz rację. Jakub Mares częściej znajduje się na skrzydle bądź przed polem karnym niż w polu karnym i trudno mi uwierzyć, że nagle zmieni swoje nastawienie. Natomiast Patrykowi Tuszyńskiemu tak bardzo spodobało się bycie defensywnym napastnikiem, że wolał przebywać na wysokości 30-40 metrów od bramki rywali niż w polu karnym. Gdy jest w szesnastce, ma szansę na bramkę, ale sam musi się przekonać do regularnych pobytów w tym obszarze boiska. Natomiast Artur Siemaszko i Olaf Nowak muszą cierpliwie czekać na wezwanie od Mariusza Lewandowskiego, a to wcale nie musi nastąpić tak prędko. W związku z tym…

4. Do Zagłębia w tym sezonie dołączy jeszcze jeden napastnik.

Michał Żewłakow i Mariusz Lewandowski zdadzą sobie sprawę z tego, że w walce o górną ósemkę (a może i europejskie puchary) potrzebny jest ktoś, na kim można polegać. Strzelec regularny, pokroju Marcina Robaka czy Christiana Gytkjaera. Od momentu jego odejścia wszyscy w Lubinie tęsknią za Jakubem Świerczokiem i na razie nie znalazł się nikt, kto by wypełnił chociaż w połowie pustkę po byłym już napastniku Zagłębia. Nie zdziwiłbym się, gdyby takim zawodnikiem okazał się ktoś z zagranicy.

5. Damjan Bohar okaże się porządnym wzmocnieniem Zagłębia i gdy już wprowadzi się do zespołu, nie odda miejsca w składzie. Skończy sezon co najmniej z pięcioma asystami.

Można by pomyśleć – co to jest pięć asyst dla skrzydłowego, takie liczby to można kupić w każdym sklepie z liczbami. A no właśnie nie można, bo gdyby rzeczywiście się dało, to ta sztuka udałaby się w zeszłym sezonie któremuś z ofensywnych graczy Zagłębia. Nie udała się, wynik ten osiągnął jedynie Alan Czerwiński. Więc zanim zacznę wymagać od Słoweńca czegoś więcej, chciałbym najpierw żeby przekroczył tę liczbę. W Lubinie wielu już było królów życia, którzy przychodzili z wielkimi oczekiwaniami, a odchodzili w wielkiej ciszy.

6. Eksperyment z Arkadiuszem Woźniakiem w roli prawego obrońcy się nie sprawdzi, co oznacza, że Zagłębie będzie musiało sprowadzić nowego zawodnika na tę pozycję. 

W Lubinie powinno się chuchać i dmuchać na Alana Czerwińskiego, który ma zadatki na najlepszego prawego obrońcę w lidze. Na pewno nie zostanie nim Arkadiusz Woźniak, któremu choć nie można odmówić odwagi, determinacji i waleczności, to także nie można znaleźć mu odpowiedniej pozycji na boisku. Grał już w ataku i na prawym skrzydle, więc naturalnie przyszedł czas na bok defensywy. Ale Łukaszem Piszczkiem „Wąski” nie zostanie. Pamiętam próby przekwalifikowania Adriana Błąda na lewą obronę i to też nie wyszło. Niestety nie mam podstaw ku temu, żeby sądzić, że z Woźniakiem będzie inaczej. Pewnie, to nie jest tak, że Mariusz Lewandowski grając nim na prawej obronie wysyła sygnał „patrzcie, jak muszę kombinować”, ale samym serduchem wychowanek Zagłębia się na tej pozycji nie obroni. Tylko dwóch zawodników ma więcej występów w Ekstraklasie niż 28-letni uniwersalny piłkarz, lecz ten ruch zmusi lubińskich decydentów do działania.

7. Zimą z klubu odejdą Kamil Mazek i Piotr Leciejewski.

Obaj powinni dostać jeszcze przynajmniej po jednej szansie uzasadnienia swojej przydatności dla klubu, ale na tę chwilę są zbyt daleko w rotacji na swoich pozycjach, żeby myśleć o regularnych występach. W moim odczuciu tylko urazy mogą sprawić, że Kamil Mazek grałby systematycznie w pierwszej drużynie. Jeżeli chodzi o Leciejewskiego, to może liczyć na sytuację, która sprawiła, że sam usiadł na ławce. Dominik Hładun nie prezentował się zbyt pewnie w przedsezonowych sparingach i wcale nie jest powiedziane, że w przypadku kolejnej wpadki „Leciej” nie wróci do łask. Jednak według mnie obaj będą grali rzadziej (jeśli w ogóle), niż by sobie tego życzyli i pożegnają się z klubem. Szefostwo klubu podkreślało, że kadra jest za szeroka i siłą rzeczy ktoś musi paść ofiarą tej głębi składu.

8. Mateusz Matras wygryzie z wyjściowej jedenastki Adama Matuszczyka i on też będzie szukał nowego klubu, choć tutaj nie przesądzę, czy odejdzie. 

Lubiński Joe Allen, król podań do boku i do tyłu, straci swoją pozycję na rzecz Matrasa. Okej, były piłkarz Lechii nie zaczął przygody z Zagłębiem najlepiej (i to mówiąc bardzo delikatnie), ale w Pogoni Szczecin pokazał, że potrafi grać do przodu – pięć bramek i trzy asysty to bardzo dobry wynik jak na defensywnego pomocnika. I myślę, że w tym sezonie zaprezentuje to w miedziowych barwach. Jego gra pozwoli dodać rozegraniu Zagłębia nowego wymiaru.

9. Dominik Hładun i Filip Jagiełło swoją grą zwrócą na siebie uwagę lepszych klubów, ale zdecydują się pozostać w Lubinie przynajmniej do końca sezonu. 

Trudno mi pojąć, że Filip Jagiełło w sierpniu będzie miał dopiero 21 lat, ale ta niesprawiedliwość, jaką była decyzja Oresta Lenczyka o wprowadzeniu Jagiełły w meczu z Ruchem Chorzów cztery lata temu i ściągnięciu go po 34 minutach zrobiła swoje. Cóż, poprzedni sezon był tym, na co w Lubinie od jakiegoś czasu czekaliśmy. Przełomowe rozgrywki, które może nie zachwyciły liczbowo (gol i trzy asysty), ale były ważne pod kątem ilości czasu, jaką spędził na ekstraklasowych boiskach. Ponad 2200 minut to już całkiem niezły wynik, a śmiało mogę napisać, że w tym czasie absolutnie nie zawiódł. Wręcz przeciwnie, pokazał, że nie boi się odważnych decyzji, że stać go na wzięcie na siebie odpowiedzialności za rozgrywanie piłki. Nadchodzący sezon powinien być kolejnym krokiem w jego rozwoju i jestem o Jagiełłę bardzo spokojny. O błędach Hładuna w sparingach już wspomniałem, ale to wciąż gość, który szturmem wziął miejsce w bramce Zagłębia w końcówce zeszłego sezonu i wybronił lubinianom miejsce w pierwszej ósemce. Mam nadzieję, że limit błędów wyczerpał już w meczach kontrolnych, a już od pierwszego meczu udowodni swoją wartość dobrymi interwencjami. Hładun i Jagiełło to dwaj gracze, na których Zagłębie może w nadchodzących latach zarobić najwięcej.

10. Jakub Tosik zgarnie mniej żółtych kartek niż w zeszłym sezonie i nie będzie miał na koncie ani jednej czerwonej.

Próbowałem to przewidzieć już w zeszłym roku, ale spróbuję i teraz. Głównym powodem, dla którego wierzę, że osiem żółtych i jedna czerwona kartka to wynik nie do osiągnięcia przez „Tosia” jest jego czas gry. W tym sezonie ma jeszcze większą konkurencję niż w poprzednim, nie tylko ze strony Matuszczyka czy Matrasa, ale też młodych piłkarzy takich jak Bartosz Slisz. Po prostu nie będzie miał czasu na uzbieranie tylu upomnień od arbitrów. No chyba, że Mariusz Lewandowski w kryzysowej sytuacji przesunie go z powrotem na prawą obronę. Wtedy hulaj dusza, piekła nie ma. Są tylko zawieszenia.

11. Najwięcej minut w sezonie zaliczy Maciej Dąbrowski, tuż za nim Dominik Hładun, trzecie miejsce dla Alana Czerwińskiego. 

Gdy zimą Dąbrowski wrócił do Zagłębia, grał po 90 minut na mecz. Sześć spotkań, 540 minut, skała nie do ruszenia. Teraz powinno być ponownie. Obok Dąbrowskiego co jakiś czas powinien pojawiać się zastępujący Lubomira Guldana Bartosz Kopacz. Do tej pory słowacki kapitan Zagłębia grał zawsze od deski do deski, ale wskazówek nie cofniesz, czasu nie oszukasz. Pisałem już o tym i choć „Gula” to wciąż przykładny profesjonalista i lider, nie będzie już występował w każdym meczu. Hładun, o ile nie zrobi czegoś głupiego, nie straci miejsca w bramce, choć w Pucharze Polski może go zastąpić Mateusz Kuchta. Ścianą Alana Czerwińskiego są ewentualne urazy i zawieszenia za kartki (Boże, uchowaj). Jeśli uniknie obu, nie powinien zbyt często schodzić z boiska.

12. Przynajmniej dwóch zawodników z Akademii Piłkarskiej KGHM zadebiutuje w pierwszej drużynie. 

Nie zamierzam popełnić błędu z zeszłego sezonu, kiedy kompletnie zaskoczyło mnie wejście smoka Bartosza Slisza. Konkretne nazwiska przychodzące na myśl w kontekście debiutów: Damian Oko, Kacper Chodyna i Olaf Nowak. Dalej w kolejce będą Łukasz Poręba i Kamil Piątkowski. Mariusz Lewandowski nie boi się desygnować do gry młodych zawodników, a sezon jest na tyle długi, że na pewno otrzymają swoją szansę, chociażby na kilka minut. Przydałoby się trochę świeżej, młodej krwi w szeregach Zagłębia. Nie trzeba już chyba nikomu udowadniać, że takie kroki przynoszą same korzyści.

II – MECZE

13. Zagłębie Lubin wygra trzy z pięciu meczów derbowych w tym sezonie, w tym oba u siebie.

Dlaczego sześciu? Raczej na pewno podopieczni Mariusza Lewandowskiego znajdą się po 30 kolejkach w grupie z jednym z derbowych rywali. Dobry początek sezonu i zasłużone zwycięstwa w wykonaniu Śląska Wrocław oraz Miedzi Legnica mogą być tylko tym – dobrym początkiem, ale z którymś z tych klubów Zagłębie w tym sezonie spotka się trzykrotnie. Niezwykle ważnym będzie budowanie dorobku punktowego na własnym terenie, a że „Miedziowi” pod wodzą Lewandowskiego dobrze odnajdują się w popularnych w Ekstraklasie meczach walki, po derbach w Lubinie punkty zostaną na stadionie Zagłębia.

14. W derbach Zagłębi dwukrotnie zwycięży to z Lubina.

Trudno powiedzieć, na co stać w tym sezonie Zagłębie Sosnowiec. Czy podzieli los Sandecji i po roku wróci do I ligi? Na to się chyba zanosi, ale potrzeba kilku kolejek, żeby powiedzieć to z pełną stanowczością. Jednak w starciach z imiennikiem z Lubina niespodzianki nie będzie. W drugiej kolejce Zagłębie Lubin rozpocznie grę na własnym boisku od zwycięstwa, tak samo będzie również w rewanżu.

15. „Miedziowym” przyplątają się przynajmniej trzy mecze, w których stracą prowadzenie i zremisują bądź przegrają. 

To jest więcej niż pewne, właściwie wpisane w DNA tego klubu. Czymże byłby sezon Zagłębia Lubin bez kilku niepotrzebnie oddanych punktów. I to nie przeciwko potentatom, którzy po heroicznej walce i dramatycznym comebacku wyrwali lubinianom punkty z rąk. Nie, to raczej mecze, w których gracze ze stolicy polskiej miedzi poczują się zbyt pewnie i to będzie ich kosztować komplet punktów.

16. Tradycyjnie Zagłębie ani razu nie wygra z Lechią Gdańsk.

To też jest we krwi tego zespołu. Niezależnie od tego, kto wychodzi na boisko, Lechia działa na Zagłębie zadziwiająco negatywnie. „Miedziowi” wygrali jedno z ostatnich dziesięciu spotkań pomiędzy tymi drużynami (ani razu w ostatnich pięciu meczach), łącznie tylko sześć razy w swojej historii. I nawet osoba Piotra Stokowca nie będzie w stanie zmienić klątwy Lechii ciążącej na Zagłębiu.

17. Zagłębie pokona wszystkich trzech medalistów z ubiegłego sezonu. 

Tym razem uda się ograć Lecha Poznań, czego brakowało do osiągnięcia tego kompletu już w rozgrywkach 2016/17. Lubinianie zawsze znajdują sposób, żeby uprzykrzyć życie Legii, Jagiellonia nie będzie już tak mocna jak w zeszłym sezonie, a i Lech potrzebuje czasu, żeby dostosować się do wizji i stylu gry preferowanego przez Ivana Djurdjevicia. Skoro gracze Mariusza Lewandowskiego mają powrócić do ligowej czołówki, trzeba ogrywać najlepszych, najlepiej także w decydującej fazie sezonu.

18. Przynajmniej jeden z meczów przyjaźni zakończy się zwycięstwem Zagłębia, a w obu spotkaniach padną łącznie co najmniej cztery gole.

W zeszłym sezonie spotkania z Arką Gdynia trudno było określić mianem ciekawych widowisk. Wręcz przeciwnie, tym, którzy obejrzeli te mecze na żywo powinno się wręczyć listy gratulacyjne. Kibice obu drużyn dobrze bawią się na trybunach, ale na boisku panuje bryndza. Najwyższa pora to zakończyć i stać na to lubinian oraz Arkę Gdynia prowadzoną przez ofensywnie nastawionego Zbigniewa Smółkę.

III – STATYSTYKI

19. Dorobek klubu z Lubina w meczach domowych ulegnie poprawie o co najmniej cztery punkty. 

W zeszłym sezonie 27 z 52 punktów lubinianie wywalczyli u siebie. Teraz, gdy dorobek punktowy musi być bardziej okazały, trzeba zacząć dokładać oczka zdobyte na własnym obiekcie. Siedem zwycięstw u siebie to najmniej spośród wszystkich zespołów grających w czołowej ósemce, a także mniej niż Śląsk i Arka Gdynia. Kibiców na trybuny przyciąga się zwycięstwami, a stworzenie ze Stadionu Zagłębia solidnej twierdzy z pewnością przyczyni się do wzrostu frekwencji.

20. Zagłębie Lubin zdobędzie co najmniej jednego gola w 27 spotkaniach… 

Tu także oczekuję poprawy w porównaniu do minionego sezonu – aż dwunastokrotnie lubinianie w lidze schodzili z boiska bez strzelonego gola. To wynik, który chluby nie przynosi. Owszem, typowałem nieskuteczność będących obecnie w klubie napastników, ale znajdą się zawodnicy, którzy skierują piłkę do siatki.

21. … ale nie przekroczy bariery 50 bramek w sezonie.

Trzeba będzie się przygotować na dużo nudnych, wymęczonych zwycięstw. Nie będzie fajerwerków. Skoro Zagłębie mające przez ponad pół sezonu Jakuba Świerczoka zdobyło 45 goli w sezonie, to bez niego i bez regularnie strzelającego napastnika trudno mi być optymistą w zakresie pokaźnego dorobku bramkowego. Będzie on wystarczający, ale nie imponujący.

22. Za to liczba straconych bramek nie przekroczy czterdziestu.

Jeżeli można wskazać mocny punkt Zagłębia za kadencji Mariusza Lewandowskiego to z pewnością jest to defensywa. Tyły zostały uszczelnione, zabezpieczone i rywale nie mają już takiej łatwości w przedostawaniu się pod bramkę Zagłębia. Czołowi ligowi obrońcy, utalentowany bramkarz, doświadczeni defensywni pomocnicy – „Miedziowi” mają dobrze postawione zasieki, które trudno będzie spenetrować. Właśnie gra w obronie przyniesie lubinianom kilka punktów więcej.

23. Zagłębie będzie miało więcej goli po stałych fragmentach gry niż w zeszłym sezonie, ale wciąż mniej niż bramek z gry. 

1/3 bramek lubinian padła w zeszłym sezonie po zagraniach ze stojącej piłki. Ponieważ gole nie będą już przychodziły tak łatwo, poważnym zadaniem zdaje się być dopracowanie stałych fragmentów. Są wykonawcy (Starzyński, Pawłowski, być może Bohar) i są egzekutorzy (Kopacz, Dąbrowski, Tuszyński). Minione mistrzostwa świata pokazały wagę SFG i trzeba to wykorzystać.

24. Lubinianie będą grali nieco ostrożniej i zmniejszą średnią żółtych kartek na mecz do poniżej dwóch. 

To nie jest zbyt trudne – w rozgrywkach 2017/18 średnia ta wynosiła 2.05, więc poprawa musi być minimalna. Ograniczony czas gry Jakuba Tosika i mniejszy wymiar minut dla Sasy Balicia, dwóch najczęściej upominanych piłkarzy Zagłębia z pewnością przyczyni się do osiągnięcia tego celu.

25. Średnia wieku wyjściowych jedenastek Zagłębia na przestrzeni sezonu znów będzie wynosić mniej niż 27 lat.

Miniony rok zakończył się z dobrym wynikiem 26,5 lat. Teraz można to spokojnie powtórzyć, choć wszyscy są o rok starsi. Ale wierzę w nadchodzące odmłodzenie, w akademię i w konsekwencję Mariusza Lewandowskiego.

IV – SPRAWY RÓŻNE

26. Komisja Ligi przynajmniej trzykrotnie nałoży na Zagłębie karę finansową. 

Dwa razy derby, przyjedzie Legia, przyjedzie Górnik, Wisła Kraków – coś się na pewno zdoła uzbierać. Może nawet jakieś zamknięcie stadionu? Nie wykluczam żadnej ewentualności.

27. Średnia frekwencja na stadionie Zagłębia przekroczy 6500 widzów. 

Nowy dział marketingu, jeszcze częstsze wychodzenie do ludzi, akcja „Miedziowa Tożsamość”. W Lubinie powoli zaczyna się budowa zorientowanej wokół Zagłębia społeczności. Choć na okazałe efekty nowego podejścia może przyjdzie nam jeszcze poczekać, to pierwsze zobaczymy już w tym sezonie.

28. Zagłębie nie awansuje do półfinału Pucharu Polski.

Przygoda skończy się na ćwierćfinale, znowu Zagłębiu czegoś w tej fazie zabraknie. Czeka nas wyrównana walka z którymś z rywali na podobnym poziomie, ostatecznie zakończona porażką.

29. Mariusz Lewandowski pozostanie trenerem Zagłębia Lubin po zakończeniu sezonu.

Trener lubinian cieszy się zaufaniem prezesa, doskonale zna dyrektora sportowego i dostanie sporo czasu, żeby poukładać sprawy po swojemu. Już wiosną zrobił porządek w obronie, teraz trzeba będzie odbudować atak. To długotrwały proces, zwłaszcza bez (co powtarzać będę do znudzenia) skutecznego napastnika z prawdziwego zdarzenia, ale Lewandowski ma w Lubinie komfort pracy jak mało który szkoleniowiec w lidze.

30. Zagłębie zajmie szóste miejsce w lidze, kończąc sezon z liczbą punktów mniejszą niż 60. 

Pewnego poziomu nie uda się przeskoczyć bez skutecznej ofensywy. To będzie największa bolączka „Miedziowych” i coś, na co będziemy z pewnością sporo narzekać. Ale na miejscu jest już kręgosłup, przy nim nic nie trzeba zmieniać. Teraz zamiast kapitalnego remontu czekają nas tylko drobne ulepszenia.

Skoro mówimy o tej kuli…

Ponad pół roku bez wpisu na blogu to absolutny skandal. Niestety za długo wstrzymywałem się z przekazywaniem swoich opinii na temat Zagłębia Lubin, a gdy byłem już gotowy, żeby to zrobić, to dopadła mnie konieczność pisania pracy magisterskiej. Gdy już praca ta została oddana i obroniona, trwały mistrzostwa świata. A bądźmy szczerzy, mało kto będzie chciał czytać o Ekstraklasie, gdy w Rosji dzieje się tak dużo.

I tak znaleźliśmy się tutaj, 19 dnia lipca, na dzień przed startem kolejnego sezonu LOTTO Ekstraklasy. To nieco dziwny czas na dopinanie klamrą poprzednich rozgrywek (tak, tych, które skończyły się w maju), ale nie chcę zostawiać niczego bez wyjaśnienia.

A zwłaszcza wpisu, w którym próbowałem przewidzieć minione 37 kolejek sezonu 2017/18 w wykonaniu KGHM Zagłębia Lubin. Do pełnej treści tekstu, z którym dziś będę się rozliczał, odsyłam z kronikarskiego obowiązku tutaj – 30 mgnień kryształowej kuli przed nowym sezonem Zagłębia Lubin i nie przedłużając, zapraszam do najpóźniejszego podsumowania sezonu, jakie kiedykolwiek powstało.
Teza numer 1: wyjściowa jedenastka Zagłębia Lubin na mecz z Koroną to: Polacek – Todorovski, Guldan, Jach, Dziwniel – Tosik, Kubicki, Janus, Starzyński, Janoszka – Nespor.

Faktyczny stan rzeczy: wyjściowa jedenastka Zagłębia Lubin na mecz z Koroną to: Polacek – Todorovski, Guldan, Jach, Dziwniel – Tosik, Kubicki, Janus, Starzyński, Janoszka – Świerczok.

Rozliczenie: 10/11 to całkiem dobry wynik. Oczywiście z perspektywy czasu trzeba być mną, aby pomylić się w sprawie fundamentalnej, czyli doborze środkowego napastnika. Martin Nespor w wygranym przez Zagłębie 1:0 meczu pojawił się na murawie dopiero w 81 minucie i, ujmując tę kwestię bardzo delikatnie, nie zachwycił. To miał być zwiastun fatalnego sezonu i z pewnością nikt w Lubinie nie będzie tęsknił po czeskim napastniku. Niestety dla niego trudno będzie mu uniknąć porównań do Darvydasa Sernasa, o czym pisałem już w następnej tezie.

Wynik: 0/1. Trzeba trafić w stu procentach, żeby zasłużyć na punkt. Takie są narzucone na mnie przeze mnie warunki.
Teza numer 2: Jakub Świerczok zostanie najlepszym strzelcem Zagłębia, zdobywając w tym sezonie co najmniej 10 bramek.

Stan faktyczny: Jakub Świerczok został najlepszym strzelcem Zagłębia, zdobywając w sumie 17 bramek w 25 meczach.

Rozliczenie: W lipcu ubiegłego roku pisałem tak: „Martin Nespor nie okaże się długotrwałym rozwiązaniem na pozycji numer 9 i sam Czech doskonale zdaje sobie z tego sprawę, zapuszczając włosy żeby uniknąć porównań do Darvydasa Sernasa.”. Czy przysługuje mi z tego powodu dodatkowy punkt? Z pewnością powinien. Jeżeli zaś chodzi o Świerczoka, to ogromna szkoda, że wyjechał do Bułgarii już zimą. Gdyby został w kraju, bez cienia wątpliwości zostałby królem strzelców Ekstraklasy. No, ale będzie miał szansę pokazania się w Lidze Mistrzów. Oby jej nie zmarnował.

Wynik: 1/2. Wstydu już nie będzie, dobrze, że jest chociaż jedna trafiona przepowiednia.
Teza numer 3: drugim najlepszym strzelcem zostanie Filip Starzyński, który zgromadzi co najmniej 7 trafień.

Stan faktyczny: Filip Starzyński był drugim najlepszym strzelcem, ale zgromadził tylko sześć bramek.

Rozliczenie: znowu było bardzo blisko! Gdyby nie kontuzja, która przyplątała mu się jesienią, z pewnością osiągnąłby oczekiwany przeze mnie wynik, a może nawet zbliżyłby się do granicy zdobyczy dwucyfrowej. Zdrowy i będący w formie Filip Starzyński jest w trójce najlepszych rozgrywających ligi, a kto wie, czy nawet nie pretenduje do miana najlepszego.

Wynik: 1/3. Dura lex sed lex.
Teza numer 4: Konrad Forenc i Adrian Błąd zagrają maksymalnie trzy spotkania w lidze.

Stan faktyczny: Adrian Błąd został oddany do GKS-u Katowice, zaś Konrad Forenc wystąpił tylko w jednym meczu ligowym.

Rozliczenie: przyznam, że to nie było zbyt trudne do przewidzenia. Błąd nie cieszył się uznaniem Piotra Stokowca i decyzja o przenosinach do Katowic była decyzją słuszną. Forenc zaś jest dobrym duchem szatni i człowiekiem, który zdecydowanie utożsamia się z miastem i klubem, przez co stanowi wzór do naśladowania. Piłkarsko przegrywał rywalizację z Martinem Polackiem i Dominikiem Hładunem, a do tego miał problemy ze zdrowiem. Tym niemniej decyzję o przedłużeniu kontraktu z nim o kolejny sezon uważam za słuszną i zgodną ze strategią Miedziowej Tożsamości, która została przyjęta w klubie wraz z nadejściem nowego prezesa.

Wynik: 2/4. Jest całkiem nieźle.
Teza numer 5: wracając do Krzysztofa Janusa – znów rozegra dobrą jesień, strzeli dwie bramki przed 10. kolejką, po czym zaginie i latem będzie musiał szukać sobie nowego klubu.

Stan faktyczny: Krzysztof Janus nie miał dobrej jesieni. Zagrał tylko 292 minuty i nie zdobył ani jednej bramki, a już zimą odszedł do Arki Gdynia.

Rozliczenie: sukces tylko połowiczny, bo spodziewałem się po nim nieco więcej. Janus padł ofiarą nieco przypadkowego odkrycia przez Piotra Stokowca systemu 3-5-2 i idącej za tym dominacji Alana Czerwińskiego na pozycji prawego wahadłowego. Nowy gracz Odry Opole nie oferował w defensywie wystarczająco dużo, żeby zagrozić Czerwińskiemu, a i w ataku nie imponował, czego najlepszym dowodem jest zero po stronie zdobyczy.

Wynik: 2/5. Naprawdę liczyłem na więcej w wykonaniu zawodnika, który jesienią zawsze grał co najmniej przyzwoicie.
Teza numer 6: zdecydowanie lepszy sezon będzie miał za to Kamil Mazek, któremu w końcu zaufa Piotr Stokowiec. 22-letni zawodnik zanotuje co najmniej 20 meczów w pierwszym składzie, zdobywając co najmniej cztery gole i dziewięć asyst.

Stan faktyczny: Kamil Mazek zagrał w pięciu meczach, zdobył jedną bramkę i nie zaliczył ani jednej asysty.

Rozliczenie: czy można pozostawić to bez komentarza? Mam niestety skłonność do forsowania skrzydłowych, którzy swoją szybkością i przebojowością mogliby siać popłoch w szeregach defensywnych rywali, ale tego nie robią. Mazek ma sporą szansę dołączyć do króla III ligi dolnośląsko-lubuskiej Miłosza Przybeckiego oraz Konrada Andrzejczaka, którzy to znaleźli się w moim prywatnym klubie i nie odpalili. Oczywiście chciałbym, żeby było inaczej, ale o tym przy okazji następnego wpisu.

Wynik: 2/6. Pierwsza spektakularna i haniebna pomyłka.
Teza numer 7: Jakub Tosik nie ustąpi szybko miejsca Adamowi Matuszczykowi i będzie podstawowym defensywnym pomocnikiem Zagłębia. Do tego zanotuje mniej fauli i żółtych kartek (ani jednej czerwonej), a Twitter i portale piłkarskie nazwą go boiskowym brutalem tylko dwukrotnie.

Stan faktyczny i rozliczenie: rozbierając to na poszczególne podpunkty. 1. Jakub Tosik ustąpił szybko miejsca Doktorowi Futbolu i nie był podstawowym defensywnym pomocnikiem Zagłębia. Co ciekawe, w 850 minut w LOTTO Ekstraklasie w sezonie 2017/18 wszedł na swoje wyżyny i pod względem kartek wykręcił taki sam wynik, jak w 2600 minut rozgrywek 2016/17. Sześć żółtych i jedna czerwona kartka to spektakularny wynik, jak na tak małą ilość spędzonych na boisku minut. Jeżeli chodzi o faule, to rzeczywiście miał ich mniej (24 w minionym sezonie kontra 64 rok wcześniej). Oznacza to, że przewinienia te były gorsze. Ale to chyba chluby nie przynosi.

Wynik: 2/7. Zgodnie z moimi obawami zaczyna się w tym departamencie robić coraz gorzej.
Teza numer 8: Piotr Stokowiec przynajmniej dziesięć razy powie na pomeczowej konferencji, że droga obrana przez Zagłębie jest ciężka, ale on nie zamierza z niej schodzić. Po połowie spotkań pojawi się za to parę słów na temat wprowadzania przez niego młodych zawodników.

Stan faktyczny: żebym tylko wiedział, ale wydaje mi się, że cel nie został osiągnięty.

Rozliczenie: akurat ta teza była napisana z przymrużeniem oka i trudno było wyciągnąć z niej konstruktywne wnioski. Niemniej wygląda na to, że takiego Piotra Stokowca zapamiętamy w Lubinie. Pozostał na obranej przez siebie drodze aż do zwolnienia. Może trzeba było zawrócić? Kto wie.

Wynik: 2/8.
Teza numer 9: Zagłębie zremisuje u siebie z Górnikiem Zabrze, Wisłą Płock i Termaliką.

Stan faktyczny: Zagłębie wygrało u siebie z Górnikiem Zabrze 3:2, zremisowało 2:2 z Wisłą Płock i wygrało 4:2 z Termaliką.

Rozliczenie: w każdym z tych spotkań bardzo pachniało remisem, ale w obu wygranych z tarapatów wyciągał swoich kolegów Jakub Świerczok (pięć goli w tych dwóch spotkaniach), a remis z Wisłą Płock, choć wkalkulowany przeze mnie do bilansu minionego sezonu, również mógł zakończyć się zwycięstwem. Szkoda, że minimalizm Piotra Stokowca zniweczył dobrą pierwszą połowę w wykonaniu „Miedziowych”, którzy do przerwy prowadzili 2:0, a po niej przestali grać jak nie przymierzając Anglia z Chorwacją (z zachowaniem wszelkich proporcji w kwestii umiejętności).

Wynik: 2/9. Spadek z równi pochyłej trwa.
Teza numer 10: z drugiej strony, lubinianie ograją Legię, Lecha i Jagiellonię. Lechię nie.

Stan faktyczny: Zagłębie wygrało 1:0 z Legią, ani razu nie wygrało z Lechem, wygrało 1:0 z Jagiellonią i ani razu nie wygrało z Lechią.

Rozliczenie: 3/4 trafione, znowu było całkiem blisko. Lubinianie mogli przechylić tę tezę na moją korzyść, ale zwłaszcza w grudniowym meczu z Lechem (0:0) nie popisali się skutecznością. Legię i Jagiellonię ograli (nieco) szczęśliwie, zaś choć Lechię klepali niemal wszyscy, to Zagłębie tradycyjnie nie było w stanie tego zrobić. Być może, gdy w końcu przyjdzie im stanąć naprzeciwko drużyny prowadzonej przez Piotra Stokowca, ta sztuka im się lubinianom powiedzie.

Wynik: 2/10. Pamiętacie, kiedy było 2/4? Ja pamiętam, to były czasy.
Teza numer 11: Arka Gdynia przegra mecz przyjaźni w 9. kolejce.

Stan faktyczny: Arka Gdynia nie przegrała meczu przyjaźni w 9. kolejce, było 1:1.

Rozliczenie: oznacza to ni mniej, ni więcej, że wciąż jesteśmy nierozliczeni za hańbiące spotkanie z ostatniej kolejki sezonu 2016/17, kiedy to Zagłębie dało Arce utrzymanie, bo zawsze dobrze mieć przyjaciół pod ręką. Ale to rozliczenie pewnie już nie nadejdzie, choć może kiedyś nastąpi zbieg okoliczności, w którym się przyda. A wtedy warto wierzyć, że przyjaciele wyciągną pomocną dłoń.

Wynik: 2/11.
Teza numer 12: Zagłębie będzie miało siódmą najlepszą ofensywę i szóstą najlepszą defensywę w lidze.

Stan faktyczny: Zagłębie miało trzynastą ofensywę i piątą najlepszą defensywę w lidze.

Rozliczenie: jedna bramka więcej i już byłby awans do czołowej dziesiątki. Dziesięć i jest miejsce w TOP 3. Gdyby został Świerczok, a Starzyński nie stracił kilkunastu spotkań z powodu kontuzji, z pewnością dorobek bramkowy lubinian uległby poprawie. W defensywie nie jest źle, głównie za sprawą bardzo udanej wiosny w wykonaniu Dominika Hładuna, który zajął miejsce Piotra Leciejewskiego po jego wpadce z Legią i nie zawiódł. Mariusz Lewandowski kładzie spory nacisk na męczenie buły solidną defensywę, więc nie spodziewam się gorszego rezultatu w nadchodzącym sezonie.

Wynik: 2/12. No cóż…
Teza numer 13: Martin Nespor i Aleksandar Todorovski powtórzą swój wyczyn z zeszłego sezonu i częściej będą łapani na spalonych niż oddadzą celny strzał w kierunku bramki.

Stan faktyczny: Martin Nespor trzy spalone i dwa strzały, Aleksandar Todorovski zero spalonych i zero strzałów.

Rozliczenie: byłem absolutnie pewny, że obaj wykonają swoje zadanie. Ale skoro Todor w 714 minut nie podołał tej misji, to czego ja się spodziewałem? Był blisko, ale co z tego, skoro blisko nie wystarczy. Czecha i reprezentanta Macedonii nie ma już w klubie, więc nie ma na co liczyć. A szkoda, bo z przyjemnością spróbowałbym jeszcze raz.

Wynik: 2/13. Chyba wypada przestać komentować.
Teza numer 14: W zimowym okienku dojdzie do przynajmniej dwóch ruchów transferowych do i z klubu.

Stan faktyczny: odeszli Świerczok, Jach i Polacek. Przyszli: Mares, Moneta, Pietrzak, Matras i Leciejewski.

Rozliczenie: miało się dziać i się działo. Wzmocnienie lewej strony Pietrzakiem i Monetą nie wypaliło. Leciejewski, tak długo wyczekiwany przez kibiców Zagłębia zawiódł w swoim debiucie, potem złapał kontuzję i na tym jednym występie poprzestał. Mares błysnął z Legią, następnie błysnął z Górnikiem Zabrze, a sezon kończył będąc wszędzie, tylko nie w polu karnym. Mateusz Matras dostał czerwoną kartkę po kilku minutach z Górnikiem, a gdy wrócił to też nie pograł. Jednak w jego przypadku pozostaję optymistą.

Wynik: 3/14. Takie przełamanie to nie przełamanie.
Teza numer 15: Vlasko ani razu nie wyjdzie w podstawowym składzie na mecz ligowy, znowu zacznie się pojawiać na lewym skrzydle i w końcu słusznie uzna, że jego czas w Lubinie dobiegł końca.

Stan faktyczny: Jan Vlasko ani razu nie pojawił się na boisku w meczu Zagłębia Lubin i w końcu słusznie uznał, że jego czas w Lubinie dobiegł końca, przenosząc się w sierpniu zeszłego roku do Spartaka Trnawa.

Rozliczenie: trzy mecze w rezerwach, jeden gol i cześć jak czapka. A przecież Jan Vlasko miał być Filipem Starzyńskim zanim pojawił się Filip Starzyński. Co poszło nie tak? Wszystko. Nikt za nim nie tęskni.

Wynik: 3/15. Z ciężkim sercem nie przyznaję sobie punktu, ale liczyłem, że chociaż dla efektu komediowego chociaż kilka razy Vlasko na tym lewym skrzydle zagra.
Teza numer 16: na szczęście Filip Starzyński zostanie piłkarzem miesiąca LOTTO Ekstraklasy.

Stan faktyczny: niestety Filip Starzyński nie został piłkarzem miesiąca LOTTO Ekstraklasy.

Rozliczenie: czy trzeba się po raz kolejny pochylać nad minionym sezonem „Figo”? Nie wydaje mi się, zostawiamy go za sobą i czekamy na nadchodzący, lepszy.

Wynik: 3/16. Szkoda, bo tu liczyłem na pewny punkt.
Teza numer 17: kibice będą gwizdać na Djordje Cotrę podczas derbowego meczu ze Śląskiem.

Stan faktyczny: gwizdali, przynajmniej niektórzy.

Rozliczenie: nawet jeżeli twoje słowa są uwiecznione nad tunelem prowadzącym na murawę, przechodząc do Śląska Wrocław musisz się liczyć z gwizdami. Tak było w przypadku Djordje Cotry i nie jestem tym faktem przesadnie zdziwiony. Bardziej zagorzali kibice nie wybaczają takich rzeczy, takie są koleje piłkarskiego losu.

Wynik: 4/17. Nieco subiektywnie, ale jednak #facts.
Teza numer 18: Arkadiusz Woźniak nie przestanie co jakiś czas wykonywać rzutów rożnych.

Stan faktyczny: Arkadiusz Woźniak, zgodnie z moim rozeznaniem, przestał wykonywać rzuty rożne.

Rozliczenie: bardzo pomógł w tym fakt, że Woźniak aż 18 razy wchodził na boisko z ławki rezerwowych, gdy na boisku byli już inni, bardziej kompetentni fachowcy od wykonywania rzutów rożnych. Nie, żeby przekładało się to na klarowne sytuacje, ale jednak trzeba odnotować rozstanie „Wąskiego” z narożnikami boiska. To był nieudany romans.

Wynik: 4/18. Coraz mniej rzeczy przestaje mnie zaskakiwać.
Teza numer 19: Zagłębie średnio raz w meczu rozegra rzut rożny krótko i nic z tego nie wyjdzie. Mimo to nie przestaną próbować.

Stan faktyczny: za Piotra Stokowca próbowali, za Mariusza Lewandowskiego próbowali znacznie mniej. W efekcie średnia jednej próby na mecz nie została osiągnięta.

Rozliczenie: znacie to uczucie, kiedy wasz ulubiony zespół próbuje krótko rozegrać rzut rożny? Fani Zagłębia Lubin oglądający grę tej drużyny za czasów Piotra Stokowca znali je aż za dobrze. Nigdy, przenigdy nie wychodziło z tego nic dobrego, więc akcję z góry można było uznać za straconą. Szkoda, że Mariusz Lewandowski z tego zrezygnował, teraz uważniej trzeba oglądać rzuty rożne w wykonaniu Zagłębia.

Wynik: 4/19.
Teza numer 20: i jeszcze jedno – przynajmniej siedem bramek dla Zagłębia padnie w tym sezonie po dośrodkowaniach z rzutów rożnych.

Stan faktyczny: Zagłębie Lubin zdobyło po rzutach rożnych sześć bramek.

Rozliczenie: i właśnie dlatego zawsze przegrywam grając u bukmachera na under/over.

Wynik: 4/20. Tak, wiem.
Teza numer 21: przynajmniej 20 razy pomyślę sobie, że w tym momencie spotkania na boisku powinien pojawić się Adrian Rakowski.

Stan faktyczny: nie było tak ani razu.

Rozliczenie: Adrian Rakowski tak bardzo nie rzucał się w oczy grając dla Zagłębia, że gdy odszedł, kompletnie o nim zapomniałem. Absolutnie się sobie nie dziwię, to kompletnie naturalne. Myślę, że kibice Podbeskidzia też nie za bardzo zdają sobie sprawę, że Rakowski spędził w zeszłym sezonie ponad 2100 minut na pierwszoligowych boiskach. Osobiście jestem w szoku.

Wynik: 4/21.
Teza numer 22: tylko jeden młody zawodnik zadebiutuje w barwach Zagłębia.

Stan faktyczny: w barwach Zagłębia zadebiutowało dwóch młodych zawodników.

Rozliczenie: Bartosz Slisz, którego debiutu w ogóle się nie spodziewałem, kosztował mnie obiad, którego wciąż nie postawiłem mojemu serdecznemu redakcyjnemu przyjacielowi Piotrowi Janasowi. Typowałem występy Pakulskiego, ale myślałem, że nadmiar środkowych pomocników skaże Slisza na sezon w rezerwach. Chociaż uważam, że gdyby na stanowisku trenera Zagłębia do końca rozgrywek pozostał Piotr Stokowiec, to raczej 19-latek na boisko w Ekstraklasie by nie wybiegł.

Wynik: 4/22, takie są zasady.
Teza numer 23: frekwencja na stadionie Zagłębia będzie wynosić średnio co najmniej 6500 widzów.

Stan faktyczny: średnia frekwencja na stadionie Zagłębia wynosiła 6194 widzów.

Rozliczenie: i to pomimo dobrej rundy dodatkowej, kiedy ta średnia urosła do niemal 7600 kibiców na mecz. Niestety nie pomogło organizowanie meczów z Lechią i Arką w katastrofalnych warunkach pogodowych. 0:0 z Lechią w piątek, 2 marca o 20:30 oglądało 1821 widzów. To aż 6496 osób mniej niż podczas tego samego meczu w piątek, 15 października 2016 roku. Oba mecze z Arką zaplanowano na luty, ale i tak ten z sezonu 2016/17 przyciągnął na trybuny ponad 2 tysiące kibiców więcej. Niemal 9 tys. fanów mogłoby przyczynić się do osiągnięcia celu. Tym niemniej…

Wynik: 4/23.
Teza numer 24: Zagłębie wygra więcej spotkań na własnym terenie niż w zeszłym sezonie.

Stan faktyczny: tak było – siedem wygranych w tym sezonie kontra sześć w poprzednim.

Rozliczenie: wielki sukces! Lubinianie u siebie pokonali Jagę, Górnika i Wisłę Kraków, a więc trzy zespoły z górnej ósemki, w tym wicemistrza Polski i największą rewelację sezonu. Oczywiście wciąż Zagłębie ma przed sobą trochę pracy (dziewięć wygranych w brązowym sezonie 2015/16), ale małymi kroczkami można osiągnąć sukces. Trzymam kciuki.

Wynik: 5/24. Będzie przynajmniej 1/6.
Teza numer 25: Pierwszym nazwiskiem, które pojawi się w plotkach o nowym trenerze Zagłębia będzie Waldemar Fornalik.

Stan faktyczny: od razu po zwolnieniu Piotra Stokowca pojawił się temat Mariusza Lewandowskiego i nikt nie rozważał kandydatury Waldemara Fornalika.

Rozliczenie: Mariusz Lewandowski został wyciągnięty jak królik z kapelusza, bo chyba mało kto spodziewał się mianowania go na trenera Zagłębia Lubin. Mimo, iż ma na koncie już kilkanaście spotkań w tej roli, wciąż nie jestem w stanie wydać werdyktu na temat tego, jaki to jest trener. To jednak temat na inny wpis.

Wynik: 5/25.
Teza numer 26: szeroka kadra przyda się w Pucharze Polski, gdzie Zagłębie zawędruje co najmniej do półfinału.

Stan faktyczny: tak by się mogło zdawać, jednakże Zagłębie odpadło o rundę za wcześnie, wyraźnie ulegając Koronie Kielce.

Rozliczenie: Puchar Polski wciąż pozostaje najłatwiejszą drogą do gry w Europie dla klubów takich, jak Zagłębie Lubin i jestem zdania, że to rozgrywki niezwykle ważne. Niestety „Miedziowi” byli na końcu drogi Piotra Stokowca i na początku tej Mariusza Lewandowskiego, więc z Koroną w ćwierćfinale dwukrotnie zagrali dramatycznie i pożegnali się z Pucharem. Szkoda.

Wynik: 5/26.
Teza numer 27: Zanim Piotr Leciejewski wygra rywalizację z Martinem Polackiem, Słowak przynajmniej trzy razy za późno zorientuje się, że nie powinien był wychodzić z bramki, ale ktoś naprawi jego błąd.

Stan faktyczny i rozliczenie: wszystko w powyższej tezie poszło nie tak. Piotr Leciejewski nie musiał wygrywać rywalizacji z Martinem Polackiem, bo Martina Polacka już w klubie nie było. A gdy Leciej już się pojawił, to zagrał jeden mecz i to by było na tyle. Jeżeli chodzi o Słowaka, to co prawda parę razy popisał się swoimi wyjściami, ale chociażby w słynnym z jego zachowania w końcówce meczu z Termaliką nikt jego błędu nie naprawił. Obu dżentelmenów wyjaśnił Dominik Hładun, a o nim więcej w przewidywaniach na nowy sezon.

Wynik: 5/27. Poważnie zastanawiam się, czy powinienem robić kolejną edycję przewidywań.
Teza numer 28: Jarosław Bako przynajmniej raz przestraszy sędziego tak bardzo, że po dwóch sekundach konfrontacji oko w oko arbiter odwróci się na pięcie i pobiegnie w głąb boiska.

Stan faktyczny i rozliczenie: raczej do tego nie doszło. A przynajmniej niczego takiego nie zauważyłem. Zresztą, to i tak był bardziej żart niż poważne przewidywanie.

Wynik: 5/28. Wniosek: więcej celnych przewidywań, mniej śmieszków trudnych do zweryfikowania.
Teza numer 29: Jarosław Kubicki będzie najdłużej przebywającym na boisku piłkarzem Zagłębia.

Stan faktyczny: Jarosław Kubicki domagał się lepszych zarobków. Dostał je dopiero w Lechii Gdańsk, a w Zagłębiu wiosną nie grał. Więc nie, nie był najdłużej przebywającym na boisku piłkarzem Zagłębia. To miano przypadło Lubomirowi Guldanowi (3420 minut).

Rozliczenie: w lipcu zeszłego roku pisałem „Pora postawić kolejny krok i dołączyć do czołówki defensywnych pomocników Ekstraklasy. Stać go na to.” Popularny „Kebsi” zatrzymał się w rozwoju, a nawet śmiem twierdzić że zrobił kilka kroków wstecz. W ofensywie wciąż oferuje za mało, a jego walory defensywne nie robią tak wielkiej różnicy, jakiej można by po nim oczekiwać. Zawiódł w zeszłym sezonie, zobaczymy czy powrót pod skrzydła Piotra Stokowca i nadmorski klimat wpłyną na Kubickiego pozytywnie.

Wynik: 5/29.
Teza numer 30: Zagłębie skończy sezon 2017/18 na piątym bądź szóstym miejscu w lidze.

Stan faktyczny: Zagłębie zakończyło sezon na siódmym miejscu w lidze.

Rozliczenie: lubinianie spokojnie mogli zająć szóste miejsce, ale byli zbyt zajęci, nazwijmy to otwarcie, dość frajerskim gubieniem punktów. Na przestrzeni tego sezonu na pewno oddali dwa oczka Termalice w drugiej kolejce, dwa Wiśle Płock w ósmej serii spotkań i dwa Piastowi w 13. Co znaczy mieć sześć punktów, a nie mieć? Otóż jest to różnica pomiędzy piątym a siódmym miejscem właśnie. W przyszłym sezonie musi być lepiej. Ale czy na pewno?

Wynik końcowy: 5/30.

Podsumowanie: Parę razy byłem blisko, kilkukrotnie absolutnie się skompromitowałem. Czy wyciągnę wnioski i wrócę silniejszy? To się okaże.

Lubińska czysta karta

Choć to już temat przykryty przez wiele innych wydarzeń okołoligowych, dopiero teraz chciałbym podzielić się krótko swoimi przemyśleniami na temat roszady trenerskiej w Zagłębiu Lubin.

Wciąż nie mogę się pozbyć wrażenia, że Piotr Stokowiec stał się ofiarą swojej własnej rewolucji. Że w pewnym momencie mimo licznych deklaracji zszedł z obranej drogi i potem nie potrafił na nią wrócić. Jego plan na zaskoczenie rywali ustawieniem z bocznymi obrońcami w roli wahadłowych okazał się sukcesem. Niestety w obliczu problemów kadrowych zamiast wykazać się większą elastycznością i szukać innego rozwiązania, wciskał kwadratowe klocki do okrągłej dziury i wierzył, że jeśli zrobi to z wystarczającą siłą, klocki te zaczną pasować.

Mimo usilnych starań nie wyszło. Łukasz Janoszka, Sasa Balić, Konrad Andrzejczak czy nawet Arkadiusz Woźniak – każdy z nich miał epizod na wahadle i z tego kwartetu jedynie Czarnogórzec mógł na dłuższą metę zastąpić Daniela Dziwniela. Ale i on ma swoje ograniczenia, znacznie lepiej czuje się w bloku czteroosobowym, co zdążył już potwierdzić w obu meczach pod wodzą Mariusza Lewandowskiego.

Decyzją trenera na jakiś czas zaginął z pierwszej jedenastki Alan Czerwiński. Nie dowiemy się już zapewne dlaczego tak się stało. Gdy były gracz GKS-u Katowice wrócił do wyjściowego składu grał tak, jakby nigdy z niego nie wypadł. Bo trudno znaleźć argumenty za tym, że powinien (poza ewentualnym „taka decyzja”, jak to powiedział Stokowiec po jednej z pomeczowych konferencji).

No właśnie – „taka decyzja”. Z tymi słowami zawsze jest problem, bo jak to w życiu bywa, są one niezwykle zależne od kontekstu. Jeśli efekt okaże się pożądany (nawet gdy spory jest w tym udział przypadku), to mało kto będzie szukał negatywów, a jeżeli to zrobi, zostanie określony mianem hejtera i natychmiast spotka się z kontrą, że nie powinien szukać dziury w całym. W końcu zwycięzców się nie sądzi, a to stwierdzenie tyleż głupie, co niezwykle szkodliwe. Natomiast, co miało miejsce w schyłkowym okresie pracy Piotra Stokowca „taka decyzja” od razu była bombardowana przez większość kibiców, dziennikarzy, ekspertów i (do czego się przyznaję) autora. „Stoki” próbował znaleźć rozwiązanie, wynaleźć sposób na odmienienie gry Zagłębia. Podejmował decyzje, a co za tym idzie, sporo ryzykował. I na tym ryzyku się przejechał, bo zamiast czarnych kulka zatrzymywała się na czerwonych. Pula zaufania powoli się wyczerpywała, kolejne zakłady nie przynosiły sukcesu, aż w końcu zagranie „all in” w derbach i porażka w ostatniej akcji przechyliły szalę goryczy.

W alternatywnej rzeczywistości Arkadiusz Woźniak wykorzystuje jedną ze swoich szans. W alternatywnej rzeczywistości nie ma faulu i rzutu wolnego po interwencji Bartosza Kopacza. W alternatywnej rzeczywistości Zagłębie nie remisuje z Piastem czy Wisłą Płock. Tak wiele bazowało tu na zmiennych, które nie były przychylne Piotrowi Stokowcowi. Ale czy zrobił on wystarczająco dużo, żeby na owe zmienne wpłynąć?

Czy w derbach zamiast ściągnąć najlepszego napastnika Zagłębia, Jakuba Świerczoka, zdjął bezproduktywnego i strzelającego z 35 metrów Patryka Tuszyńskiego? Czy grał o kolejne bramki przeciwko rozbitemu Piastowi? Poprzestał na 2:1 i liczył, że uda się przetrwać ataki gliwiczan. Czy poszedł do przodu, gdy Wisła Płock wyrównała w 69. minucie? Nie, chwilę potem Adam Matuszczyk zastąpił Arkadiusza Woźniaka, a Tuszyński zamiast dołączyć do Świerczoka, zajął jego pozycję.

„Taka decyzja”.

Im dłużej myślałem o tym, co ostatecznie pozbawiło Piotra Stokowca pracy w Zagłębiu, tym częściej myśli krążyły wokół jednego słowa – wypalenie.

Klub po rozstaniu się ze swoim szkoleniowcem zamieścił krótki film, montaż kilkudziesięciu momentów Stokowca w Lubinie. Wystarczy porównać entuzjazm, z jakim podchodził do pracy w pierwszej lidze do tego, jak zachowywał się w ostatnich kolejkach swojej pracy w Zagłębiu. To zdecydowanie nie był ten sam Piotr Stokowiec. Brakowało iskry, pasji. Wdała się rutyna, zmęczenie i, po serii słabszych wyników, frustracja. Ironiczne żarty i chłodne poczucie humoru pozostały, ale teraz zamiast luźnej ciętej riposty były kontrą i atakiem, momentami konferencje zamieniały się w mini-bitwy i ci, którzy chcieli się czegoś dowiedzieć, raczej nie wychodzili z poczuciem spełnionego celu.

Piotr Stokowiec to oczywiście bardzo dobry trener, ale przyda mu się odpoczynek, moment wytchnienia od ligowej gonitwy. Choć zabrzmi to prześmiewczo, naprawdę wierzę, że wróci silniejszy. I mimo równi pochyłej, na jakiej zostawił Zagłębie, kibice mają mu za co dziękować. Zbudował wraz ze swoim sztabem, Piotrem Burlikowskim oraz prezesami Tomaszem Dębickim i Robertem Sadowskim fundamenty, które pozwolą klubowi funkcjonować na zdrowych zasadach przez kolejne sezony.

Można by się doszukać jeszcze kilku przyczyn takiego, a nie innego obrotu rzeczy w Lubinie, ale to już przeszłość. Nadszedł czas, żeby stery przejął kto inny i to już miało miejsce.

O ile trudno rozliczać Mariusza Lewandowskiego za mecz z Koroną Kielce, bo czasu na przygotowanie zespołu miał niewiele, to już spotkanie z Bruk-Betem Termaliką pokazało, że klub może szybko złapać oddech i wrócić do pogoni za ligowym podium.

Po golu dla Termaliki w piłkarzach Zagłębia coś pękło. Kolektywnie uznali, że tak dłużej być nie może i pokazali swoje zdeterminowane oblicze, którego brakowało pod zaciągniętym przez Stokowca hamulcem ręcznym. Jakub Świerczok był autentycznie zły, że nie zdobył kolejnych goli, że lubinianie nie wygrali wyżej. Mogli i powinni, ale przynajmniej wyznaczyli tym spotkaniem nowy kierunek.

W „Miedziowych” drzemie potencjał na zespół, który rzuca się przeciwnikom do gardeł i nie odpuszcza, dopóki sędzia nie zakończy zawodów. To drużyna dobrze zbudowana, ponieważ:

– ma ludzi, którzy od najmłodszych lat wiedzą, na czym opiera się ten klub i jak reagują kibice (Arkadiusz Woźniak, Konrad Forenc, Filip Jagiełlo, Paweł Żyra, Jarosław Kubicki),

– są w niej piłkarze potrzebujący udowodnić, że wciąż są w stanie się odbudować i wejść na ligowy top (Adam Matuszczyk, Bartłomiej Pawłowski, Daniel Dziwniel, Patryk Tuszyński),

– występują w niej reprezentanci Polski, którzy mogą niedługo (znów) wyjechać na zachód (Jarosław Jach, Jakub Świerczok, Filip Starzyński),

– grają tu młodzi-gniewni, którzy wiedzą że w Lubinie są warunki do wypromowania się (Kamil Mazek, Adam Buksa, Alan Czerwiński, Bartosz Kopacz),

– jest tu kilku weteranów prezentujących solidny ligowy poziom lub będących ważną częścią szatni (Lubomir Guldan, Jakub Tosik, Łukasz Janoszka, Krzysztof Janus, Aleksandar Todorovski).

Oczywiście niektórzy pasują do kilku kategorii. Ważne jest, że każdy ma swoją indywidualną motywację, swoje podstawy do wychodzenia na boisko i dawanie z siebie wszystkiego. Czy to gra dla kibiców, o odbudowę swojej pozycji na rynku, o transfer czy jeszcze jeden dobry kontrakt po wygaśnięciu obecnej umowy. Zadaniem Mariusza Lewandowskiego jest podsycanie tych wewnętrznych ognisk, ale i ułożenie zespołu tak, żeby maszyna się zazębiała.

„Postaram się wykrzesać z zawodników to, co mają najlepsze do zaoferowania. Zapewne mają rezerwy, ale nie każdy wie, jak je z siebie wydobyć. Uświadomienie to właśnie rola trenera. Jak zawodnik czuje się ważny i potrzebny, to stać go na większe poświęcenie”.

Zagłębie Lubin musi na powrót być zespołem głodnym gry, atakującym pressingiem i narzucającym swoje warunki gry. Ten styl już w stolicy polskiej miedzi oglądaliśmy – świetna wiosna 2016 roku sprawiła, że w Lubinie znów rozbudziły się nadzieje. Oczekiwania zawsze są wysokie, bo tu ludzie są przyzwyczajeni do wysokiego standardu życia w każdym aspekcie i bez wielu zmartwień. Sport ma stanowić źródło przyjemności, a nie kibicowskich frustracji – to akurat proste i banalne, ale i jednocześnie będące podstawą zachowania niektórych kibiców-chorągiewek.

Mariusz Lewandowski doskonale rozumie lubińską mentalność, w końcu tu się wychował, tu zaczynał podróż do wielkich piłkarskich przygód, do zostania wybitnym reprezentantem Polski. Co prawda objął stanowisko bez doświadczenia w roli trenera, ale za to z bagażem doświadczeń, których niektórzy szkoleniowcy w LOTTO Ekstraklasie mogą mu pozazdrościć. Pracował z wybitnymi specjalistami, był na stażu pod okiem Pepa Guardioli. W Sewastopolu robił praktycznie wszystko, uczył tam organizacji zajęć, przygotowywania boiska. To człowiek, który wie, co robi i dlaczego to robi. A w domu najlepiej zacząć kolejny krok w karierze.

Pod względem wizerunkowym ten ruch nie ma wad, na razie błędów nie popełnia też sam Lewandowski. Mówi mało, ale mądrze – chce promować młodzież, chce grać o każdą bramkę, zależy mu na przekazaniu swojej wiedzy i doświadczenia.

U nowego szkoleniowca Zagłębia każdy startuje z nową kartą. Jak mówił w wywiadzie dla oficjalnej strony klubu jeszcze zanim ktokolwiek myślał o tym, że może objąć stery klubu z Lubina:

„Guardiola ma do każdego to samo podejście – jeśli chcesz osiągnąć sukces, musisz w ten sposób funkcjonować. I jeśli chcesz być traktowany poważnie, to traktuj w ten sposób innych”.

„Najlepszy był Mircea Lucescu. (…) Bardzo dużo wzorców od niego czepię. On miał rentgen w oczach. Jak nie byłeś gotowy fizycznie, to nie grałeś. Wszystkich traktował równo i każdy miał szansę na granie”.

A już po nominacji:

„Dyscyplina to jeden z najważniejszych elementów, na który położę nacisk. Kolejnym będzie zdrowa, sportowa rywalizacja. Chcę, by wszyscy sumiennie wykonywali swoje obowiązki. Jestem człowiekiem, który od razu reaguje, głośno mówię, jak coś mi się nie podoba”.

„Skoro to takie talenty, niech to pokażą. Na pewno będę stawiał na młodych, jednak nie może na tym cierpie jakość drużyny. Gdy zauważę, że ktoś naprawdę zasługuje, nie zawaham się go wstawić do ligowego składu, jeśli nawet będzie miał tylko szesnaście czy osiemnaście lat”.

„Na każdego piłkarza mam pomysł, każdy jest potrzebny w tej drużynie. Zawodnik teoretycznie dwudziesty w hierarchii musi się czuć jak pierwszy. Bo w danej chwili rzeczywiście może nim być”.

Zobaczmy jednak, jak może pozmieniać się ta hierarchia wraz z przyjściem Lewandowskiego. Znamy już skład na mecz z Pogonią, więc można się pokusić o pierwsze wnioski.

Wygrani:

Skrzydłowi. Na ławce znalazło się aż trzech i choć Janoszka, Janus oraz Mazek są na razie na ławce rezerwowych, pod nowym trenerem będzie im bliżej na boisko niż za kadencji Stokowca. Zwłaszcza ten ostatni może odżyć, bo jego dynamika i chęć do atakowania bramki przeciwnika może się okazać sporym atutem i Mazek ma szansę zostać dżokerem w talii Lewandowskiego. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do Janusa były gracz Ruchu bez większych problemów radził sobie na obu skrzydłach. Janoszka był także próbowany w środku pola, być może w tym kierunku pójdą ostatnie lata jego kariery, ponieważ przeglądu pola i dobrego dogrania nie traci, a z dynamiką już za kilka miesięcy może być różnie.

Patryk Tuszyński. Podobnie jak Piotr Stokowiec, także i Mariusz Lewandowski jeszcze nie potrafił odnaleźć odpowiedniej roli dla Tuszyńskiego. Nowy trener przynajmniej przypomniał Tuszyńskiemu, że jako napastnik (nawet jeśli podwieszony) powinien co jakiś czas odwiedzać pole karne, a nie budować akcje ofensywne z własnej połowy boiska. 27-letni zawodnik upodobał sobie grę nieco dalej od szesnastki, ale w meczu z Termaliką zaliczył asystę z pola karnego, a nie z dystansu. Wciąż ma atuty, które pozwalają mu grać efektywnie w tym obszarze boiska, ale to chyba wciąż kwestia, którą w Zagłębiu muszą odkryć.

Jarosław Kubicki. Przejście z systemu z wahadłowymi i wycofanie Tuszyńskiego może w końcu uwolnić „Kebsiego” i zrobić z niego pomocnika „box to box” na miarę Ekstraklasy. Kubicki lubi się zapędzać w pole karne, a, co ważniejsze, przekłada się to często na efekty. Jego wejścia z głębi pola potrafią zaskoczyć rywali, bo zazwyczaj w naszej lidze nie oczekuje się takich ruchów od zawodnika na pozycji numer 8. Ale wychowanek Zagłębia już nie raz pokazał, że jego inklinacje do gry ofensywnej potrafią przynieść korzyść zespołowi. Jeśli Tuszyński okaże się graczem niereformowalnym i trzeba będzie planować dla niego miejsce w głębi pola, ktoś musi kreować zagrożenie bliżej bramki rywali, a to znakomita okazja dla Kubickiego.

Sasa Balić. Czarnogórzec powinien mieć teraz więcej spokoju – z przodu zawsze jest ktoś do zagrania i nie musi wychodzić tak wysoko, żeby włączać się do ataku, a jeśli już to zrobi, to przynajmniej może liczyć na asekurację ze strony swojego skrzydłowego. W roli wahadłowego wyglądał na nieco przytłoczonego nadmiarem obowiązków i nie ze wszystkich swoich zadań wywiązywał się w sposób należyty. Teraz może przede wszystkim skupić się na defensywie i tylko okazjonalnie biegać do przodu, co powinno przełożyć się na większą stabilność obrony Zagłębia, a to w końcówce pracy Piotra Stokowca był spory problem.

Jakub Świerczok. Może nieco bardziej pośrednio, bo to kwestia dostosowania mentalności reszty zespołu. Jeśli Lewandowski będzie rzeczywiście wymagał gry o każdą kolejną bramkę, to pazerny na gole Świerczok wyłącznie na tym skorzysta. Jak mówił Lewandowski: „Po zdobyciu bramki musimy iść do przodu. Nie można się zadowalać jedną czy dwoma. Kunktatorstwo to nie mój styl”. Świerczok powinien dostawać więcej piłek, a futbolówka po prostu szuka go w polu karnym. Jego bezczelność pozwala mu grać bez żadnych kompleksów, ma tyle pewności siebie, że nie czuje niepotrzebnego respektu przed rywalami i to powinno przynieść mu kolejne gole. Czy pobije w tym sezonie barierę dwudziestu goli? To byłoby coś, ale nie jest to cel, której reprezentant Polski nie jest w stanie zrealizować.

Zdrowy Filip Starzyński. Bo znowu może być dyrygentem i rozrzucać piłki wedle uznania. Powrócą mu opcje w postaci skrzydłowych, będzie miał do dyspozycji kreującego przestrzeń Świerczoka. Wszystko jest w nogach i głowie „Figo”. To głównie od niego będzie zależeć, czy znów zostanie gwiazdą ligi. Mariusz Lewandowski na pewno nie będzie mu w tym przeszkadzał.

Zawodnicy rezerw. Już Piotr Stokowiec był obecny na spotkaniach III, a następnie IV i znowu III ligi. Można się spodziewać, że wiosną również Lewandowski znajdzie się na trybunach Stadionu Górniczego. Za jego kadencji zadebiutował Dawid Pakulski, pokazał się też Paweł Żyra. A w kolejce są następni, również ci, którzy będą wracali z wypożyczeń. Wszyscy startują z czystą kartą i mają okazję do zbudowania swojej marki. Jeśli zaimponują nowemu szkoleniowcowi, droga do pierwszej drużyny wcale nie musi być tak długa, jak im się wydaje.

Przegrani:

Bartosz Kopacz. Przejście na ustawienie z czwórką obrońców kogoś z tercetu stoperów musiało zdegradować do roli rezerwowego. Naturalnie padło na Kopacza, bo kapitana Lubomira Guldana i reprezentanta Polski Jarosława Jacha trudno wygryźć. Kopacz musi się uzbroić w cierpliwość i… liczyć na dobrą grę Jacha, bo na tę chwilę jego wyjazd jest dla byłego stopera Górnika Zabrze najlepszym rozwiązaniem i główną szansą na regularną grę. Na tę chwilę jest trzeci w hierarchii i trzeba się tym pogodzić.

Filip Jagiełlo. Choć z Termaliką zagrał bardzo dobrze, to przeciwko Pogoni już nie wyszedł w pierwszym składzie. Podobnie jak Kopacz, także i on nieco stracił na zabraniu z ustawienia jednego napastnika. Do tej pory młody pomocnik Zagłębia musiał rywalizować o miejsce w składzie z Bartłomiejem Pawłowskim, a teraz doszedł jeszcze Tuszyński. Jeśli 20-latek potraktuje to jako wyzwanie, szybko może wygryźć byłego gracza Jagiellonii czy Rizesporu, albo na stałe przesunąć Pawłowskiego na skrzydło.

Adam Buksa. Już za Stokowca miał problem ze znalezieniem się w składzie, a teraz może przepaść na dobre. Czy ma szansę jeszcze zostać skrzydłowym? Nie sądzę, bardzo trudno będzie mu wygrać rywalizację, a i w hierarchii napastników spadł na trzecie miejsce. Musi się postarać, jeśli chce wrócić z trybun do meczowej osiemnastki, o regularnej grze nie wspominając.

Jakub Tosik. Skoro kierownicę musiał oddać Jagiełło, a w kolejce do środka pola powoli ustawia się wspomniany Janoszka, to oznacza jeszcze mniej okazji do gry dla Tosika. To prawdziwy profesjonalista i będzie czekał na swoją szansę, trzymając się w pełni gotowości, ale potrzebowałby chyba urazu Matuszczyka bądź Kubickiego, żeby mieć pewne miejsce w rotacji.

Tyle, jeżeli chodzi o spekulacje personalne. Do końca roku już niewiele kolejek, a na poważniejsze oceny przyjdzie zapewne czas dopiero po zimowych transferach (jeśli takie będą) i okresie przygotowawczym. Na razie trzeba Lewandowskiemu pozwolić pracować w spokoju i mieć nadzieję, że lubinianie rozprawią się z pozostałymi do zakończenia tego roku przeciwnikami.

Na pierwszy ogień bezbarwna Pogoń. Za Piotra Stokowca liczyłbym na remis, bo Zagłębie tylko raz było w stanie wygrać w Szczecinie, ale… może tym razem będzie inaczej. Szczecinianie również potrzebują iskry, przełamania. „Miedziowi” powinni zrobić wszystko, żeby gospodarze poczekali na nie przynajmniej do następnej kolejki.

Zagłębiem należy wstrząsnąć, ale nie można go zmieszać

Jak się tu znaleźliśmy?

Jak doszło do momentu, w którym Zagłębie Lubin, mające (na papierze) do dyspozycji jedną z najszerszych i najbardziej wyrównanych kadr w lidze wcale nie jest pewne zwycięstwa nad zdziesiątkowanym Śląskiem Wrocław, który musi naprędce zgłaszać do rozgrywek juniorów, żeby w ogóle zebrać meczową osiemnastkę?

Od razu miejmy za sobą truizm. Derby rządzą się swoimi prawami. No i rządzą się, tylko że w tym momencie i przy takich sytuacjach kadrowych obu drużyn to nie powinno mieć znaczenia. Na tę chwilę w Śląsku po wypadnięciu jednego zawodnika natychmiast robi się gorąco, bo z ławki prawdopodobnie wejdzie ktoś, kto nie ma zbyt wiele ekstraklasowego doświadczenia.

Już w pierwszym składzie WKS-u na to spotkanie zapewne wyjdzie Konrad Poprawa, który zagrał 73 minuty z Wisłą Płock (0:4) i raczej nie zapamięta dobrze tego debiutu. Na ławce mogą usiąść Mathieu Scalet, Paweł Kucharczyk i Maciej Buławski – łącznie 0 (słownie: zero) minut w Ekstraklasie. A mieliby stanąć naprzeciw reprezentantów Polski. Życzę im w takiej sytuacji wszystkiego najlepszego i powodzenia, lecz gdyby musieli pojawić się na boisku, to raczej nie wyglądałoby to najlepiej.

Od pierwszej minuty zagrają pewnie Łukasz Madej (ostatni raz w wyjściowym składzie miesiąc temu z Wisłą Płock, występ do zapomnienia) i odkurzony z konieczności Dragoljub Srnić (przed meczami z Koroną i Pogonią ostatni raz w wyjściowym składzie w sierpniu, potem maksymalnie 21 minut we wrześniu z Sandecją).

Skład, jaki będzie musiał zestawić na to derbowe spotkanie Jan Urban sprawi, że większość po spojrzeniu na niego i na desygnowaną przez Piotra Stokowca 11 powie, że zanosi się na lanie. Pewnie tak by było, gdyby naprzeciw Śląska wyszła w niedzielny wieczór Legia, Górnik, Lech, zapewne Korona, może Wisła Kraków i Jagiellonia. Ale to Zagłębie Lubin, które nie wygrało czterech kolejnych ligowych spotkań, a w dodatku będzie też musiało odrabiać straty w Pucharze Polski. Co po tym przydługim wstępie sprowadza nas do pytania postawionego na początku.

Jak się tu znaleźliśmy?

Były już męskie słowa, było spotkanie zawodników z prezesem. Nawet Piotr Stokowiec powoli zaczął publicznie mówić, że gra Zagłębia niekoniecznie musi się podobać kibicom. Słusznie, bo ostatni raz przyjemnie patrzyło się na występ lubinian przeciwko Górnikowi Zabrze, nawet jeśli i tam trzeba było końcówkę przeżyć w większych niż zazwyczaj nerwach.

Obecnie „Miedziowi” prezentują się tak, jakby byli przekonani że kiedy nadejdzie czas to wrzucą wyższy bieg i awansują do ósemki, żeby tam już spokojnie plażować i cieszyć się wiosennym słońcem. Bo nikt nie powiedział, że mają być puchary, ale też lepiej na wszelki znowu nie drażnić kibiców występami w grupie spadkowej. Bo będą domagać się głowy tego i tamtego, bo dobry kontrakt może przepaść. Siódme-ósme miejsce i zobaczymy, czy reszta ligi zmobilizuje się na tyle, żeby nas wyprzedzić. Jak nie, to znakomicie, jeśli tak, no to trudno, trzeba będzie coś wymyślić.

Proszę jednak nie mylić rzeczywistego podejścia piłkarzy do tego, jak wyglądają na boisku. Jedno może iść w parze z drugim, ale i niekoniecznie. Nie jestem zwolennikiem naskakiwania na piłkarzy i natychmiastowego deklarowania, że im się odechciało, że przesiąknęli lubińskim powietrzem. Poddawanie w wątpliwość ambicji i zaangażowania to pierwszy krok do wywracania klubu do góry nogami. A potem dochodzi do takich sytuacji jak we Wrocławiu, gdzie długofalowy plan na budowę zespołu jest schowany głęboko w przystadionowej dziurze im. Zygmunta Solorza.

Lubin to, niestety jak co roku, dziwne miejsce do grania w piłkę. Ten entuzjazm na starcie sezonu wraz z pierwszymi jesiennymi porażkami przeradza się w wątpliwości i wyczekiwanie na ten tradycyjny kryzys, który prędzej czy później przychodzi. W zeszłym sezonie zaczął się na Śląsku, bo po przegranych 1:2 derbach Zagłębie nie wygrało czterech kolejnych spotkań. Teraz, jak już wspomniałem, ma szansę przełamać passę czterech meczów bez punktów.

Do tego trzeba będzie zostawić serce na boisku. Nie tylko chcieć to zrobić poprzez odpowiednie nastawienie mentalne. Nie, trzeba będzie pokazać przez 90 kilka minut, że się chce, że się potrafi, że się dąży do zwycięstwa. Śląsk nie ma wyjścia, bo gra u siebie, a poza tym jest pod presją, jeszcze większą niż gracze Zagłębia. Owszem, przegrali 1:2 z Arką, ale oddali 20 strzałów, z czego sześć było celnych. Zdobyli bramkę. Mieli 63% posiadania piłki. Lubinianie przeciwko Koronie też mieli sześć strzałów.

Tylko że łącznie.

Można by pomyśleć, że przerwa reprezentacyjna dla klubów będących w sytuacji Zagłębia niesie ze sobą same korzyści. Można dłużej przygotować się do spotkania, wyrównać małe zaległości treningowe, sprawdzić, czy wszyscy są na odpowiednim poziomie wytrenowania, czy nie ma żadnych mikrourazów. Lubinianie tradycyjnie już nie rozegrali w tym okresie żadnego sparingu. A może powinni? Może warto by w takich okolicznościach nie tylko „robić swoje” ale też zagrać jeden mecz, zapakować kilka(naście? chyba nie) bramek zespołowi z niższego poziomu rozgrywkowego i dodać trochę pewności siebie zawodnikom przed kolejną serią spotkań ligowych. Może w ten sposób udałoby się dodać kolejne udane próby do zaledwie jednego strzału celnego przez 90 minut?

Nie, to by chyba było zbyt proste. W Lubinie lubimy niepotrzebnie komplikować sobie życie, bo za dobrze nam się tu mieszka. Niczego nie brakuje, zarobki są dobre, sklepy są, jakaś kultura jest. I nawet (ostrzegawcze? pełne troski? profilaktyczne?) pojawienie się kibiców Zagłębia na treningu wcale nie musi mieć większego wpływu na postawę piłkarzy, a trudno się spodziewać, żeby miało aż taki, jak sobie to zakładali fani, gdy szli na stadion. Ich doping zdecydowanie bardziej przydałby się na stadionie Wrocław, choć decyzją wojewody Pawła Hreniaka lepiej będzie, jeśli zostaną w domu. Z jednej strony staram się go zrozumieć, bo nie uniknęlibyśmy kolejnego festiwalu wyzwisk, być może kolejnego demontażu rzeczy na stadionie i oczywiście pokazu pirotechniki. Gdyby obie strony skupiły się na wspieraniu swojej drużyny, a nie zachęcaniu do „łamania tym kurwom kości” być może dane byłoby nam nie tylko obejrzeć piłkarzy obu drużyn, ale i posłuchać sympatyków z obu stron barykady. Na tę chwilę zostaje tylko ten pierwszy element.

Który, prawdę mówiąc, wcale nie musi przerodzić się w jeden z meczów kolejki, rundy, czy sezonu. Zwłaszcza ze strony Zagłębia, które na przestrzeni ostatnich kilku tygodni niemal zupełnie zatraciło styl i polot charakteryzujące „Miedziowych” w pierwszych kolejkach LOTTO Ekstraklasy i mimo tego, że Adam Buksa częściej siedzi na ławce niż gdy, to lubinianie od jakiegoś czasu zdają się buksować kołami.

Piotr Stokowiec chciał wysłać wyraźny sygnał do wszystkich, którzy byli zainteresowani słuchaniem: planujemy grać ofensywnie, planujemy zdobywać bramki i wygrywać mecze. W związku z tym na boisku pojawiał się tercet Bartłomiej Pawłowski – Patryk Tuszyński – Jakub Świerczok. Być może w przyszłości to ustawienie przyniesie pożądany efekt, ale na tę chwilę nie widać namacalnych korzyści. Każdy próbuje wykreować sobie jakąś pozycję, lecz częściej kończy się to nieporozumieniem i stratami. Zespołowi przydałby się impuls, niespodziewane zestawienie personalne, które otworzyłoby więcej możliwości dla zespołu.

Być może potrzeba Zagłębiu nieco więcej oddechu w polu karnym? Więcej przestrzeni operacyjnej dla Jakuba Świerczoka, który pokazał już parokrotnie, że z „szesnastki” potrafi zrobić swoje królestwo. Otworzyć miejsce przed bramką dla Jarosława Kubickiego, bo ten przecież ma zadatki na bycie klasowym (jak na LOTTO Ekstraklasę) pomocnikiem typu box to box, lecz, jak wspomniałem w poprzednich wpisach, często bywa ograniczany przez obecność Filipa Starzyńskiego czy jego zastępców na pozycji numer 10. Ustawienie 4-4-2 wcale nie musi być odsunięte na boczny tor, co doskonale pokazał Górnik Zabrze. Jakbym to widział w wariancie lubińskim?

Polacek – Czerwiński, Kopacz, Jach, Balić – Woźniak, Matuszczyk, Kubicki, Pawłowski – Tuszyński, Świerczok.

Tuszyński mógłby krążyć przed polem karnym i zbierać piłki, które zostaną źle dograne bądź wybite przez obrońców. Ma do tego warunki, jest silny, dobrze trzyma się na nogach i potrafi wygrać pojedynek. I tak często wybiera się w tę okolicę, a w ten sposób może pomóc zespołowi bardziej, niż robi to do tej pory.

Pawłowski i Woźniak są w stanie wykonywać dwa zadania w zakresie swojej pozycji. Albo będą głównie dogrywać piłki na Świerczoka, albo będą zamykać akcje, gdy dojdzie do zagrania z drugiego skrzydła. Mogą też (a zwłaszcza lepszy w pojedynkach 1 na 1 Pawłowski) sami zabrać się z futbolówką i ściąć do środka, stwarzając zagrożenie w ten sposób. Jeśli Stokowiec zdecydowałby się postawić chociażby na Janoszkę (dublowanie pozycji rozgrywającego zejściami do środka) bądź Mazka (te same plusy co Pawłowski, ale bez dwóch zdań gorsza dyspozycja, co czyni jego wejście niezbyt prawdopodobnym) to ma do dyspozycji kolejne warianty.

Skrzydłowi dodatkowo zabezpieczaliby defensywę (tu uwagę kieruję zwłaszcza na Woźniaka), która na starcie sezonu dusiła rywali i zabierała im przestrzeń do gry, a w ostatnich tygodniach mimo praktycznie tego samego zestawienia personalnego (wrócił Czerwiński, jedyną niewiadomą jest lewa obrona) każdy może stworzyć sobie kilka okazji, a jedną czy dwie wykorzystać. Nawet przetrzebiony kontuzjami Śląsk będzie w stanie parę razy zagrozić bramce Martina Polacka, tego jestem pewien.

Jeśli nie zmieni się nic pod kątem ustawienia, to może trzeba zamieszać personalnie? W końcu to przeciwko wrocławianom doszło do wymuszonego odkrycia systemu z wahadłowymi, którym przez jakiś czas zachwycała się większość piłkarskiej Polski. Wtedy z konieczności Zagłębie przeszło na to ustawienie i choć derbowi rywale sami są sobie winni, że tego spotkania nie wygrali, to lubinianie stwarzali sobie sytuacje podbramkowe nawet grając w 10.

Przeciwko Koronie dobrze zaprezentował się Konrad Andrzejczak, który rozpoczął to spotkanie z wysokiego C, lecz wraz z upływem czasu gasł. Poza tym zakładam, że trener Stokowiec będzie chciał raczej przede wszystkim upewnić się, że Śląsk niczego nie strzeli, co poskutkuje wystawieniem na pozycji lewego wahadłowego Sasy Balicia.

Najwięcej Stokowiec może zrobić z przodu, lecz tam trudno szukać zawodników rezerwowych będących w formie uzasadniającej ich grę. Bo kto miałby wyjść od początku, zastępując Patryka Tuszyńskiego? Adam Buksa, który w tym sezonie ani razu nie zaczął meczu pierwszej drużyny w wyjściowym składzie? Paweł Żyra mający w kampanii 2017/18 na koncie pięć minut w Ekstraklasie? Na 10 miałby się pojawić Łukasz Janoszka, bez gola od kwietnia tego roku, bez asysty od maja? Może i tak, skoro w 8 meczach z Janoszką w składzie Zagłębie zdobyło 16 ze swoich 24 punktów. Lepszy bilans ma tylko Jakub Tosik, który w tym sezonie jeszcze nie przegrał. Więc w ostateczności zawsze to lubińska pirania może pojawić się w środku pola i być pierwszą linią defensywy.

Wracając jednak na ziemię, każdy, kto poza Jakubem Świerczokiem i (chyba) Bartłomiejem Pawłowskim pojawi się dziś w linii ofensywnej Zagłębia Lubin spotka się z reakcją kibiców pt. „dlaczego akurat on gra?”. I patrząc na dyspozycję piłkarzy z Lubina te pytania nie będą bezzasadne. Oczywiście prędzej czy później każdy z nich powinien wyjść na boisko w miedziowej koszulce, nawet jeśli miałoby to być wyjście na przełamanie, na ponowne poczucie zaufania trenera.

Tylko czy derby to odpowiedni moment na takie decyzje? Tu raczej powinna pojawić się sprawdzona w bojach ekipa, lecz na tę chwilę i tak jest źle i tak jest niedobrze. Niemniej ktoś tu musi wziąć odpowiedzialność za losy drużyny, wejść na wyższe obroty i poprowadzić ją do kilku dobrych meczów. Czy możemy już dostać z powrotem Filipa Starzyńskiego w pełni zdrowia? Jeszcze do niedawna wydawało się, że Zagłębie jest w stanie przetrwać absencję swojego lidera.

Jednak będąc kibicem Zagłębia Lubin w listopadzie trudno wierzyć w cokolwiek, dopóki piłkarze tej wiary nie przywrócą. Fanom pozostaje mieć nadzieję na to, że los odmieni się bez konieczności ingerencji w personalia sztabu szkoleniowego. Po przegranych derbach i „na fali” beznadziejnej passy Zagłębia stanowisko Piotra Stokowca może stać się bardzo gorące mimo chłodu na zewnątrz.

Mój przewidywany skład Zagłębia Lubin na derby: Polacek – Guldan, Kopacz, Jach – Czerwiński, Matuszczyk, Kubicki, Balić – Pawłowski, Tuszyński, Świerczok.

Skład, który chciałbym zobaczyć: Polacek – Guldan, Kopacz, Jach – Czerwiński, Tosik, Kubicki, Matuszczyk, Balić – Pawłowski, Świerczok.

Ustawienie absurdalne: Polacek – Guldan, Kopacz, Jach – Czerwiński, Tosik, Kubicki, Janoszka – Pawłowski, Buksa, Świerczok.

Jak ustawić cegły, żeby mur był szczelny?

Doszliśmy do tego momentu w sezonie, kiedy zaczynamy się zastanawiać, czy Piotr Stokowiec wciąż jest odpowiednim człowiekiem na stanowisko trenera Zagłębia Lubin. Żeby rozwiać wszystkie wątpliwości już na starcie odpowiadam: tak, jest. Tylko warto się zastanowić, czy decyzje podejmowane przez niego w ostatnich tygodniach przynoszą pożądany efekt. Tu pojawiają się wątpliwości, bo problemów zdaje się być więcej niż odpowiedzi.

Przede wszystkim niepokój budzi defensywa lubinian, która w październikowych spotkaniach LOTTO Ekstraklasy straciła siedem bramek w zaledwie trzech meczach. To tylko jeden gol mniej niż w pozostałych jedenastu. Jak doszło do tego, że jedna z najlepszych formacji w lidze nagle złapała tak drastyczną obniżkę formy? Wyjaśnienia upatruję głównie na pozycjach wahadłowych.

Dlaczego przestał grać Alan Czerwiński? Tego nie wiemy, ale wyróżniający się na tle pozostałych prawych obrońców były gracz GKS-u Katowice ostatni raz wyszedł na boisko w pierwszym składzie przeciwko Lechii Gdańsk. Potem zniknął i w lidze już się nie pojawił. Efekt? Podany wyżej. Jego miejsce zajął Arkadiusz Woźniak, epizodycznie na murawie meldowali się także Aleksandar Todorovski i Krzysztof Janus.

Po konferencji prasowej po spotkaniu Zagłębia z Piastem Gliwice zapytaliśmy trenera Stokowca, co jest z Alanem, którego występy robiły tak duże wrażenie, że nawet mówiono o nim w kontekście reprezentacji Polski. Odpowiedź, jaką usłyszeliśmy, mogła spowodować tylko jedną reakcję: aha, w porządku. Brzmiała ona „nic nie jest, taka decyzja”. To dość dziwne, zważywszy, że sportowo 24-letni wahadłowy jest w moim odczuciu lepszym piłkarzem na tę pozycję niż Woźniak, Todorovski czy Janus.

Owszem, „Wąski” ma podobne parametry motoryczne, zawsze zostawia na boisku serce i nie można mu odmówić bycia jednym z liderów zespołu na boisku oraz poza nim. Jednak dwie ze swoich trzech asyst zanotował jako kolega Jakuba Świerczoka w ataku, a trzecią, w meczu z Jagiellonią, poprzez wyłożenie piłki nowemu reprezentantowi Polski na pustą bramkę.

Nie sądzę, żeby Woźniak był lepszym obrońcą i miał lepsze dośrodkowanie niż Czerwiński, który na prawej flance spędził całą swoją karierę. Rzucany z pozycji na pozycję wychowanek Zagłębia może i jest bardziej wszechstronnym zawodnikiem, ale na tak newralgicznej dla sukcesu całego systemu pozycji wolałbym jednak oglądać specjalistę. Tym jest dla mnie Czerwiński i im szybciej odzyska zaufanie trenera Stokowca (bo chyba o to tutaj chodzi), tym lepiej wyjdzie na tym klub z Lubina.

Powrót na boisko jednego z lepszych letnich transferów Zagłębia mógłby także wpłynąć pozytywnie na Lubomira Guldana. Słowak przeciwko Jagiellonii był kompletnie zagubiony, jakby grał całe życie w ataku i nagle musiał łatać wszystkie dziury w obronie. Piłkarze z Białegostoku obnażyli brak dynamiki i zwrotności kapitana „Miedziowych” – a tego nie da się nadrobić świetnym ustawianiem się, gdy dookoła są hektary miejsca. Może na małej przestrzeni Guldan doświadczeniem zamaskowałby swoje braki, ale w zeszłym tygodniu wolnego pola do popisu dla skrzydłowych Jagiellonii było aż nadto.

Oczywiście nie pomógł w tym fakt, że po swojej prawej stronie 34-letni stoper miał Aleksandara Todorovskiego, który coraz bardziej przypomina rolą Krzysztofa Oliwę niż zawodnika, który miałby wprowadzać spokój w defensywie. Wydawać by się mogło, że prędzej w tym charakterze zobaczymy Jakuba Tosika, ale po pierwsze gra on mało, a po drugie przestał być jedną z ostatnich instancji chroniących przed strzałem, więc nie musi się tak często uciekać do rozwiązań ostatecznych.

Osobiście naprawdę z chęcią zobaczyłbym w składzie Dominika Jończego, który cieszy się zaufaniem selekcjonera reprezentacji U-20, a umówmy się, że to już coś znaczy. Stoper Zagłębia w zeszłym sezonie mignął nam na ekstraklasowych boiskach i nie pozostawił po sobie złego wrażenia, chociaż oczywiście przytrafiały mu się problemy z ustawianiem, to ogólnie rzecz ujmując, zaprezentował się z dobrej strony. Teraz, kiedy forma Guldana jest co najwyżej przeciętna, a stan zdrowia Bartosza Kopacza oraz przyszłość Jarosława Jacha niepewne, warto by wznowić ogrywanie młodego defensora, zanim latem okaże się, że trzeba będzie szukać dwóch stoperów na już.

Jestem przekonany, że większość kibiców mając do wyboru młodego i perspektywicznego zawodnika (podkreślę jeszcze raz, młodzieżowego reprezentanta Polski) lub niespełna 34-letniego gracza, któremu za półtora miesiąca kończy się kontrakt i nie ma sygnałów o jego przedłużeniu, zdecyduje się na tego pierwszego. Decyzja należy jednak do sztabu szkoleniowego.

Na lewym wahadle niepodzielnie przez jakiś czas będzie rządził Sasa Balić. Pierwsze występy czarnogórskiego defensora napawały umiarkowanym optymizmem, ale szybko popadł w przeciętność. Obecnie trudno jednoznacznie określić jego transfer wzmocnieniem. Niestety kontuzja Daniela Dziwniela sprawiła, że jego jedynym konkurentem w wizji trenera Stokowca jest Łukasz Janoszka.

„Ecik” grał na tej pozycji z konieczności i widać, że nie czuje się na niej dobrze. W przeciwieństwie do Woźniaka, były gracz Ruchu Chorzów nie gwarantuje wycieczek z jednego końca boiska na drugi przez 90 minut, a już na pewno nie w takim tempie i na takiej intensywności jak wychowanek Zagłębia. Coraz częściej bazuje na swojej boiskowej inteligencji, starając się być wartościowym graczem za sprawą przemyślanych zagrań, a nie wyścigów z obroną przeciwnika. To też ma swoje plusy, ale raczej nie w przypadku, kiedy jedyną asekuracją jest jeden z trzech stoperów, co automatycznie rozciąga linię defensywną Zagłębia stwarzając coraz więcej problemów. Nic zatem dziwnego, że Stokowiec nie sięga po to rozwiązanie, kiedy nie musi.

Inną opcją jest powrót do tego, co napędzało lubinian zanim w derbowym meczu ze Śląskiem nastąpił moment „eureka!” i odkrycie gry z wahadłami. Czy granie systemem 4-2-3-1 albo 4-4-2 jest na tę chwilę możliwe? Biorąc pod uwagę bolączki w defensywie, podwójne zabezpieczenie skrzydeł może być rozwiązaniem tamującym przecieki w obronie. Mam jednak wątpliwości, czy przy obecnej formie bocznych pomocników Zagłębia nie jest to przytrzymywanie dziury w tamie obiema rękami, jednocześnie pozwalając wodzie na płynięcie wartkim strumieniem w innym miejscu.

Przy systemie 4-2-3-1 w tej chwili skład Zagłębia mógłby wyglądać następująco: Polacek – Czerwiński, Kopacz, Jach, Balić – Matuszczyk, Kubicki, Woźniak, Jagiełło, Pawłowski – Świerczok. Przyznam, że jest to jakaś alternatywa, która przede wszystkim dałaby odpocząć Guldanowi i choć to zdecydowanie mniej agresywne ustawienie niż preferowane obecnie, wciąż może być skuteczne w ofensywie.

Czasami gdy zespołowi nie idzie, warto powrócić do korzeni, przestać kombinować i szukać rozwiązań, które koniecznie muszą wprowadzić efekt zaskoczenia. Zrobić krok w tył, spojrzeć na wszystko z dystansu, zobaczyć co działało i pójść w tym kierunku. Oczywiście trudno przewidzieć, co zrobi Piotr Stokowiec, bo trener Zagłębia już nie raz i nie dwa udowadniał, że w aspekcie zestawiania składu stać go na wiele, ale cierpliwość kibiców powoli się wyczerpuje. Przekonujące zwycięstwo nad Cracovią ostudzi gorące głowy, ale kolejna strata punktów tylko pogłębi niepokój i sprawi, że przez przerwę reprezentacyjną spekulacje tylko nabiorą na sile.

Z pomocą trenerowi Stokowcowi przychodzi prezes Robert Sadowski, który niezmiennie ma zaufanie do szkoleniowca „Miedziowych”. Przed meczem z Jagiellonią przytoczyłem cytat z rozmowy z portalem sport.tvp.pl, ale umknął mi jeden ważny szczegół, z którego zdałem sobie sprawę dopiero w ten weekend. We wspomnianej rozmowie padają następujące słowa:

Stokowiec zna tych piłkarzy, ponieważ od kilku lat regularnie ogląda ich mecze, treningi i zaprasza na zajęcia z pierwszym zespołem. Zwalniając takiego, zwolnilibyśmy świetnie zorientowanego trenera. Potrzeba co najmniej roku, by mieć chociaż średnią wiedzę. Jeżeli chcesz stawiać na młodzież, to musisz mieć kogoś wiedzącego wszystko o tej młodzieży.

Zastanawia wyróżniony przeze mnie fragment. Kto miałby być potencjalnym następcą Stokowca, skoro tak wielki nacisk kładzie się w Lubinie na znajomość akademii? Czy w obliczu potencjalnego kryzysu klub weźmie kogoś, kto ma pełnić rolę strażaka dla pierwszego zespołu, wstawiając na chwilę flagowy okręt klubu do portu? A może jeśli czas Stokowca w stolicy polskiej miedzi dobiegnie końca, pojawi się na jego miejsce ktoś ze struktur klubowych, z doskonałą znajomością młodych piłkarzy? Jeśli klub chce promować młodzież, to czy może sobie pozwolić na zatrudnienie szkoleniowca, który nie będzie miał odpowiedniej wiedzy na temat umiejętności nowego narybku?

W ostatnich latach Zagłębie niejednokrotnie pokazało, że ryzykowne decyzje potrafią być opłacalne. Na razie jednak poruszamy się w strefie teorii – trzeba pozwolić trenerowi Stokowcowi pokonać kolejną przeszkodę. Nawet jeśli październikowo-listopadowa zniżka formy staje się powoli rutyną…