Lubińska czysta karta

Choć to już temat przykryty przez wiele innych wydarzeń okołoligowych, dopiero teraz chciałbym podzielić się krótko swoimi przemyśleniami na temat roszady trenerskiej w Zagłębiu Lubin.

Wciąż nie mogę się pozbyć wrażenia, że Piotr Stokowiec stał się ofiarą swojej własnej rewolucji. Że w pewnym momencie mimo licznych deklaracji zszedł z obranej drogi i potem nie potrafił na nią wrócić. Jego plan na zaskoczenie rywali ustawieniem z bocznymi obrońcami w roli wahadłowych okazał się sukcesem. Niestety w obliczu problemów kadrowych zamiast wykazać się większą elastycznością i szukać innego rozwiązania, wciskał kwadratowe klocki do okrągłej dziury i wierzył, że jeśli zrobi to z wystarczającą siłą, klocki te zaczną pasować.

Mimo usilnych starań nie wyszło. Łukasz Janoszka, Sasa Balić, Konrad Andrzejczak czy nawet Arkadiusz Woźniak – każdy z nich miał epizod na wahadle i z tego kwartetu jedynie Czarnogórzec mógł na dłuższą metę zastąpić Daniela Dziwniela. Ale i on ma swoje ograniczenia, znacznie lepiej czuje się w bloku czteroosobowym, co zdążył już potwierdzić w obu meczach pod wodzą Mariusza Lewandowskiego.

Decyzją trenera na jakiś czas zaginął z pierwszej jedenastki Alan Czerwiński. Nie dowiemy się już zapewne dlaczego tak się stało. Gdy były gracz GKS-u Katowice wrócił do wyjściowego składu grał tak, jakby nigdy z niego nie wypadł. Bo trudno znaleźć argumenty za tym, że powinien (poza ewentualnym „taka decyzja”, jak to powiedział Stokowiec po jednej z pomeczowych konferencji).

No właśnie – „taka decyzja”. Z tymi słowami zawsze jest problem, bo jak to w życiu bywa, są one niezwykle zależne od kontekstu. Jeśli efekt okaże się pożądany (nawet gdy spory jest w tym udział przypadku), to mało kto będzie szukał negatywów, a jeżeli to zrobi, zostanie określony mianem hejtera i natychmiast spotka się z kontrą, że nie powinien szukać dziury w całym. W końcu zwycięzców się nie sądzi, a to stwierdzenie tyleż głupie, co niezwykle szkodliwe. Natomiast, co miało miejsce w schyłkowym okresie pracy Piotra Stokowca „taka decyzja” od razu była bombardowana przez większość kibiców, dziennikarzy, ekspertów i (do czego się przyznaję) autora. „Stoki” próbował znaleźć rozwiązanie, wynaleźć sposób na odmienienie gry Zagłębia. Podejmował decyzje, a co za tym idzie, sporo ryzykował. I na tym ryzyku się przejechał, bo zamiast czarnych kulka zatrzymywała się na czerwonych. Pula zaufania powoli się wyczerpywała, kolejne zakłady nie przynosiły sukcesu, aż w końcu zagranie „all in” w derbach i porażka w ostatniej akcji przechyliły szalę goryczy.

W alternatywnej rzeczywistości Arkadiusz Woźniak wykorzystuje jedną ze swoich szans. W alternatywnej rzeczywistości nie ma faulu i rzutu wolnego po interwencji Bartosza Kopacza. W alternatywnej rzeczywistości Zagłębie nie remisuje z Piastem czy Wisłą Płock. Tak wiele bazowało tu na zmiennych, które nie były przychylne Piotrowi Stokowcowi. Ale czy zrobił on wystarczająco dużo, żeby na owe zmienne wpłynąć?

Czy w derbach zamiast ściągnąć najlepszego napastnika Zagłębia, Jakuba Świerczoka, zdjął bezproduktywnego i strzelającego z 35 metrów Patryka Tuszyńskiego? Czy grał o kolejne bramki przeciwko rozbitemu Piastowi? Poprzestał na 2:1 i liczył, że uda się przetrwać ataki gliwiczan. Czy poszedł do przodu, gdy Wisła Płock wyrównała w 69. minucie? Nie, chwilę potem Adam Matuszczyk zastąpił Arkadiusza Woźniaka, a Tuszyński zamiast dołączyć do Świerczoka, zajął jego pozycję.

„Taka decyzja”.

Im dłużej myślałem o tym, co ostatecznie pozbawiło Piotra Stokowca pracy w Zagłębiu, tym częściej myśli krążyły wokół jednego słowa – wypalenie.

Klub po rozstaniu się ze swoim szkoleniowcem zamieścił krótki film, montaż kilkudziesięciu momentów Stokowca w Lubinie. Wystarczy porównać entuzjazm, z jakim podchodził do pracy w pierwszej lidze do tego, jak zachowywał się w ostatnich kolejkach swojej pracy w Zagłębiu. To zdecydowanie nie był ten sam Piotr Stokowiec. Brakowało iskry, pasji. Wdała się rutyna, zmęczenie i, po serii słabszych wyników, frustracja. Ironiczne żarty i chłodne poczucie humoru pozostały, ale teraz zamiast luźnej ciętej riposty były kontrą i atakiem, momentami konferencje zamieniały się w mini-bitwy i ci, którzy chcieli się czegoś dowiedzieć, raczej nie wychodzili z poczuciem spełnionego celu.

Piotr Stokowiec to oczywiście bardzo dobry trener, ale przyda mu się odpoczynek, moment wytchnienia od ligowej gonitwy. Choć zabrzmi to prześmiewczo, naprawdę wierzę, że wróci silniejszy. I mimo równi pochyłej, na jakiej zostawił Zagłębie, kibice mają mu za co dziękować. Zbudował wraz ze swoim sztabem, Piotrem Burlikowskim oraz prezesami Tomaszem Dębickim i Robertem Sadowskim fundamenty, które pozwolą klubowi funkcjonować na zdrowych zasadach przez kolejne sezony.

Można by się doszukać jeszcze kilku przyczyn takiego, a nie innego obrotu rzeczy w Lubinie, ale to już przeszłość. Nadszedł czas, żeby stery przejął kto inny i to już miało miejsce.

O ile trudno rozliczać Mariusza Lewandowskiego za mecz z Koroną Kielce, bo czasu na przygotowanie zespołu miał niewiele, to już spotkanie z Bruk-Betem Termaliką pokazało, że klub może szybko złapać oddech i wrócić do pogoni za ligowym podium.

Po golu dla Termaliki w piłkarzach Zagłębia coś pękło. Kolektywnie uznali, że tak dłużej być nie może i pokazali swoje zdeterminowane oblicze, którego brakowało pod zaciągniętym przez Stokowca hamulcem ręcznym. Jakub Świerczok był autentycznie zły, że nie zdobył kolejnych goli, że lubinianie nie wygrali wyżej. Mogli i powinni, ale przynajmniej wyznaczyli tym spotkaniem nowy kierunek.

W „Miedziowych” drzemie potencjał na zespół, który rzuca się przeciwnikom do gardeł i nie odpuszcza, dopóki sędzia nie zakończy zawodów. To drużyna dobrze zbudowana, ponieważ:

– ma ludzi, którzy od najmłodszych lat wiedzą, na czym opiera się ten klub i jak reagują kibice (Arkadiusz Woźniak, Konrad Forenc, Filip Jagiełlo, Paweł Żyra, Jarosław Kubicki),

– są w niej piłkarze potrzebujący udowodnić, że wciąż są w stanie się odbudować i wejść na ligowy top (Adam Matuszczyk, Bartłomiej Pawłowski, Daniel Dziwniel, Patryk Tuszyński),

– występują w niej reprezentanci Polski, którzy mogą niedługo (znów) wyjechać na zachód (Jarosław Jach, Jakub Świerczok, Filip Starzyński),

– grają tu młodzi-gniewni, którzy wiedzą że w Lubinie są warunki do wypromowania się (Kamil Mazek, Adam Buksa, Alan Czerwiński, Bartosz Kopacz),

– jest tu kilku weteranów prezentujących solidny ligowy poziom lub będących ważną częścią szatni (Lubomir Guldan, Jakub Tosik, Łukasz Janoszka, Krzysztof Janus, Aleksandar Todorovski).

Oczywiście niektórzy pasują do kilku kategorii. Ważne jest, że każdy ma swoją indywidualną motywację, swoje podstawy do wychodzenia na boisko i dawanie z siebie wszystkiego. Czy to gra dla kibiców, o odbudowę swojej pozycji na rynku, o transfer czy jeszcze jeden dobry kontrakt po wygaśnięciu obecnej umowy. Zadaniem Mariusza Lewandowskiego jest podsycanie tych wewnętrznych ognisk, ale i ułożenie zespołu tak, żeby maszyna się zazębiała.

„Postaram się wykrzesać z zawodników to, co mają najlepsze do zaoferowania. Zapewne mają rezerwy, ale nie każdy wie, jak je z siebie wydobyć. Uświadomienie to właśnie rola trenera. Jak zawodnik czuje się ważny i potrzebny, to stać go na większe poświęcenie”.

Zagłębie Lubin musi na powrót być zespołem głodnym gry, atakującym pressingiem i narzucającym swoje warunki gry. Ten styl już w stolicy polskiej miedzi oglądaliśmy – świetna wiosna 2016 roku sprawiła, że w Lubinie znów rozbudziły się nadzieje. Oczekiwania zawsze są wysokie, bo tu ludzie są przyzwyczajeni do wysokiego standardu życia w każdym aspekcie i bez wielu zmartwień. Sport ma stanowić źródło przyjemności, a nie kibicowskich frustracji – to akurat proste i banalne, ale i jednocześnie będące podstawą zachowania niektórych kibiców-chorągiewek.

Mariusz Lewandowski doskonale rozumie lubińską mentalność, w końcu tu się wychował, tu zaczynał podróż do wielkich piłkarskich przygód, do zostania wybitnym reprezentantem Polski. Co prawda objął stanowisko bez doświadczenia w roli trenera, ale za to z bagażem doświadczeń, których niektórzy szkoleniowcy w LOTTO Ekstraklasie mogą mu pozazdrościć. Pracował z wybitnymi specjalistami, był na stażu pod okiem Pepa Guardioli. W Sewastopolu robił praktycznie wszystko, uczył tam organizacji zajęć, przygotowywania boiska. To człowiek, który wie, co robi i dlaczego to robi. A w domu najlepiej zacząć kolejny krok w karierze.

Pod względem wizerunkowym ten ruch nie ma wad, na razie błędów nie popełnia też sam Lewandowski. Mówi mało, ale mądrze – chce promować młodzież, chce grać o każdą bramkę, zależy mu na przekazaniu swojej wiedzy i doświadczenia.

U nowego szkoleniowca Zagłębia każdy startuje z nową kartą. Jak mówił w wywiadzie dla oficjalnej strony klubu jeszcze zanim ktokolwiek myślał o tym, że może objąć stery klubu z Lubina:

„Guardiola ma do każdego to samo podejście – jeśli chcesz osiągnąć sukces, musisz w ten sposób funkcjonować. I jeśli chcesz być traktowany poważnie, to traktuj w ten sposób innych”.

„Najlepszy był Mircea Lucescu. (…) Bardzo dużo wzorców od niego czepię. On miał rentgen w oczach. Jak nie byłeś gotowy fizycznie, to nie grałeś. Wszystkich traktował równo i każdy miał szansę na granie”.

A już po nominacji:

„Dyscyplina to jeden z najważniejszych elementów, na który położę nacisk. Kolejnym będzie zdrowa, sportowa rywalizacja. Chcę, by wszyscy sumiennie wykonywali swoje obowiązki. Jestem człowiekiem, który od razu reaguje, głośno mówię, jak coś mi się nie podoba”.

„Skoro to takie talenty, niech to pokażą. Na pewno będę stawiał na młodych, jednak nie może na tym cierpie jakość drużyny. Gdy zauważę, że ktoś naprawdę zasługuje, nie zawaham się go wstawić do ligowego składu, jeśli nawet będzie miał tylko szesnaście czy osiemnaście lat”.

„Na każdego piłkarza mam pomysł, każdy jest potrzebny w tej drużynie. Zawodnik teoretycznie dwudziesty w hierarchii musi się czuć jak pierwszy. Bo w danej chwili rzeczywiście może nim być”.

Zobaczmy jednak, jak może pozmieniać się ta hierarchia wraz z przyjściem Lewandowskiego. Znamy już skład na mecz z Pogonią, więc można się pokusić o pierwsze wnioski.

Wygrani:

Skrzydłowi. Na ławce znalazło się aż trzech i choć Janoszka, Janus oraz Mazek są na razie na ławce rezerwowych, pod nowym trenerem będzie im bliżej na boisko niż za kadencji Stokowca. Zwłaszcza ten ostatni może odżyć, bo jego dynamika i chęć do atakowania bramki przeciwnika może się okazać sporym atutem i Mazek ma szansę zostać dżokerem w talii Lewandowskiego. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do Janusa były gracz Ruchu bez większych problemów radził sobie na obu skrzydłach. Janoszka był także próbowany w środku pola, być może w tym kierunku pójdą ostatnie lata jego kariery, ponieważ przeglądu pola i dobrego dogrania nie traci, a z dynamiką już za kilka miesięcy może być różnie.

Patryk Tuszyński. Podobnie jak Piotr Stokowiec, także i Mariusz Lewandowski jeszcze nie potrafił odnaleźć odpowiedniej roli dla Tuszyńskiego. Nowy trener przynajmniej przypomniał Tuszyńskiemu, że jako napastnik (nawet jeśli podwieszony) powinien co jakiś czas odwiedzać pole karne, a nie budować akcje ofensywne z własnej połowy boiska. 27-letni zawodnik upodobał sobie grę nieco dalej od szesnastki, ale w meczu z Termaliką zaliczył asystę z pola karnego, a nie z dystansu. Wciąż ma atuty, które pozwalają mu grać efektywnie w tym obszarze boiska, ale to chyba wciąż kwestia, którą w Zagłębiu muszą odkryć.

Jarosław Kubicki. Przejście z systemu z wahadłowymi i wycofanie Tuszyńskiego może w końcu uwolnić „Kebsiego” i zrobić z niego pomocnika „box to box” na miarę Ekstraklasy. Kubicki lubi się zapędzać w pole karne, a, co ważniejsze, przekłada się to często na efekty. Jego wejścia z głębi pola potrafią zaskoczyć rywali, bo zazwyczaj w naszej lidze nie oczekuje się takich ruchów od zawodnika na pozycji numer 8. Ale wychowanek Zagłębia już nie raz pokazał, że jego inklinacje do gry ofensywnej potrafią przynieść korzyść zespołowi. Jeśli Tuszyński okaże się graczem niereformowalnym i trzeba będzie planować dla niego miejsce w głębi pola, ktoś musi kreować zagrożenie bliżej bramki rywali, a to znakomita okazja dla Kubickiego.

Sasa Balić. Czarnogórzec powinien mieć teraz więcej spokoju – z przodu zawsze jest ktoś do zagrania i nie musi wychodzić tak wysoko, żeby włączać się do ataku, a jeśli już to zrobi, to przynajmniej może liczyć na asekurację ze strony swojego skrzydłowego. W roli wahadłowego wyglądał na nieco przytłoczonego nadmiarem obowiązków i nie ze wszystkich swoich zadań wywiązywał się w sposób należyty. Teraz może przede wszystkim skupić się na defensywie i tylko okazjonalnie biegać do przodu, co powinno przełożyć się na większą stabilność obrony Zagłębia, a to w końcówce pracy Piotra Stokowca był spory problem.

Jakub Świerczok. Może nieco bardziej pośrednio, bo to kwestia dostosowania mentalności reszty zespołu. Jeśli Lewandowski będzie rzeczywiście wymagał gry o każdą kolejną bramkę, to pazerny na gole Świerczok wyłącznie na tym skorzysta. Jak mówił Lewandowski: „Po zdobyciu bramki musimy iść do przodu. Nie można się zadowalać jedną czy dwoma. Kunktatorstwo to nie mój styl”. Świerczok powinien dostawać więcej piłek, a futbolówka po prostu szuka go w polu karnym. Jego bezczelność pozwala mu grać bez żadnych kompleksów, ma tyle pewności siebie, że nie czuje niepotrzebnego respektu przed rywalami i to powinno przynieść mu kolejne gole. Czy pobije w tym sezonie barierę dwudziestu goli? To byłoby coś, ale nie jest to cel, której reprezentant Polski nie jest w stanie zrealizować.

Zdrowy Filip Starzyński. Bo znowu może być dyrygentem i rozrzucać piłki wedle uznania. Powrócą mu opcje w postaci skrzydłowych, będzie miał do dyspozycji kreującego przestrzeń Świerczoka. Wszystko jest w nogach i głowie „Figo”. To głównie od niego będzie zależeć, czy znów zostanie gwiazdą ligi. Mariusz Lewandowski na pewno nie będzie mu w tym przeszkadzał.

Zawodnicy rezerw. Już Piotr Stokowiec był obecny na spotkaniach III, a następnie IV i znowu III ligi. Można się spodziewać, że wiosną również Lewandowski znajdzie się na trybunach Stadionu Górniczego. Za jego kadencji zadebiutował Dawid Pakulski, pokazał się też Paweł Żyra. A w kolejce są następni, również ci, którzy będą wracali z wypożyczeń. Wszyscy startują z czystą kartą i mają okazję do zbudowania swojej marki. Jeśli zaimponują nowemu szkoleniowcowi, droga do pierwszej drużyny wcale nie musi być tak długa, jak im się wydaje.

Przegrani:

Bartosz Kopacz. Przejście na ustawienie z czwórką obrońców kogoś z tercetu stoperów musiało zdegradować do roli rezerwowego. Naturalnie padło na Kopacza, bo kapitana Lubomira Guldana i reprezentanta Polski Jarosława Jacha trudno wygryźć. Kopacz musi się uzbroić w cierpliwość i… liczyć na dobrą grę Jacha, bo na tę chwilę jego wyjazd jest dla byłego stopera Górnika Zabrze najlepszym rozwiązaniem i główną szansą na regularną grę. Na tę chwilę jest trzeci w hierarchii i trzeba się tym pogodzić.

Filip Jagiełlo. Choć z Termaliką zagrał bardzo dobrze, to przeciwko Pogoni już nie wyszedł w pierwszym składzie. Podobnie jak Kopacz, także i on nieco stracił na zabraniu z ustawienia jednego napastnika. Do tej pory młody pomocnik Zagłębia musiał rywalizować o miejsce w składzie z Bartłomiejem Pawłowskim, a teraz doszedł jeszcze Tuszyński. Jeśli 20-latek potraktuje to jako wyzwanie, szybko może wygryźć byłego gracza Jagiellonii czy Rizesporu, albo na stałe przesunąć Pawłowskiego na skrzydło.

Adam Buksa. Już za Stokowca miał problem ze znalezieniem się w składzie, a teraz może przepaść na dobre. Czy ma szansę jeszcze zostać skrzydłowym? Nie sądzę, bardzo trudno będzie mu wygrać rywalizację, a i w hierarchii napastników spadł na trzecie miejsce. Musi się postarać, jeśli chce wrócić z trybun do meczowej osiemnastki, o regularnej grze nie wspominając.

Jakub Tosik. Skoro kierownicę musiał oddać Jagiełło, a w kolejce do środka pola powoli ustawia się wspomniany Janoszka, to oznacza jeszcze mniej okazji do gry dla Tosika. To prawdziwy profesjonalista i będzie czekał na swoją szansę, trzymając się w pełni gotowości, ale potrzebowałby chyba urazu Matuszczyka bądź Kubickiego, żeby mieć pewne miejsce w rotacji.

Tyle, jeżeli chodzi o spekulacje personalne. Do końca roku już niewiele kolejek, a na poważniejsze oceny przyjdzie zapewne czas dopiero po zimowych transferach (jeśli takie będą) i okresie przygotowawczym. Na razie trzeba Lewandowskiemu pozwolić pracować w spokoju i mieć nadzieję, że lubinianie rozprawią się z pozostałymi do zakończenia tego roku przeciwnikami.

Na pierwszy ogień bezbarwna Pogoń. Za Piotra Stokowca liczyłbym na remis, bo Zagłębie tylko raz było w stanie wygrać w Szczecinie, ale… może tym razem będzie inaczej. Szczecinianie również potrzebują iskry, przełamania. „Miedziowi” powinni zrobić wszystko, żeby gospodarze poczekali na nie przynajmniej do następnej kolejki.

Reklamy

Zagłębiem należy wstrząsnąć, ale nie można go zmieszać

Jak się tu znaleźliśmy?

Jak doszło do momentu, w którym Zagłębie Lubin, mające (na papierze) do dyspozycji jedną z najszerszych i najbardziej wyrównanych kadr w lidze wcale nie jest pewne zwycięstwa nad zdziesiątkowanym Śląskiem Wrocław, który musi naprędce zgłaszać do rozgrywek juniorów, żeby w ogóle zebrać meczową osiemnastkę?

Od razu miejmy za sobą truizm. Derby rządzą się swoimi prawami. No i rządzą się, tylko że w tym momencie i przy takich sytuacjach kadrowych obu drużyn to nie powinno mieć znaczenia. Na tę chwilę w Śląsku po wypadnięciu jednego zawodnika natychmiast robi się gorąco, bo z ławki prawdopodobnie wejdzie ktoś, kto nie ma zbyt wiele ekstraklasowego doświadczenia.

Już w pierwszym składzie WKS-u na to spotkanie zapewne wyjdzie Konrad Poprawa, który zagrał 73 minuty z Wisłą Płock (0:4) i raczej nie zapamięta dobrze tego debiutu. Na ławce mogą usiąść Mathieu Scalet, Paweł Kucharczyk i Maciej Buławski – łącznie 0 (słownie: zero) minut w Ekstraklasie. A mieliby stanąć naprzeciw reprezentantów Polski. Życzę im w takiej sytuacji wszystkiego najlepszego i powodzenia, lecz gdyby musieli pojawić się na boisku, to raczej nie wyglądałoby to najlepiej.

Od pierwszej minuty zagrają pewnie Łukasz Madej (ostatni raz w wyjściowym składzie miesiąc temu z Wisłą Płock, występ do zapomnienia) i odkurzony z konieczności Dragoljub Srnić (przed meczami z Koroną i Pogonią ostatni raz w wyjściowym składzie w sierpniu, potem maksymalnie 21 minut we wrześniu z Sandecją).

Skład, jaki będzie musiał zestawić na to derbowe spotkanie Jan Urban sprawi, że większość po spojrzeniu na niego i na desygnowaną przez Piotra Stokowca 11 powie, że zanosi się na lanie. Pewnie tak by było, gdyby naprzeciw Śląska wyszła w niedzielny wieczór Legia, Górnik, Lech, zapewne Korona, może Wisła Kraków i Jagiellonia. Ale to Zagłębie Lubin, które nie wygrało czterech kolejnych ligowych spotkań, a w dodatku będzie też musiało odrabiać straty w Pucharze Polski. Co po tym przydługim wstępie sprowadza nas do pytania postawionego na początku.

Jak się tu znaleźliśmy?

Były już męskie słowa, było spotkanie zawodników z prezesem. Nawet Piotr Stokowiec powoli zaczął publicznie mówić, że gra Zagłębia niekoniecznie musi się podobać kibicom. Słusznie, bo ostatni raz przyjemnie patrzyło się na występ lubinian przeciwko Górnikowi Zabrze, nawet jeśli i tam trzeba było końcówkę przeżyć w większych niż zazwyczaj nerwach.

Obecnie „Miedziowi” prezentują się tak, jakby byli przekonani że kiedy nadejdzie czas to wrzucą wyższy bieg i awansują do ósemki, żeby tam już spokojnie plażować i cieszyć się wiosennym słońcem. Bo nikt nie powiedział, że mają być puchary, ale też lepiej na wszelki znowu nie drażnić kibiców występami w grupie spadkowej. Bo będą domagać się głowy tego i tamtego, bo dobry kontrakt może przepaść. Siódme-ósme miejsce i zobaczymy, czy reszta ligi zmobilizuje się na tyle, żeby nas wyprzedzić. Jak nie, to znakomicie, jeśli tak, no to trudno, trzeba będzie coś wymyślić.

Proszę jednak nie mylić rzeczywistego podejścia piłkarzy do tego, jak wyglądają na boisku. Jedno może iść w parze z drugim, ale i niekoniecznie. Nie jestem zwolennikiem naskakiwania na piłkarzy i natychmiastowego deklarowania, że im się odechciało, że przesiąknęli lubińskim powietrzem. Poddawanie w wątpliwość ambicji i zaangażowania to pierwszy krok do wywracania klubu do góry nogami. A potem dochodzi do takich sytuacji jak we Wrocławiu, gdzie długofalowy plan na budowę zespołu jest schowany głęboko w przystadionowej dziurze im. Zygmunta Solorza.

Lubin to, niestety jak co roku, dziwne miejsce do grania w piłkę. Ten entuzjazm na starcie sezonu wraz z pierwszymi jesiennymi porażkami przeradza się w wątpliwości i wyczekiwanie na ten tradycyjny kryzys, który prędzej czy później przychodzi. W zeszłym sezonie zaczął się na Śląsku, bo po przegranych 1:2 derbach Zagłębie nie wygrało czterech kolejnych spotkań. Teraz, jak już wspomniałem, ma szansę przełamać passę czterech meczów bez punktów.

Do tego trzeba będzie zostawić serce na boisku. Nie tylko chcieć to zrobić poprzez odpowiednie nastawienie mentalne. Nie, trzeba będzie pokazać przez 90 kilka minut, że się chce, że się potrafi, że się dąży do zwycięstwa. Śląsk nie ma wyjścia, bo gra u siebie, a poza tym jest pod presją, jeszcze większą niż gracze Zagłębia. Owszem, przegrali 1:2 z Arką, ale oddali 20 strzałów, z czego sześć było celnych. Zdobyli bramkę. Mieli 63% posiadania piłki. Lubinianie przeciwko Koronie też mieli sześć strzałów.

Tylko że łącznie.

Można by pomyśleć, że przerwa reprezentacyjna dla klubów będących w sytuacji Zagłębia niesie ze sobą same korzyści. Można dłużej przygotować się do spotkania, wyrównać małe zaległości treningowe, sprawdzić, czy wszyscy są na odpowiednim poziomie wytrenowania, czy nie ma żadnych mikrourazów. Lubinianie tradycyjnie już nie rozegrali w tym okresie żadnego sparingu. A może powinni? Może warto by w takich okolicznościach nie tylko „robić swoje” ale też zagrać jeden mecz, zapakować kilka(naście? chyba nie) bramek zespołowi z niższego poziomu rozgrywkowego i dodać trochę pewności siebie zawodnikom przed kolejną serią spotkań ligowych. Może w ten sposób udałoby się dodać kolejne udane próby do zaledwie jednego strzału celnego przez 90 minut?

Nie, to by chyba było zbyt proste. W Lubinie lubimy niepotrzebnie komplikować sobie życie, bo za dobrze nam się tu mieszka. Niczego nie brakuje, zarobki są dobre, sklepy są, jakaś kultura jest. I nawet (ostrzegawcze? pełne troski? profilaktyczne?) pojawienie się kibiców Zagłębia na treningu wcale nie musi mieć większego wpływu na postawę piłkarzy, a trudno się spodziewać, żeby miało aż taki, jak sobie to zakładali fani, gdy szli na stadion. Ich doping zdecydowanie bardziej przydałby się na stadionie Wrocław, choć decyzją wojewody Pawła Hreniaka lepiej będzie, jeśli zostaną w domu. Z jednej strony staram się go zrozumieć, bo nie uniknęlibyśmy kolejnego festiwalu wyzwisk, być może kolejnego demontażu rzeczy na stadionie i oczywiście pokazu pirotechniki. Gdyby obie strony skupiły się na wspieraniu swojej drużyny, a nie zachęcaniu do „łamania tym kurwom kości” być może dane byłoby nam nie tylko obejrzeć piłkarzy obu drużyn, ale i posłuchać sympatyków z obu stron barykady. Na tę chwilę zostaje tylko ten pierwszy element.

Który, prawdę mówiąc, wcale nie musi przerodzić się w jeden z meczów kolejki, rundy, czy sezonu. Zwłaszcza ze strony Zagłębia, które na przestrzeni ostatnich kilku tygodni niemal zupełnie zatraciło styl i polot charakteryzujące „Miedziowych” w pierwszych kolejkach LOTTO Ekstraklasy i mimo tego, że Adam Buksa częściej siedzi na ławce niż gdy, to lubinianie od jakiegoś czasu zdają się buksować kołami.

Piotr Stokowiec chciał wysłać wyraźny sygnał do wszystkich, którzy byli zainteresowani słuchaniem: planujemy grać ofensywnie, planujemy zdobywać bramki i wygrywać mecze. W związku z tym na boisku pojawiał się tercet Bartłomiej Pawłowski – Patryk Tuszyński – Jakub Świerczok. Być może w przyszłości to ustawienie przyniesie pożądany efekt, ale na tę chwilę nie widać namacalnych korzyści. Każdy próbuje wykreować sobie jakąś pozycję, lecz częściej kończy się to nieporozumieniem i stratami. Zespołowi przydałby się impuls, niespodziewane zestawienie personalne, które otworzyłoby więcej możliwości dla zespołu.

Być może potrzeba Zagłębiu nieco więcej oddechu w polu karnym? Więcej przestrzeni operacyjnej dla Jakuba Świerczoka, który pokazał już parokrotnie, że z „szesnastki” potrafi zrobić swoje królestwo. Otworzyć miejsce przed bramką dla Jarosława Kubickiego, bo ten przecież ma zadatki na bycie klasowym (jak na LOTTO Ekstraklasę) pomocnikiem typu box to box, lecz, jak wspomniałem w poprzednich wpisach, często bywa ograniczany przez obecność Filipa Starzyńskiego czy jego zastępców na pozycji numer 10. Ustawienie 4-4-2 wcale nie musi być odsunięte na boczny tor, co doskonale pokazał Górnik Zabrze. Jakbym to widział w wariancie lubińskim?

Polacek – Czerwiński, Kopacz, Jach, Balić – Woźniak, Matuszczyk, Kubicki, Pawłowski – Tuszyński, Świerczok.

Tuszyński mógłby krążyć przed polem karnym i zbierać piłki, które zostaną źle dograne bądź wybite przez obrońców. Ma do tego warunki, jest silny, dobrze trzyma się na nogach i potrafi wygrać pojedynek. I tak często wybiera się w tę okolicę, a w ten sposób może pomóc zespołowi bardziej, niż robi to do tej pory.

Pawłowski i Woźniak są w stanie wykonywać dwa zadania w zakresie swojej pozycji. Albo będą głównie dogrywać piłki na Świerczoka, albo będą zamykać akcje, gdy dojdzie do zagrania z drugiego skrzydła. Mogą też (a zwłaszcza lepszy w pojedynkach 1 na 1 Pawłowski) sami zabrać się z futbolówką i ściąć do środka, stwarzając zagrożenie w ten sposób. Jeśli Stokowiec zdecydowałby się postawić chociażby na Janoszkę (dublowanie pozycji rozgrywającego zejściami do środka) bądź Mazka (te same plusy co Pawłowski, ale bez dwóch zdań gorsza dyspozycja, co czyni jego wejście niezbyt prawdopodobnym) to ma do dyspozycji kolejne warianty.

Skrzydłowi dodatkowo zabezpieczaliby defensywę (tu uwagę kieruję zwłaszcza na Woźniaka), która na starcie sezonu dusiła rywali i zabierała im przestrzeń do gry, a w ostatnich tygodniach mimo praktycznie tego samego zestawienia personalnego (wrócił Czerwiński, jedyną niewiadomą jest lewa obrona) każdy może stworzyć sobie kilka okazji, a jedną czy dwie wykorzystać. Nawet przetrzebiony kontuzjami Śląsk będzie w stanie parę razy zagrozić bramce Martina Polacka, tego jestem pewien.

Jeśli nie zmieni się nic pod kątem ustawienia, to może trzeba zamieszać personalnie? W końcu to przeciwko wrocławianom doszło do wymuszonego odkrycia systemu z wahadłowymi, którym przez jakiś czas zachwycała się większość piłkarskiej Polski. Wtedy z konieczności Zagłębie przeszło na to ustawienie i choć derbowi rywale sami są sobie winni, że tego spotkania nie wygrali, to lubinianie stwarzali sobie sytuacje podbramkowe nawet grając w 10.

Przeciwko Koronie dobrze zaprezentował się Konrad Andrzejczak, który rozpoczął to spotkanie z wysokiego C, lecz wraz z upływem czasu gasł. Poza tym zakładam, że trener Stokowiec będzie chciał raczej przede wszystkim upewnić się, że Śląsk niczego nie strzeli, co poskutkuje wystawieniem na pozycji lewego wahadłowego Sasy Balicia.

Najwięcej Stokowiec może zrobić z przodu, lecz tam trudno szukać zawodników rezerwowych będących w formie uzasadniającej ich grę. Bo kto miałby wyjść od początku, zastępując Patryka Tuszyńskiego? Adam Buksa, który w tym sezonie ani razu nie zaczął meczu pierwszej drużyny w wyjściowym składzie? Paweł Żyra mający w kampanii 2017/18 na koncie pięć minut w Ekstraklasie? Na 10 miałby się pojawić Łukasz Janoszka, bez gola od kwietnia tego roku, bez asysty od maja? Może i tak, skoro w 8 meczach z Janoszką w składzie Zagłębie zdobyło 16 ze swoich 24 punktów. Lepszy bilans ma tylko Jakub Tosik, który w tym sezonie jeszcze nie przegrał. Więc w ostateczności zawsze to lubińska pirania może pojawić się w środku pola i być pierwszą linią defensywy.

Wracając jednak na ziemię, każdy, kto poza Jakubem Świerczokiem i (chyba) Bartłomiejem Pawłowskim pojawi się dziś w linii ofensywnej Zagłębia Lubin spotka się z reakcją kibiców pt. „dlaczego akurat on gra?”. I patrząc na dyspozycję piłkarzy z Lubina te pytania nie będą bezzasadne. Oczywiście prędzej czy później każdy z nich powinien wyjść na boisko w miedziowej koszulce, nawet jeśli miałoby to być wyjście na przełamanie, na ponowne poczucie zaufania trenera.

Tylko czy derby to odpowiedni moment na takie decyzje? Tu raczej powinna pojawić się sprawdzona w bojach ekipa, lecz na tę chwilę i tak jest źle i tak jest niedobrze. Niemniej ktoś tu musi wziąć odpowiedzialność za losy drużyny, wejść na wyższe obroty i poprowadzić ją do kilku dobrych meczów. Czy możemy już dostać z powrotem Filipa Starzyńskiego w pełni zdrowia? Jeszcze do niedawna wydawało się, że Zagłębie jest w stanie przetrwać absencję swojego lidera.

Jednak będąc kibicem Zagłębia Lubin w listopadzie trudno wierzyć w cokolwiek, dopóki piłkarze tej wiary nie przywrócą. Fanom pozostaje mieć nadzieję na to, że los odmieni się bez konieczności ingerencji w personalia sztabu szkoleniowego. Po przegranych derbach i „na fali” beznadziejnej passy Zagłębia stanowisko Piotra Stokowca może stać się bardzo gorące mimo chłodu na zewnątrz.

Mój przewidywany skład Zagłębia Lubin na derby: Polacek – Guldan, Kopacz, Jach – Czerwiński, Matuszczyk, Kubicki, Balić – Pawłowski, Tuszyński, Świerczok.

Skład, który chciałbym zobaczyć: Polacek – Guldan, Kopacz, Jach – Czerwiński, Tosik, Kubicki, Matuszczyk, Balić – Pawłowski, Świerczok.

Ustawienie absurdalne: Polacek – Guldan, Kopacz, Jach – Czerwiński, Tosik, Kubicki, Janoszka – Pawłowski, Buksa, Świerczok.

Jak ustawić cegły, żeby mur był szczelny?

Doszliśmy do tego momentu w sezonie, kiedy zaczynamy się zastanawiać, czy Piotr Stokowiec wciąż jest odpowiednim człowiekiem na stanowisko trenera Zagłębia Lubin. Żeby rozwiać wszystkie wątpliwości już na starcie odpowiadam: tak, jest. Tylko warto się zastanowić, czy decyzje podejmowane przez niego w ostatnich tygodniach przynoszą pożądany efekt. Tu pojawiają się wątpliwości, bo problemów zdaje się być więcej niż odpowiedzi.

Przede wszystkim niepokój budzi defensywa lubinian, która w październikowych spotkaniach LOTTO Ekstraklasy straciła siedem bramek w zaledwie trzech meczach. To tylko jeden gol mniej niż w pozostałych jedenastu. Jak doszło do tego, że jedna z najlepszych formacji w lidze nagle złapała tak drastyczną obniżkę formy? Wyjaśnienia upatruję głównie na pozycjach wahadłowych.

Dlaczego przestał grać Alan Czerwiński? Tego nie wiemy, ale wyróżniający się na tle pozostałych prawych obrońców były gracz GKS-u Katowice ostatni raz wyszedł na boisko w pierwszym składzie przeciwko Lechii Gdańsk. Potem zniknął i w lidze już się nie pojawił. Efekt? Podany wyżej. Jego miejsce zajął Arkadiusz Woźniak, epizodycznie na murawie meldowali się także Aleksandar Todorovski i Krzysztof Janus.

Po konferencji prasowej po spotkaniu Zagłębia z Piastem Gliwice zapytaliśmy trenera Stokowca, co jest z Alanem, którego występy robiły tak duże wrażenie, że nawet mówiono o nim w kontekście reprezentacji Polski. Odpowiedź, jaką usłyszeliśmy, mogła spowodować tylko jedną reakcję: aha, w porządku. Brzmiała ona „nic nie jest, taka decyzja”. To dość dziwne, zważywszy, że sportowo 24-letni wahadłowy jest w moim odczuciu lepszym piłkarzem na tę pozycję niż Woźniak, Todorovski czy Janus.

Owszem, „Wąski” ma podobne parametry motoryczne, zawsze zostawia na boisku serce i nie można mu odmówić bycia jednym z liderów zespołu na boisku oraz poza nim. Jednak dwie ze swoich trzech asyst zanotował jako kolega Jakuba Świerczoka w ataku, a trzecią, w meczu z Jagiellonią, poprzez wyłożenie piłki nowemu reprezentantowi Polski na pustą bramkę.

Nie sądzę, żeby Woźniak był lepszym obrońcą i miał lepsze dośrodkowanie niż Czerwiński, który na prawej flance spędził całą swoją karierę. Rzucany z pozycji na pozycję wychowanek Zagłębia może i jest bardziej wszechstronnym zawodnikiem, ale na tak newralgicznej dla sukcesu całego systemu pozycji wolałbym jednak oglądać specjalistę. Tym jest dla mnie Czerwiński i im szybciej odzyska zaufanie trenera Stokowca (bo chyba o to tutaj chodzi), tym lepiej wyjdzie na tym klub z Lubina.

Powrót na boisko jednego z lepszych letnich transferów Zagłębia mógłby także wpłynąć pozytywnie na Lubomira Guldana. Słowak przeciwko Jagiellonii był kompletnie zagubiony, jakby grał całe życie w ataku i nagle musiał łatać wszystkie dziury w obronie. Piłkarze z Białegostoku obnażyli brak dynamiki i zwrotności kapitana „Miedziowych” – a tego nie da się nadrobić świetnym ustawianiem się, gdy dookoła są hektary miejsca. Może na małej przestrzeni Guldan doświadczeniem zamaskowałby swoje braki, ale w zeszłym tygodniu wolnego pola do popisu dla skrzydłowych Jagiellonii było aż nadto.

Oczywiście nie pomógł w tym fakt, że po swojej prawej stronie 34-letni stoper miał Aleksandara Todorovskiego, który coraz bardziej przypomina rolą Krzysztofa Oliwę niż zawodnika, który miałby wprowadzać spokój w defensywie. Wydawać by się mogło, że prędzej w tym charakterze zobaczymy Jakuba Tosika, ale po pierwsze gra on mało, a po drugie przestał być jedną z ostatnich instancji chroniących przed strzałem, więc nie musi się tak często uciekać do rozwiązań ostatecznych.

Osobiście naprawdę z chęcią zobaczyłbym w składzie Dominika Jończego, który cieszy się zaufaniem selekcjonera reprezentacji U-20, a umówmy się, że to już coś znaczy. Stoper Zagłębia w zeszłym sezonie mignął nam na ekstraklasowych boiskach i nie pozostawił po sobie złego wrażenia, chociaż oczywiście przytrafiały mu się problemy z ustawianiem, to ogólnie rzecz ujmując, zaprezentował się z dobrej strony. Teraz, kiedy forma Guldana jest co najwyżej przeciętna, a stan zdrowia Bartosza Kopacza oraz przyszłość Jarosława Jacha niepewne, warto by wznowić ogrywanie młodego defensora, zanim latem okaże się, że trzeba będzie szukać dwóch stoperów na już.

Jestem przekonany, że większość kibiców mając do wyboru młodego i perspektywicznego zawodnika (podkreślę jeszcze raz, młodzieżowego reprezentanta Polski) lub niespełna 34-letniego gracza, któremu za półtora miesiąca kończy się kontrakt i nie ma sygnałów o jego przedłużeniu, zdecyduje się na tego pierwszego. Decyzja należy jednak do sztabu szkoleniowego.

Na lewym wahadle niepodzielnie przez jakiś czas będzie rządził Sasa Balić. Pierwsze występy czarnogórskiego defensora napawały umiarkowanym optymizmem, ale szybko popadł w przeciętność. Obecnie trudno jednoznacznie określić jego transfer wzmocnieniem. Niestety kontuzja Daniela Dziwniela sprawiła, że jego jedynym konkurentem w wizji trenera Stokowca jest Łukasz Janoszka.

„Ecik” grał na tej pozycji z konieczności i widać, że nie czuje się na niej dobrze. W przeciwieństwie do Woźniaka, były gracz Ruchu Chorzów nie gwarantuje wycieczek z jednego końca boiska na drugi przez 90 minut, a już na pewno nie w takim tempie i na takiej intensywności jak wychowanek Zagłębia. Coraz częściej bazuje na swojej boiskowej inteligencji, starając się być wartościowym graczem za sprawą przemyślanych zagrań, a nie wyścigów z obroną przeciwnika. To też ma swoje plusy, ale raczej nie w przypadku, kiedy jedyną asekuracją jest jeden z trzech stoperów, co automatycznie rozciąga linię defensywną Zagłębia stwarzając coraz więcej problemów. Nic zatem dziwnego, że Stokowiec nie sięga po to rozwiązanie, kiedy nie musi.

Inną opcją jest powrót do tego, co napędzało lubinian zanim w derbowym meczu ze Śląskiem nastąpił moment „eureka!” i odkrycie gry z wahadłami. Czy granie systemem 4-2-3-1 albo 4-4-2 jest na tę chwilę możliwe? Biorąc pod uwagę bolączki w defensywie, podwójne zabezpieczenie skrzydeł może być rozwiązaniem tamującym przecieki w obronie. Mam jednak wątpliwości, czy przy obecnej formie bocznych pomocników Zagłębia nie jest to przytrzymywanie dziury w tamie obiema rękami, jednocześnie pozwalając wodzie na płynięcie wartkim strumieniem w innym miejscu.

Przy systemie 4-2-3-1 w tej chwili skład Zagłębia mógłby wyglądać następująco: Polacek – Czerwiński, Kopacz, Jach, Balić – Matuszczyk, Kubicki, Woźniak, Jagiełło, Pawłowski – Świerczok. Przyznam, że jest to jakaś alternatywa, która przede wszystkim dałaby odpocząć Guldanowi i choć to zdecydowanie mniej agresywne ustawienie niż preferowane obecnie, wciąż może być skuteczne w ofensywie.

Czasami gdy zespołowi nie idzie, warto powrócić do korzeni, przestać kombinować i szukać rozwiązań, które koniecznie muszą wprowadzić efekt zaskoczenia. Zrobić krok w tył, spojrzeć na wszystko z dystansu, zobaczyć co działało i pójść w tym kierunku. Oczywiście trudno przewidzieć, co zrobi Piotr Stokowiec, bo trener Zagłębia już nie raz i nie dwa udowadniał, że w aspekcie zestawiania składu stać go na wiele, ale cierpliwość kibiców powoli się wyczerpuje. Przekonujące zwycięstwo nad Cracovią ostudzi gorące głowy, ale kolejna strata punktów tylko pogłębi niepokój i sprawi, że przez przerwę reprezentacyjną spekulacje tylko nabiorą na sile.

Z pomocą trenerowi Stokowcowi przychodzi prezes Robert Sadowski, który niezmiennie ma zaufanie do szkoleniowca „Miedziowych”. Przed meczem z Jagiellonią przytoczyłem cytat z rozmowy z portalem sport.tvp.pl, ale umknął mi jeden ważny szczegół, z którego zdałem sobie sprawę dopiero w ten weekend. We wspomnianej rozmowie padają następujące słowa:

Stokowiec zna tych piłkarzy, ponieważ od kilku lat regularnie ogląda ich mecze, treningi i zaprasza na zajęcia z pierwszym zespołem. Zwalniając takiego, zwolnilibyśmy świetnie zorientowanego trenera. Potrzeba co najmniej roku, by mieć chociaż średnią wiedzę. Jeżeli chcesz stawiać na młodzież, to musisz mieć kogoś wiedzącego wszystko o tej młodzieży.

Zastanawia wyróżniony przeze mnie fragment. Kto miałby być potencjalnym następcą Stokowca, skoro tak wielki nacisk kładzie się w Lubinie na znajomość akademii? Czy w obliczu potencjalnego kryzysu klub weźmie kogoś, kto ma pełnić rolę strażaka dla pierwszego zespołu, wstawiając na chwilę flagowy okręt klubu do portu? A może jeśli czas Stokowca w stolicy polskiej miedzi dobiegnie końca, pojawi się na jego miejsce ktoś ze struktur klubowych, z doskonałą znajomością młodych piłkarzy? Jeśli klub chce promować młodzież, to czy może sobie pozwolić na zatrudnienie szkoleniowca, który nie będzie miał odpowiedniej wiedzy na temat umiejętności nowego narybku?

W ostatnich latach Zagłębie niejednokrotnie pokazało, że ryzykowne decyzje potrafią być opłacalne. Na razie jednak poruszamy się w strefie teorii – trzeba pozwolić trenerowi Stokowcowi pokonać kolejną przeszkodę. Nawet jeśli październikowo-listopadowa zniżka formy staje się powoli rutyną…

Ostatnie tango kapitana?

Za kadencji Piotra Stokowca w Zagłębiu Lubin można przyzwyczaić się do tego, że na konferencji prasowej po spotkaniu prawdopodobnie padnie kilka utartych wypowiedzi. W pewnym momencie doszło do tego, że na dobrą sprawę można było przewidzieć ją całą i gdy ta wizja realizowała się na naszych oczach, o mało co nie otrzymałem zakazu uczestniczenia w tych pomeczowych spotkaniach. (Na marginesie absolutnie słusznie, podobna sytuacja już się nie powtórzyła).

Nadal jednak co jakiś czas można usłyszeć, że stworzyliśmy dobre widowisko. To właściwie ostatni filar z kilku, które pojawiały się wcześniej. Słowa o nieschodzeniu z obranej drogi… zeszły na dalszy plan. Natomiast praktycznie w ogóle nie pojawia się już kawałek „wprowadzamy młodzież, mamy kilku reprezentantów U-21, opieramy się na akademii”. I słusznie, bo plan zbudowania w Lubinie modelu, który płynnie dostarczałby co sezon chociaż jednego zawodnika gotowego do rywalizacji w pierwszym składzie w tych rozgrywkach napotkał na poważną przeszkodę.

Takiego gracza na tę chwilę w Lubinie nie ma.

Ktoś pomyśli: ale zaraz, gra Jagiełlo, w składzie jest Kubicki, Jachem interesowały się zagraniczne kluby, na ławce cały czas siedzi Buksa, a jeszcze zanim zaginął w czeluściach rezerw był ktoś taki jak Mazek. To mało? Ano mało, bo wszystkich tych zawodników już znamy. Jagiełlo zadebiutował w pierwszym zespole w sezonie 2013/14, Kubicki jest podstawowym piłkarzem od I ligi, Jach robił wrażenie w rezerwach, Buksa wyróżniał się potencjałem za czasów młodej Ekstraklasy w Wiśle Kraków, zaś Mazek cztery lata temu grał dość regularnie w I lidze.

Nie ma impulsu, nie ma nowych nazwisk, które zastąpione zostały bardziej doświadczonymi zawodnikami, gwarantującymi jakość tu i teraz. Doszli Matuszczyk, Kopacz, Pawłowski, Świerczok, Czerwiński, Tuszyński. Pierwsza czwórka praktycznie ma już abonament na grę w wyjściowym składzie, piąty zaraz powinien tam wrócić, a ostatni na razie czeka na słabsze momenty ofensywnego duetu. Nie mówię, że to coś złego, bo Zagłębie mimo trzech niepotrzebnych remisów nadal dość wygodnie siedzi na ligowym podium. Każdy z wymienionych w tym akapicie graczy wnosi coś dobrego do gry „Miedziowych” i w związku z tym nie ma podstaw ku temu, żeby ich zluzować.

Kiedy Zagłębie wchodziło do Ekstraklasy po sezonie banicji w I lidze młodość była fundamentem i wydawało się kwestią czasu sprzedawanie graczy pokroju Krzysztofa Piątka za kilkaset tysięcy euro. Tylko że na razie wypromował się jedynie właśnie Piątek. Nie odszedł Jach, Jagiełło nie myśli o transferze. To jednak nie jest największy problem, bo dzięki możnemu właścicielowi w Lubinie nie trzeba na siłę sprzedawać piłkarzy. Wątpliwości mam zgoła inne – kto na tę chwilę miałby zastąpić Jacha czy Jagiełłę, gdyby do tych transferów doszło?

Gdy kibice mieli mniej lub bardziej dosyć występów Łukasza Piątka i Adriana Rakowskiego pocieszali się tym, że w kolejce stoi właśnie Jagiełło, że świetnie rozwija się Kubicki. Teraz, gdy 20-latek strzela gole z Piastem, a jego 22-letni kolega jest królem Instata nie widać w strukturach wewnętrznych potencjalnych następców.

W wywiadzie dla sport.tvp.pl prezes Zagłębia Lubin, Robert Sadowski, mówi tak:

Rezerwy i akademia są tutaj bardzo ważne. Stokowiec zna tych piłkarzy, ponieważ od kilku lat regularnie ogląda ich mecze, treningi i zaprasza na zajęcia z pierwszym zespołem. Jeżeli chcesz stawiać na młodzież, to musisz mieć kogoś wiedzącego wszystko o tej młodzieży.

Skoro Piotr Stokowiec wie wszystko o tej młodzieży, a nie stawia na nową młodzież, to gdzie leży problem? Szkoleniowiec Zagłębia rzeczywiście śledzi na bieżąco rozgrywki III ligi, obserwuje młodych zawodników, ale jednak na mecze ligowe i pucharowe już się nie łapią.

Wiadomo, że nigdy nie ma dobrego momentu na wprowadzanie młodych zawodników. Dominik Jończy w zeszłym sezonie pojawił się w czterech spotkaniach, korzystając z kontuzji Jarosława Jacha. Ale oprócz niego nie było żadnego nowego nazwiska, które zebrałoby na ligowych boiskach więcej niż 90 minut. Umówmy się, że minuta dla Patryka Muchy, 71 dla Artura Siemaszki (niepotrzebnie skompromitowanego przez Weszło, ale to raczej standard), czy 11 dla Pawła Żyry to dorobek, którym trudno się chwalić.

Był taki moment, że wydawało się, iż Zagłębie zaleje fala młodych zawodników i nie będzie ich gdzie pomieścić, bo każdy ma papiery na granie. Eryk Sobków w juniorach przestawiał wszystkich, jak chciał, ale problemy ze zdrowiem sprawiły, że teraz w 576 minutach dla Znicza Pruszków jest bez gola. Lepiej wygląda Artur Siemaszko, który zdobył pięć goli dla Stomilu Olsztyn. Karol Żmijewski w Kołobrzegu grał od deski do deski, wiosną poszedł do Częstochowy i w II lidze zagrał 22 minuty. Teraz w drugoligowej Warcie Poznań także nie jest najlepiej, choć ostatnio wystąpił w dwóch meczach. Ile jeszcze będą się tułać po I i II lidze zanim okaże się, że w Lubinie raczej nie zagrzeją na dłużej miejsca i powinni sobie szukać klubu, który nie będzie kazał im się przeprowadzać co pół roku?

Mam nadzieję, że ten moment nie nastąpi, choć wydaje mi się, że najbliższe dwa-trzy okienka transferowe są ostatnią szansą dla tych zawodników. W klubie wciąż jest jeszcze kilku graczy, których można bez większego żalu pożegnać i prawdopodobnie do tego dojdzie. Krzysztof Janus i Kamil Mazek nie mają miejsca w preferowanym przez Piotra Stokowca systemie. Łukasz Janoszka ma już coraz mniej dynamiki, a na wahadle to rzecz niezbędna. do Lubina pewnie nie wróci już Martin Nespor i kto wie, czy zachód znów nie ustawi się po przyszłego reprezentanta Polski Jakuba Świerczoka. Zbliża się kres kariery Aleksandara Todorovskiego. Czy kogoś z grona wypożyczonych bądź graczy rezerw uda się wprowadzić do pierwszego składu?

Oczywiście, że młodzi będą popełniać błędy. Pewnie, że kibice nie raz i nie dwa się załamią. Ale kiedy ci piłkarze mają się pojawić w kadrze pierwszej drużyny? Skoro ten sezon miał być w Lubinie okresem przebudowy zespołu i nie wyznaczano celów wynikowych, to można w tym, czy w tamtym meczu desygnować do gry piłkarzy niedoświadczonych. Niech zdobędą szlify, oswoją się z Ekstraklasą.

W meczu Pucharu Polski przeciwko Koronie Kielce zabrakło mi na ławce rezerwowych Dominika Jończego. Jednym z trzech stoperów był Aleksandar Todorovski. Co, oprócz słabej gry Zagłębia, stało na przeszkodzie, żeby na ostatnie 20 minut dać szansę Jończemu, skoro i tak Korona skupiała się głównie na kontratakach? Może w meczu z Piastem mniej bolałby remis, gdyby zamiast Todora zagrał ktoś młody i to on popełnił błąd w kryciu albo dostał żółtą kartkę?

A może ta młodzież po prostu nie dorosła i powinniśmy pogodzić się z tym, że trzeba czekać na kolejny napływ ciekawych graczy? Od zwycięstwa 1:0 z Falubazem Zielona Góra, trzecioligowe rezerwy Zagłębia wygrały raz (7:2 z ostatnią w tabeli Polonią Głubczyce), dwa razy zremisowały (1:1 z przedostatnim w tabeli Piastem Żmigród i 1:1 z 15. obecnie Ruchem Zdzieszowice) i przegrały siedem spotkań. Trener Piotr Jacek zarzuca swoim podopiecznym brak zaangażowania i walki. Jeśli tak to wygląda, to rzeczywiście może lepiej szukać kolejnych Kopaczów i Czerwińskich w niższych ligach niż zachwycać się bogactwem akademii.

Życzyłbym sobie (i pewnie to nie tylko moje życzenia), żeby Dominik Jończy, któremu na tę chwilę chyba najbliżej do szerokiej kadry, w perspektywie sezonu-dwóch zastąpił Lubomira Guldana na pozycji stopera. Słowak to bardzo ważna postać w zespole, członek rady drużyny, no i oczywiście kapitan. Może i powinien być wzorem do naśladowania dla młodych zawodników.

Ale zastanawiam się coraz częściej, czy to już nie moment, w którym powinien myśleć o wyrobieniu licencji trenerskiej i końcu kariery. Nie jestem przekonany co do tego, czy sprawdza się w systemie z wahadłowymi, gdzie dodatkowo musi zabezpieczać także całą przestrzeń z boku boiska. Tam już nie zawsze da się nadrobić braki w dynamice ustawieniem. Pokazał to w meczu z Wisłą Płock Giorgi Merebaszwili, w podróż zabrał Guldana również Mario Situm. Przeciwko Piastowi „Gula” wygrał trzy na piętnaście pojedynków. Trudno mi powiedzieć, czy to dołek formy, czy już stały, powolny regres. Słowak prowadzi się jak na profesjonalistę przystało, ale w wieku 34 lat (zaraz 35) nie ma już zbyt wielu stoperów, którzy mogą ścigać się ze skrzydłowymi. Arkadiusz Głowacki to robot i wymyka się klasyfikacji.

***

Oglądałem dość pobieżnie spotkanie pucharowe z Koroną i trzeba przyznać, że gra Zagłębia nie wyglądała najlepiej. Daleki jestem od obaw i paniki bo takie „popisy” też się zdarzają i raz można gorszą dyspozycję wybaczyć, natomiast nikogo nie da się za ten mecz wyróżnić pozytywnie. Cieszy mnie, że dostrzegł to też trener Stokowiec, który przyznał, że lubinianie przyzwyczaili kibiców do lepszej dyspozycji.

W związku z tym nie spodziewam się większych zmian na mecz z Jagiellonią. Zapewne Todorovskiego zmieni Guldan, za Tosika wróci do gry Matuszczyk (który wywiązuje się ze swoich zadań tak, że nie widzę powodów do krytyki), widziałbym też w wyjściowym składzie Balicia. (AKTUALIZACJA: NO TO SIĘ POMYLIŁEM).

Wypadałoby zacząć uciekać od reszty ligi, bo może się okazać, że nawet bez podziału punktów będzie w czołówce dość ciasno.

Z drugiej strony… może załapanie się do ósemki bez perspektywy walki o puchary będzie ukrytym błogosławieństwem? Być może pewny ligowego bytu Piotr Stokowiec pozwoli sobie na szerszą rotację, na wprowadzenie tych młodych i utalentowanych zawodników. Presji już nie będzie, oczekiwań też nie. Nie mówię, że lubinianie mają się od razu zamienić w Pogoń Szczecin, która z grupy mistrzowskiej potrafiła zrobić raj dla ludzi chcących wygrać w zakładach bukmacherskich, ale kto wie, czy nie jest to najlepsza okazja, żeby ktoś zasłużył sobie na bycie częścią rotacji w sezonie 2018/19. Tym, w którym cele zostaną wyznaczone już przed startem sezonu, a nie na zasadzie „zobaczymy, co wyniknie z tego, co tu mamy”.

Kto za kierownicą, gdy lidera brakuje?

Jeszcze kilka miesięcy temu trudno było sobie wyobrazić Zagłębie Lubin bez Filipa Starzyńskiego. Drużyna bez swojego lidera cierpiała, grała nudną i do bólu przewidywalną piłkę. Zamiast szybkiej, dynamicznej gry, którą preferuje Piotr Stokowiec oglądaliśmy często festiwal podań na zasadzie „ty do mnie, ja do ciebie” w środku pola, po czym futbolówka szła do skrzydła, żeby po nieudanym dośrodkowaniu doszło do straty. (Oczywiście, jeśli wcześniej udało się jej nie stracić w środkowej strefie).

Gdy Starzyński był zdrowy i był w formie, czasami samodzielnie potrafił przesądzić o losach spotkania. Siedem bramek i dziewięć asyst z sezonu 2016/17 to wynik bardzo dobry, jeden z lepszych w LOTTO Ekstraklasie. Zajął 11. miejsce w klasyfikacji kanadyjskiej. Problemem było tylko 25 spotkań – o ile lepsze liczby mógł mieć reprezentant Polski gdyby był zdrowy? Tylko Fedor Cernych i Ryota Morioka zrobili więcej w takiej samej liczbie spotkań. Czy z gotowym na 100 proc. Starzyńskim przez cały sezon Zagłębie nie spadłoby do dolnej ósemki? Choć tego się nie dowiemy, paradoksalnie może okazać się, że kruchość lidera była dla „Miedziowych” i dla Piotra Stokowca czymś korzystnym. Dlaczego?

Otóż zwróciła uwagę na bardzo poważny problem. Jeśli Zagłębie chciało wygrywać, musiało być przygotowane na okoliczność, w której Filip Starzyński pauzuje na dłużej niż dwie-trzy kolejki raz na parę miesięcy. To oznaczało ostatnią szansę dla Jana Vlaski, której Słowak nie wykorzystał i bez większego żalu pożegnano się z nim. Wobec fiaska odsieczy słowackiej Stokowiec musiał obmyślić nowy plan, a może i znaleźć nowych wykonawców.

Na tę chwilę wydaje się, że o miejsce w składzie w roli najbardziej kreatywnego zawodnika w momencie nieobecności Starzyńskiego rywalizują dwaj zawodnicy. Są to Filip Jagiełło i Bartłomiej Pawłowski, obaj równie ciekawi, ale i niepozbawieni wad.

Pierwszy wciąż potrzebuje minut, żeby wejść na wyższy poziom, a poza tym wielokrotnie podkreślał, że najlepiej czuje się na pozycji numer osiem. Niemniej widać po nim ciąg na bramkę i przegląd pola, które to atuty z czasem powinny być jeszcze mocniejszą stroną wciąż zaledwie 20-letniego chłopaka. W lidze jest już od czterech sezonów i zgodnie z planem w każdym jest coraz lepszy. Na szczęście „wędka” od Oresta Lenczyka w ekstraklasowym debiucie nie zatrzymała jego rozwoju tak, jak niektórzy (w tym autor) się obawiali.

Już przed meczem z Górnikiem Jagiełło był na ligowych boiskach przez 432 minuty, w którym to czasie wykonał osiem kluczowych podań. W całej poprzedniej kampanii miał ich 17. Twardo stąpa po ziemi i widać, że ciężko pracuje, aby na stałe znaleźć się w wyjściowej jedenastce. Niewykluczone, że to nastąpi jeszcze w tym sezonie, choć na razie w hierarchii cofniętych pomocników przegrywa z Jarosławem Kubickim, a ostatnio na rozegraniu przy braku Starzyńskiego gra drugi z dzisiejszych bohaterów.

Z Bartłomiejem Pawłowskim jest dokładnie ten sam problem – to raczej zanikający obecnie typ skrzydłowego niż rozgrywający. Przynajmniej na razie, bo niewykluczone, że przy obecnej taktyce preferowanej przez Piotra Stokowca letni nabytek Zagłębia na stałe przestawi się na tę pozycję.

– Kiedy przychodziłem do Zagłębia trener poinformował mnie, że przewiduje dla mnie rolę skrzydłowego, ewentualnie będę grał na „dziesiątce”. Dzisiaj jestem „fałszywym” napastnikiem i nie jest to dla mnie zupełna nowość, bo grałem na tej pozycji, szczególnie w kadrach młodzieżowych. Nie mam więc zaległości taktycznych – mówił na oficjalnej stronie klubu Pawłowski.

Ze względu na swoją nominalną pozycję Pawłowski nie ma problemów z wejściem w drybling, za sprawą szybkich nóg i kleju przy butach bardzo dobrze mu to wychodzi. Najpierw jednak musi tę piłkę dostać, a z przyjęciem bywa, eufemistycznie mówiąc, średnio. Podejmowanie decyzji też momentami szwankuje, jak chociażby w wymęczonym zwycięstwie przeciwko Sandecji, gdy mógł zrobić z piłką wszystko, więc się kompletnie pogubił i zamiast dać lubinianom prowadzenie, kopnął w Michała Gliwę.

24-letni pomocnik w 394 minuty zdobył bramkę i miał 8 kluczowych podań. Podobnie jak Jagiełło ma też jedną asystę. Ale w jego grze podoba mi się jedna rzecz, której nie można dostrzec gdy na boisku jest Filip Starzyński. Mianowicie Pawłowski myśli o tym, żeby jak najszybciej przegrać piłkę do przodu, albo ją oddać i znaleźć się za parę chwil w polu karnym. Jeśli za sterami Zagłębia siedzi reprezentant Polski, plan ataku wygląda inaczej, gdyż Starzyński lubi zrobić jedno kółeczko, drugie kółeczko, jak wytrawny generał dokładnie ogląda pole bitwy i nie zawaha się zwolnić nieco tempa, żeby znaleźć otwarcie. W jego przypadku to działa, ponieważ dysponuje znakomitym przeglądem pola. Potrafi jednym zagraniem złamać całe ustawienie defensywy. W zeszłym sezonie miał aż 64 kluczowe podania (siódmy wynik w lidze), teraz już 11.

Pawłowski natomiast za sprawą swojego instynktownego ciągu na bramkę zostawia przestrzeń Jarosławowi Kubickiemu. Mini-renesans formy „Kebsiego” w ostatnich meczach nie jest przypadkowy. Pod Starzyńskim ma mniej miejsca, bo i defensywa jest bardziej zorganizowana i sfokusowana na dyrygenta Zagłębia. Kubicki jako jedna z pierwszych opcji odegrania musi krążyć w pobliżu „Figo” i w efekcie de facto sam się na tym boisku przydusza. Obok Pawłowskiego, który lubi być blisko szesnastki, defensywny pomocnik „Miedziowych” gra wyżej, czego efektem jest chociażby gol z Sandecją i pięć celnych strzałów w tym meczu (choć bramka padła już pod kadencją Jagiełły, który zresztą asystował „Kebsiemu” i również nie połyka przestrzeni jak Starzyński).

Były gracz m.in. Widzewa Łódź czy Lechii Gdańsk ma też jeszcze jeden atut, który powoduje, że Piotr Stokowiec na razie preferuje wystawiać go na pozycji numer 10 kosztem Filipa Jagiełły. Pawłowski dobrze wymienia się pozycjami z Patrykiem Tuszyńskim, który lubi czasem zejść trochę głębiej (byle nie do bocznego sektora, co ostatnio sobie upodobał, a sensu w tym nie widać) i być bardziej pod grą. Uniwersalny Pawłowski wtedy bez większych problemów wchodzi do ataku, gdzie też może zrobić użytek ze swojej dynamiki.

Pozycje Adama Matuszczyka i Jarosława Kubickiego wydają się być niezagrożone.

Pierwszy wprowadza do gry niezbędną solidność, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że może być lubińskim Joe Allenem, ekspertem ds. podań do boku i do tyłu, ale pod karą śmierci nie do przodu, a o prostopadłych można zapomnieć. To nic złego, jeśli były reprezentant Polski wywiązuje się ze swoich obowiązków bez zarzutu. Jeśli będzie zdrowy i ominie go nagły niespodziewany spadek formy, nie widzę podstaw do wymiany go w pierwszym składzie na Jakuba Tosika – oficjalnego rzecznika prasowego wśród piłkarzy. „Tosiu” ma zadatki na telewizyjnego eksperta i może powinien pomyśleć o tej ścieżce kariery, gdy już będzie się zbliżać do zawieszenia butów na kołku.

O Kubickim już wspomniałem – odżywa bez Starzyńskiego. Ale nie może być też tak, że przy zdrowym liderze Zagłębia uczestnik 22-letni pomocnik zamienia się w szarą myszkę. Musi znaczyć wtedy więcej, niż do tej pory. Znajdować sobie przestrzeń, a nie poddawać się ruchom batuty dyrygenta „Miedziowych”. Może i Kubicki nie ma tak wielkich inklinacji ofensywnych co Jagiełło, ale potrafi sobie poradzić w ataku. Trzeba go tylko uwolnić i to jest zadanie Piotra Stokowca na moment, w którym Starzyński wyzdrowieje.

Hierarchia pomocników jest na tę chwilę przejrzysta: Kubicki – Matuszczyk z tyłu jako 1 i 1a, Starzyński, Pawłowski, Jagiełło za kierownicą. Zadaniem dwóch ostatnich jest pokazać, że w razie wypadku (ów?) jest życie pod nieobecność Filipa Starzyńskiego. Oczywiście znacznie lepiej byłoby mieć do dyspozycji najdroższego zawodnika w historii klubu, ale… niestety wiadomo, jak bywa.

– Trochę ćwiczy, trochę nie. Ostatnio przeprowadzaliśmy próby, jak jego organizm reaguje na obciążenia. Filip przeszedł także badania lekarskie. Cały czas doskwierają mu bóle w okolicach mięśni brzucha. Rok temu nie podjęto decyzji o zabiegu, ale sprawa powraca. Być może jednak trzeba postawić na operację – mówił na łamach Przeglądu Sportowego Piotr Stokowiec.

Być może w dłuższej perspektywie lepszym ruchem będzie ostateczne rozwiązanie problemów zdrowotnych Starzyńskiego właśnie za sprawą operacji. Jeśli bez zabiegu dolegliwości mają powracać, to raczej nie ma sensu leczenie zachowawcze, zwłaszcza że wymaga ono dłuższego okresu pauzy i wiąże się z większym ryzykiem odnowienia przypadłości, z czym mamy do czynienia obecnie. Więc kto wie, czy na wzór sportów amerykańskich nie warto wyłączyć Starzyńskiego, dać mu dojść w spokoju do pełni zdrowia i cieszyć się jego grą po powrocie do optymalnej dyspozycji. Lider Zagłębia wciąż ma dopiero 26 lat i przed nim co najmniej sześć-siedem kolejnych sezonów gry na wysokim poziomie, zatem trzeba sobie zadać pytanie, czy sukces na teraz, na ten sezon jest ważniejszy od perspektywy długofalowej. Zwłaszcza, że trener „Miedziowych” wydaje się być gotowy na taką ewentualność.

– Nie mam w zwyczaju narzekać, że nasi ważni piłkarze mają problemy (…) trzeba pracować i tyle. Widocznie nie jest z tym naszym Zagłębiem aż tak źle, skoro w niedzielę gramy być może nawet o lidera – dodał w PS Stokowiec.

Czego można spodziewać się po dzisiejszym meczu? Jak pisałem już przed startem sezonu, nie jestem optymistą, ale wtedy nie wiedziałem jeszcze, jak imponujący może być Górnik. Pojedynek Alana Czerwińskiego z Rafałem Kurzawą zapowiada się niezwykle interesująco, bo obaj panowie będą bez wytchnienia biegać w tę i z powrotem. Oczywiście korespondencyjne starcie Igora Angulo z Jakubem Świerczokiem również jest argumentem za tym, żeby o 15:30 zasiąść na stadionie bądź przed telewizorami. No i nie można zapomnieć o środku pola, gdzie bryluje niestrudzony Szymon Żurkowski. Szkoda, że z powodu nadmiaru żółtych kartek zabraknie Macieja Ambrosiewicza, ale Szymon Matuszek też zazwyczaj nie schodzi poniżej pewnego poziomu.

To może być spotkanie podobne do meczu Górnika ze Śląskiem, tylko że spodziewam się po Zagłębiu lepszego ograniczenia atutów graczy z Zabrza. Lubinianie wydają się mieć kontrę na każdego wyróżniającego się piłkarza beniaminka, a nie jestem przekonany, czy Mateusz Wieteska i Dani Suarez będą w stanie powstrzymać Jakuba Świerczoka i Patryka Tuszyńskiego. Co prawda współpraca tych dwóch napastników wciąż się układa, ale może w przerwie reprezentacyjnej weszła na wyższy poziom.

Zagłębie tradycyjnie nie rozegrało w czasie wolnym od ligi meczu sparingowego. Zamiast tego znów były testy, badania, analizy. Tyle że… brązowi medaliści sprzed dwóch sezonów nie za dobrze radzą sobie z powrotem do ligowego grania. Ostatni raz lubinianie wygrali mecz po przerwie reprezentacyjnej w kwietniu… 2016 roku, pokonując u siebie Piasta Gliwice 4:1. Od tego czasu zanotowali jeden remis i cztery porażki, a gdyby sięgnąć do wszystkich takich spotkań po powrocie do Lotto Ekstraklasy bilans nie staje się lepszy, bowiem dochodzą dwa podziały punktów i jedna przegrana. Czy zatem przeciwko Górnikowi zespół Stokowca przełamie złą passę? Remis przeciwko wiceliderowi będzie dobrym wynikiem.

Przewidywany skład: Polacek – Guldan, Kopacz, Jach – Czerwiński, Balić – Matuszczyk, Kubicki, Pawłowski – Tuszyński, Świerczok.

W poszukiwaniu planu B

Już na starcie muszę się do czegoś przyznać i proszę nie oceniać mnie po samej tezie, bo zdaję sobie sprawę z tego, że jest dość kontrowersyjna.

Po cichu miałem nadzieję, że uraz Alana Czerwińskiego okaże się trochę bardziej poważny. Nie jakoś przesadnie, bowiem wahadłowy KGHM Zagłębia Lubin jest w trakcie świetnego początku sezonu i kibicuję mu, żeby utrzymał tę znakomitą dyspozycję jak najdłużej. Nie życzę mu źle, ponieważ za jakiś czas może zostać najlepszym prawym obrońcą w lidze (bo dlaczego nie? Patrząc na konkurencję, jest to dość realne), ale liczyłem, że akurat spotkanie z Wisłą Płock go ominie. Jedno by wystarczyło, potem oczywiście mógłby i bez cienia wątpliwości powinien wrócić do wyjściowego składu Zagłębia.

Już tłumaczę, o co mi chodzi.

Tak, jak w drugiej kolejce LOTTO Ekstraklasy czerwona kartka Jakuba Tosika dość niespodziewanie otworzyła drzwi jednemu z najgroźniejszych ustawień w lidze, tak uraz Czerwińskiego mógłby dać odpowiedź na pytanie – co w momencie, gdy ktoś w końcu to 3-4-1-2 rozgryzie?

Nie wyobrażam sobie Aleksandara Todorovskiego na prawej stronie obrony w roli wahadłowego, to przyniosłoby tylko zapomnianą już w Lubinie dawkę frustracji. Macedończyk grał w pierwszych dwóch kolejkach i powiedzmy sobie szczerze, że nie był najmocniejszym punktem zespołu. Szybko zluzował go Czerwiński i na tę chwilę rywalizacji na tej pozycji na dobrą sprawę nie ma. 24-letni defensor jest właśnie jakieś 24 razy lepszy od „Todora”, którego czas w tym zespole dobiega chyba końca. Jego kontrakt wygasa w grudniu i myślę, że poważnie trzeba będzie się zastanowić nad tym, co jeszcze może Zagłębiu dać blisko 34-letni gracz.

Chyba już na dobre trener Piotr Stokowiec przesunął do roli defensywnego pomocnika Jakuba Tosika. Oczywiście w razie potrzeby „Tosiu” jest w stanie wystąpić na prawej flance, ale znowu pojawia się kwestia efektywności – czy Tosik jako wahadłowy potrafiłby dać w ofensywie wystarczająco dużo? Może i tak, ale chyba wolałbym się nie przekonywać.

Po lewej stronie sytuacja jest bardziej klarowna, bowiem tam zarówno Daniel Dziwniel i Sasa Balić udowodnili już, że ta kluczowa dla systemu 3-4-1-2 rola nie jest im straszna. Obaj mogą bez większych problemów zapędzać się do przodu, jednocześnie oferując solidność w defensywie. Co prawda po meczach z Lechem, Wisłą K. I Legią może trzeba postawić mały znak zapytania przy Dziwnielu, ale na razie optymistycznie załóżmy, że to tylko chwilowy spadek dyspozycji. Rywalizacja z Czarnogórcem powinna mu wyłącznie pomóc.

Dobrze, wracamy do tematu. Na tę chwilę nie widzę systemu gry, który w razie rozpracowania 3-4-1-2 regularnie przynosiłby bramki. Kontuzja Czerwińskiego mogłaby zmusić Piotra Stokowca do wdrożenia planu B, innego wariantu, który ma w zanadrzu. Mogłaby, ale oczywiście istnieje też opcja pchania wszystkiego głównie przez lewą stronę w nadziei, że to wystarczy. Załóżmy, że szkoleniowiec Zagłębia nie jest aż takim ryzykantem i przeanalizujmy dostępne opcje. Przez „dostępne” w żadnym wypadku nie można automatycznie rozumieć „możliwe do zrealizowania”.

1. Wracamy do ustawienia ze skrzydłowymi.

To najbardziej prawdopodobny wariant, ale i taki, który już w Zagłębiu widzieliśmy. Przez lata. W tym sezonie potrzeba byłoby czegoś nowego, czegoś świeżego. Nie tylko wejścia z piłką w boczny sektor boiska i szukania dośrodkowania albo odegrania do wchodzącego na obieg obrońcy/wycofania do środka. To raczej się nie sprawdzi, czego przykład mieliśmy w pierwszym meczu sezonu przeciwko Koronie Kielce. Tam Zagłębie zostało stłamszone, podopieczni Gino Lettieriego skutecznie zamykali wszelkie opcje rozegrania piłki i tylko boiskowe cwaniactwo Bartłomieja Pawłowskiego pozwoliło lubinianom zdobyć w Kielcach trzy punkty. Czasy polegania na szybkości Krzysztofa Janusa, kolejnego zawodnika będącego raczej bliżej niż dalej końca przygody w Lubinie muszą być już czasami zamierzchłymi. Jeżeli Janus nie przemodeluje swojej gry [a) najpierw musiałby znaleźć formę; b) w tym wieku to chyba niemożliwe], to raczej nie dostanie od Piotra Stokowca zbyt wielu minut.

Największymi beneficjentami tego rozwiązania mogą być Kamil Mazek i Bartłomiej Pawłowski. Obaj reprezentują ten sam model skrzydłowego, chyba nieco wymierający w dzisiejszym futbolu, choć to temat na zupełnie inny wpis. Zarówno Mazek, jak i Pawłowski dysponują znakomitym dryblingiem, jak i świetną szybkością. Potrafią nie tylko w błyskotliwy sposób ograć przeciwnika, ale i zostawić go na pośmiewisko na kilku metrach. Za tymi próbami jak ponury żniwiarz idzie ryzyko straty, ale czasami to ryzyko jest warte nagrody w postaci bramki bądź, jak to było w przypadku Pawłowskiego w Kielcach, rzutu karnego zamienionego na gola.

Zdecydowanie większym uznaniem trenera Stokowca cieszy się ten drugi, a obecny status Kamila Mazka jest bliżej nieznany. 23-latek ostatni mecz zagrał w trzecioligowych rezerwach, a było to ponad miesiąc temu. Dostał 45 minut przeciwko Lechii Dzierżoniów, zdobył bramkę i słuch o nim zaginął. Nie ma tematu kontuzji, w lipcu skrzydłowy mówił na łamach „Przeglądu Sportowego”, że cierpliwie czeka na swoją szansę. – To oczywiste, że chcę grać i mocno wierzę, że za chwilę nadejdzie ten moment – deklarował w lipcu. Mamy wrzesień, a ta chwila nie nastąpiła. Czy jeszcze nadejdzie? W tej chwili jest to zależne od kilku czynników, bo Mazek na pewno nie jest wysoko w hierarchii szkoleniowca Zagłębia.

PA5_0083

Kamil Mazek w jedynym występie w tym sezonie (fot. Lubin.pl)

Co innego Pawłowski, któremu Stokowiec zaufał w roli jokera. Na razie odpłacił się głównie wspomnianym karnym przeciwko Koronie i kilkunastoma zepsutymi przyjęciami piłki. Ale w porównaniu do Mazka, niespełna 25-letni zawodnik przynajmniej ma pewne miejsce na ławce rezerwowych i jest brany pod uwagę w kontekście pojawiania się na boisku chociaż na kilkanaście minut. W ostatnich trzech spotkaniach zagrał łącznie 81 minut. Gdyby Stokowiec zdecydował się powrócić do gry skrzydłowymi, Pawłowski zapewne wyszedłby w pierwszym składzie.

Czy po przeciwległej stronie znalazłby się Łukasz Janoszka? Bardzo możliwe, ponieważ to gracz, którego Piotr Stokowiec bardzo lubi ze względu na wszechstronność. Janoszka dawno przestał być typowym skrzydłowym. Preferuje zejścia do środka, otwieranie flanki dla obrońcy i stwarzanie przewagi liczebnej przed polem karnym. Dysponuje dobrym uderzeniem z dystansu (czyt. typowe ekstraklasowe „potrafi uderzyć”), umie też wykończyć dośrodkowanie strzałem głową. Nie raz i nie dwa pokazywał, że kreatywność i niekonwencjonalne zagrania są jego mocną stroną. „Ecik” rozumie się z Filipem Starzyńskim i potrafi z nim współpracować. Brakuje mu przebojowości, którą mają Mazek i Pawłowski, ale mógłby być takim ying dla ich yang. Wprowadzić nieco balansu i spokoju do gry. Czasami to też jest potrzebne.

Reasumując ten wywód – zostałem zapytany na Twitterze, czy w Zagłębiu jest miejsce dla skrzydłowych. Oczywiście, że jest, tylko muszą nadejść ku temu odpowiednie okoliczności. Na razie wszyscy zachwycają się tym kosmicznym wynalazkiem, jakim jest gra z wahadłowymi. Odnoszę jednak wrażenie, że prędzej niż później Piotr Stokowiec zdecyduje się odkurzyć swoich bocznych pomocników. Nadejdzie moment, w którym trzeba będzie rozerwać szeregi przeciwnika czymś innym, otworzyć sobie wolną przestrzeń pojedynkiem jeden na jeden. Nawet jeśli miałoby to mieć miejsce w jednym czy dwóch spotkaniach. Na przykład przeciwko Sandecji czy Górnikowi Zabrze. A jeśli nie…

2. Gramy bez skrzydłowych, ale za to z czterema środkowymi pomocnikami.

I tu trzeba poruszyć dwie kwestie. Po pierwsze: Zagłębie próbowało już kiedyś w ten sposób zaskoczyć przeciwnika i delikatnie mówiąc, doszło wtedy do kompromitacji. Lubinianie grali dwa lata temu z Piastem w Gliwicach. To był ten wspaniały sezon Piasta, w którym myśleliśmy, że mogą zdobyć mistrzostwo kraju.

Skład „Miedziowych” w tym meczu pokazuje, jak długą drogę można przejść w zaledwie 24 miesiące. Forenc – Todorovski, Guldan, Dąbrowski, Cotra – Ł. Piątek, Kubicki, Rakowski, Vlasko – K. Piątek, Papadopulos. Nikt nie chciałby wrócić do tych czasów. Pomyśleć, że w takim zestawieniu personalnym można było sięgnąć po brązowy medal LOTTO Ekstraklasy…

Na grę Zagłębia w tym meczu nie dało się patrzeć. System zawiódł całkowicie, brakowało ładu i składu. Vlasko i Rakowski, dwaj piłkarze nie słynący z dynamiki musieli zajmować zarówno centralne, jak i boczne sektory boiska. W efekcie nie było ich ani tu, ani tu. Piłka chodziła wolno, a powinna krążyć jak po sznurku i kończyć się prostopadłym podaniem do napastników. Nie, wtedy piłkarze preferowali CAŁKOWITE POMINIĘCIE czwórki środkowych pomocników i popularną lagę na Papadopulosa. Drugą częścią planu było słynne „się zobaczy”.

Teraz mogłoby to wyglądać inaczej. Na kierownicy jest Filip Starzyński, który choć ostatnio nieco człapie, to wciąż ma więcej jakości piłkarskiej niż Vlasko i Rakowski razem wzięci. Jednym zagraniem potrafi otworzyć defensywę rywali, tylko potrzebuje do tego dyspozycji od trenera. W tym sezonie częściej pełni rolę podajnika niż kreatora, ale oczywiście nie można nie zauważyć groźnych prób strzałów z dystansu. Mimo wszystko wydaje mi się, że powinien co jakiś czas uruchomić niekonwencjonalnym zagraniem Świerczoka, który przecież znakomicie potrafi się odnaleźć w polu karnym.

Obok Starzyńskiego byłby Filip Jagiełło, który z każdym kolejnym meczem wygląda coraz lepiej. Zdobywa także cenne doświadczenie w kadrze młodzieżowej, z tego można się wyłącznie cieszyć. Jagiełło nadal momentami ma problemy z podejmowaniem odpowiednich decyzji, ale czasami potrafi popisać się zaskakującym dryblingiem czy ciekawym podaniem. Musi brać na siebie więcej odpowiedzialności, a w takim systemie byłoby to możliwe i pozbawione aż tak fatalnych konsekwencji jak w ustawieniu z trójką pomocników.

Wszystko to za sprawą zabezpieczenia w postaci Jarosława Kubickiego i… Adama Matuszczyka. Nie ukrywam, że ten pomysł przyszedł mi do głowy właśnie ze względu na „uwolnienie” byłego reprezentanta Polski. Wyobrażam sobie, że Matuszczyk w tym wariancie gry nie tylko jest kluczowym graczem w destrukcji, ale również i inicjatorem poczynań ofensywnych. Pytanie tylko, gdzie jest Adam Matuszczyk?

maxresdefault-1

Tak wygląda Adam Matuszczyk (fot. mkszaglebie.pl)

Według informacji Radia Wrocław, 28-letni pomocnik wraca do pełni formy. Po tym, jak otrzymał całe siedem minut przeciwko Termalice słuch o nim zaginął. Słyszałem różne plotki na jego temat, łącznie z tym, że był niezadowolony z pominięcia go przy ustalaniu składu na mecz Pucharu Polski i teraz ma na pieńku z Piotrem Stokowcem. Miałby też ponoć myśleć o rozwiązaniu kontraktu. To jednak wyłącznie domysły i spekulacje. Fakty są takie, że po epizodzie w Niecieczy, Matuszczyk dwukrotnie wystąpił w spotkaniach rezerw, ale podobnie jak w przypadku Mazka było to miesiąc temu. Od tego momentu ani razu nie znalazł się w meczowej osiemnastce pierwszej drużyny i nie grał w rezerwach.

Zagłębie nie ma w zwyczaju wypuszczania informacji na temat stanu zdrowia swoich zawodników, jeżeli nie doznają urazów w trakcie treningów. Trener Łukasz Smolarow podkreślał jednak w przedmeczowej zapowiedzi, że wszyscy są zdrowi. Dlaczego zatem Matuszczyk nie cieszy się choćby minimalnym zaufaniem szkoleniowca „Miedziowych”, który wolał do Warszawy zabrać dwóch zawodników mogących grać na prawej obronie, zamiast mieć dodatkowy wariant do środka pola? Tego nie wiem, ale jeżeli dziś znów nie pojawi się w kadrze na mecz, zapytam o tą dziwną sytuację trenera Stokowca.

3. Ustawienie bez skrzydłowych, bez wahadłowych, ale za to z trzema pomocnikami i… trzema napastnikami.

Oczywiście to na 99% nigdy się nie wydarzy, ale wyobraźmy sobie chaos, jaki by powstał, gdyby rzeczywiście do tego doszło. Potencjalne ustawienie Polacek – Czerwiński, Guldan, Jach, Dziwniel/Balić – Kubicki, Jagiełło, Starzyński – Świerczok, Woźniak/Tuszyński, Buksa mogłoby siać spustoszenie w szeregach rywali. Długa piłka na wysokiego Buksę albo dobrze grającego w powietrzu Woźniaka i po zgraniu mamy nawet siedmiu graczy gotowych do ataku, w tym co najmniej trzech w polu karnym. Każdy z nich potrafi wykreować sobie przestrzeń do strzału, na każdego trzeba uważać. W szesnastce zrobiłby się ogromny tłok, a doskonale wiadomo, jak polskie zespoły radzą sobie z zamieszaniami. Czegoś takiego Ekstraklasa jeszcze nie widziała, to byłoby spełnienie marzeń Piotra Świerczewskiego, tylko że w wydaniu 90 minutowym. Chciałbym to zobaczyć chociaż w jakimś sparingu. Inaczej będę miał poczucie pewnej pustki.

***

Wypadałoby poświęcić parę słów dzisiejszemu rywalowi. Czy Zagłębie Lubin powinno się obawiać Wisły Płock? Ostatnie kilka kolejek pokazuje, że zdecydowanie nie. Natomiast ligowa historia dowodzi, że zdecydowanie tak. Prawda tradycyjnie leży pośrodku, więc niech stanie na trochę, ale nie za bardzo. Drużyna prowadzona przez duet trenerski Brzęczek-Furman ma najgorszą ofensywę w lidze. Ale trudno było spodziewać się czegoś innego, skoro pierwsza trójka napastników w rotacji tak bardzo uwielbia marnowanie dogodnych sytuacji. Tylko trzy bramki w siedmiu spotkaniach, a trzeba podkreślić, że Wisła przyjeżdża na stadion, w którym goście jeszcze nie mieli okazji cieszyć się z bramek. W meczowej osiemnastce zabraknie Semira Stilicia, więc najgroźniejsze punkty płocczan to oczywiście trener Furman oraz Giorgi Merebaszwili, który lubi strzelać gole Zagłębiu. Również ze względu na niego skłaniałbym się ku wystawieniu Balicia na lewej stronie obrony. Przydałby się ktoś, kto by szybko ustawił Gruzina do pionu, a prędzej zrobi to Czarnogórzec niż Dziwniel.

Patrząc na kadrę Wisły próżno szukać wyróżniających się zawodników, na papierze każda pozycja wydaje się być lepiej obstawiona przez piłkarzy Zagłębia. Zatem dlaczego lubinianie przegrali trzy z pięciu ostatnich spotkań, w tym oba mecze domowe? Z płocczanami zawsze grało się lubinianom trudno, to jeden z tych przeciwników, który zawsze sprawia problemy, ale nie wiadomo, z jakiego powodu. Nawet to zwycięstwo 2:1 w grupie spadkowej było wymęczone. Punkty uratował świetny w tamtym meczu Jakub Tosik. Pamiętam także dobry występ Kamila Mazka, który był wręcz nie do zatrzymania przez obrońców Wisły.

Podsumowując – słaba i bezzębna Wisła jedzie na teren wicelidera, który u siebie jeszcze nie przegrał i nie stracił bramki. W zespole owego wicelidera wszyscy są zdrowi i gotowi do gry, a kilka zespołów w lidze myśli o wykorzystaniu jego taktyki. To się musi skończyć zwycięstwem drużyny Jerzego Brzęczka, prawda?

Kontekst obranej drogi

– Nie jesteśmy zobligowani do narzucania sobie celów wynikowych. Jesteśmy klubem, który stabilnie się rozwija – mówił tuż po wygranym 3:0 meczu z Wisłą Kraków trener Zagłębia Lubin Piotr Stokowiec. Te słowa tkwią mi w głowie od poniedziałkowego spotkania i nie mogę uciec od wrażenia, jak wiele w tym przypadku zależy od kontekstu.

Jakże inaczej słucha się o stabilnym rozwoju, gdy po dobrym meczu (zwłaszcza w drugiej połowie!) „Miedziowi” wygrywają i zasiadają na fotelu lidera. Zupełnie inaczej niż, dajmy na to po kwietniowej przegranej 3:4 z Jagiellonią Białystok. Co wtedy mówił trener lubinian?

 – Obojętnie czy my w tej górnej ósemce będziemy czy nie, nie zejdziemy z obranej drogi. Nie mówię tu o sprawach wynikowych.

Na dobrą sprawę jest to tylko kwestia doboru słów do sytuacji, lecz mają ono to samo znaczenie. Tylko w przypadku wypowiedzi po porażce z drużyną prowadzoną wtedy przez Michała Probierza większość kiwała głowami, bo powoli zaczynała mieć dosyć powtarzania jak mantry zbitki „nie zejdziemy z obranej drogi”. Gdyby Stokowiec powiedział to samo po pewnym triumfie nad Wisłą reakcje byłyby zgoła inne. Uznalibyśmy, że świetnie, niech Zagłębie trzyma się tej swojej mitycznej drogi jak najdłużej. W końcu w porównaniu do kwietnia teraz wszystko działa. Problemu nie ma.

To dość zabawne, że okoliczności decydują o tym, jak odbieramy te same słowa. Piotra Stokowca można odbierać różnie, bo to niezwykle ciekawa postać na ekstraklasowej scenie. Niektórych (w tym i autora) przez długi czas irytowało wysłuchiwanie na każdej pomeczowej konferencji formułek, które wyglądały na wyuczone. „Stworzyliśmy dobre widowisko”. „Nie zejdziemy z obranej drogi”. „Wprowadzamy do gry młodzież, możemy być dumni, bo mało kto w Polsce tak pracuje z młodymi zawodnikami”. W kółko to samo, tak jakby te wypowiedzi stanowiły pole siłowe, którym trener Zagłębia otaczał się w trakcie bardzo słabego finiszu rundy wiosennej sezonu 2016/17. „Dlaczego pańscy piłkarze nie stwarzają zbyt wielu okazji bramkowych” – pytają dziennikarze. „Myślę, że mimo wszystko to było dobre widowisko” – odpowiadał trener.

A teraz? Nie ma już obaw o przygotowanie fizyczne, bo piłkarze wyjściowego składu oraz kluczowi rezerwowi są w stanie harować przez 90 minut (a w przypadku Arkadiusza Woźniaka i Alana Czerwińskiego) nawet przez 180, gdyby zaszła taka potrzeba). Nie ma obaw o sytuacje podbramkowe, bo w polu karnym stoi zazwyczaj Jakub Świerczok, którego piłka szuka jakby była pociskiem samonaprowadzającym. W końcu nie ma obaw, że obrana droga prowadzi do spadku i kolejnego okresu stagnacji, bo wystarczy zobaczyć na tabelę. Dziś „lubińską szkołę futbolu”, o której można przeczytać na łamach Przeglądu Sportowego powinien odwiedzić Jacek Magiera. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, trener mistrza Polski może się od Piotra Stokowca i Zagłębia Lubin czegoś nauczyć. Zwłaszcza, że teraz przed nim bardzo ciężki okres.

Wydaje się, że w Lubinie mają już za sobą (dywagacje na temat tego, czy na dobre, pozwolę sobie zostawić na inny termin) to, co na przestrzeni ostatniego miesiąca i w najbliższej przyszłości będzie działo się w Warszawie. Te kluby na dobrą sprawę różnią się miejscem na piłkarskiej osi czasu i pieniędzmi, jakie weszły w grę.

W lipcu zeszłego roku Zagłębie było ukochanym dzieckiem Ekstraklasy. Oczyszczony (choć oczywiście nie do końca) z piłkarskich pozorantów klub zdobył właśnie brązowy medal mistrzostw Polski i wyeliminował Partizan Belgrad po dramatycznym dwumeczu. W lidze szedł jak taran, ogrywając chociażby Lecha w Poznaniu, co przecież zdarza się dość rzadko. I przyszedł słaby dwumecz z SonderjyskE, a po nim zaczęła się podróż w sferę ligowej przeciętności. Zagłębie zrywami starało się pokazać wiosenno-letniego ducha, ale po pięknym okresie pierwszej połowy 2016 roku przyszły smutna jesień i długa, mroźna zima, a odwilż nastąpiła dopiero w dolnej ósemce.

Entuzjazm został zastąpiony przez frustrację. Filip Starzyński nie był już królem ligowych muraw, Martin Nespor coraz bardziej przypominał Darvydasa Sernasa, a Aleksandar Todorovski nadal uparcie wrzucał piłkę z prawego skrzydła w kierunku stoperów przeciwnika. Kamil Mazek, który miał wprowadzić nieco życia w zastygłe w lawie skrzydła Zagłębia (patrzę tu w kierunku Krzysztofa Janusa) stał się niczym więcej niż spadającą gwiazdą – imponującą na początku, a potem zupełnie niewidoczną. Można wymieniać dłużej, ale nie ma takiej potrzeby. I podchodząc do sezonu 2017/18 w przypadku lubińskiego klubu znowu było więcej pytań niż odpowiedzi.

Zagłębie nie zeszło z obranej drogi, ale musiało zjechać do pit-stopu na wymianę części. To było oczywiste. I, przynajmniej po sześciu kolejkach tego sezonu, można uznać że nawet bez głównego mechanika (czyt. dyrektora sportowego) udało się dobrać odpowiednie komponenty, żeby znów ruszyć w trasę z pełną prędkością. Do klubu dołączyli Alan Czerwiński, Bartosz Kopacz, Jakub Świerczok, Bartłomiej Pawłowski, Adam Matuszczyk, Patryk Tuszyński i Sasa Balić. Pierwsza trójka już wniosła do gry zespołu bardzo dużo, a czwarty i piąty w limitowanych minutach pokazali, że wcale nie muszą być rezerwowymi. Wciąż czekamy na Matuszczyka (o nim nieco później) i debiut Tuszyńskiego. Są wyniki, jest lider, można się cieszyć.

To samo czeka zimą Legię, bo raczej w ciągu pięciu dni nie uda się poukładać klocków i znaleźć zastępców. Ale są cztery miesiące, żeby po fatalnym występie w europejskich pucharach wyczyścić szatnię z ludzi za słabych na reprezentowanie mistrza Polski. Tylko trzeba w końcu mieć plan, bo na łapu capu sukces będzie tymczasowy i krótkotrwały.

Wiosną warszawski klub z Vadisem Odjidją-Ofoe za sterami sięgnął po mistrzostwo kraju i wydawało się, że drużyna Jacka Magiery musi przejść tylko kosmetyczny lifting, żeby wrócić do Ligi Mistrzów. Ale Belg odszedł, a zastępcy nie znaleziono (zakładam nawet, że w trakcie tej sagi z transferem VOO nie bardzo szukano, skoro przyszedł w jego miejsce niegotowy Christian Pasquato). Sprowadzono pół napastnika (Sadiku) w miejsce dwóch (Nikolić, Prijović). Doszły kontuzje, doszły frustracje, rywale zaczęli obnażać kunktatorstwo i brak pomysłu. Okazało się, że „jakoś to będzie” to nie jest dobra strategia na podbój Europy. Legia została zweryfikowana przez Kazachstan i Mołdawię. Wygrywam otwarte mistrzostwa Polski w eufemistycznych truizmach pisząc, że nie tak to miało wyglądać.

Ale Legia może się pozbierać, podążając modelem Zagłębia. Tylko że w przeciwieństwie do lubinian nie ma komfortu przerwy wakacyjnej (jakkolwiek krótka by ona nie była, panie Kucharczyk). Ten atut sama wybiła sobie z rąk, działając pospiesznie oraz bez ładu i składu, wierząc że będzie dobrze. Można było szukać wzmocnień na lato już zimą (za wzmocnienia trudno uznać Necida oraz Chimę Chukwu). Teraz warszawski klub będzie cierpieć na wielu frontach, głównie w aspekcie finansowym, bo patrząc na poziom Ekstraklasy sportowo może pozbierać się dość szybko. Jacek Magiera jest człowiekiem rozsądnym, pokornym – nie zdziwi mnie, jeśli po niedzielnym meczu zapyta Piotra Stokowca o to, jak bez dobrego dyrektora sportowego można przebudować drużynę i z pomocą czasu przezwyciężyć kryzys. Choć z pewnością znajdą się kibice Legii przeświadczeni o tym, iż ich klub jest tak potężny, że nie powinien się od nikogo w Polsce uczyć, to jest to nieprawda. Warto skorzystać z lekcji, które zostały już odrobione przez kogoś innego. Zwłaszcza, jeśli w niedzielę okaże się, że ten ktoś właśnie zdobył na stadionie przy Łazienkowskiej komplet punktów.

Choć bukmacherzy uważają inaczej, to można skłaniać się ku tezie, że Zagłębie jest nieznacznym faworytem spotkania kończącego 7. kolejkę LOTTO Ekstraklasy. Piotr Stokowiec lubi grać przeciwko Legii, Zagłębie w większości spotkań wyglądało na tle mistrza Polski bardzo dobrze i to niezależnie od kadry, którą dysponuje. Lubinianie zawsze wychodzą na boisko z agresywnym nastawieniem, preferując wysoki pressing i uniemożliwianie rywalom spokojnego budowania akcji. Starcia obu drużyn od paru lat stoją na wysokim, wyrównanym poziomie. Patrząc na ostatnie kilka spotkań możemy być pewni, że „Miedziowi” są gotowi na kolejną rundę. Piłka znajduje się po stronie rozbitego rywala. Czym odpowie Legia?

Pod znakiem zapytania stoją występy tak wielu ważnych dla Jacka Magiery zawodników, że na tę chwilę prawidłowa odpowiedź brzmi: nie wiadomo. Czy w obronie wyjdzie duet Astiz-Jędrzejczyk? Na lewej stronie obrony Łukasz Moneta, w pomocy Hildeberto, w ataku Jarosław Niezgoda? Czy to możliwe, że w niedzielę mistrz Polski przegra z dziewiątą drużyną ubiegłego sezonu również na papierze? Im dłużej się zastanawiam, tym bardziej wydaje się to możliwe.

Wszystko obraca się wokół teorii, ale teoretycznie Alan Czerwiński i Daniel Dziwniel powinni hulać na wahadłach, a zwłaszcza świetnie dysponowany prawy obrońca ma przed sobą dość korzystny „matchup”. Były defensor GKS-u Katowice ma naprawdę fenomenalny start do sezonu i jeśli podtrzyma formę, to naprawdę może zatrzymać się dopiero w reprezentacji Polski. Dlaczego nie? Dysponuje dobrą szybkością, nie boi się pojedynków biegowych. Wydolność to jego największy atut, ale nie można mu też odmówić boiskowej mądrości. Potrafi ocenić szanse na powodzenie akcji, robi to lepiej niż Dziwniel, którego wciąż ogranicza nieco zbytnia fantazja. Czerwiński to na tę chwilę zawodnik bardziej efektywny, bo choć obaj mają dobre dośrodkowania i niepodważalne inklinacje ofensywne, po lewym wahadłowym Zagłębia widać momentami, że za bardzo się zapędza. Ten mankament, pozostawiony Dziwnielowi w spadku przez Djordje Cotrę można wyeliminować. A jeśli nie, to w odwodzie jest Sasa Balić.

Losy tego meczu mogą się rozstrzygnąć właśnie na skrzydłach, bo w środku spodziewam się zaciętej walki o przestrzeń. Jarosław Kubicki i Filip Jagiełło miewają problemy z przesuwaniem piłki do przodu (czyt. podaniem otwierającym możliwości Filipowi Starzyńskiemu), przez co akcje Zagłębia tracą czasem na szybkości. Jednak, jak słusznie zauważył w trakcie meczu z Wisłą Kraków nieoceniony Michał Zachodny, gdy piłka dociera już do rozgrywającego lubinian, dzieje się sporo dobrego. Jeśli Magiera postawi na duet Mączyński-Moulin, zamiast chociażby na wracającego powoli do formy Tomasza Jodłowca, Zagłębie może znaleźć miejsce także i w środku pola.

Interesująco w kontekście tego spotkania wygląda współpraca na linii Arkadiusz Woźniak – Jakub Świerczok. To duet, który powinien się bardzo dobrze uzupełniać, choć sława i chwała nie będą rozdzielane po równo. Wychowanek Zagłębia wykonuje na placu gry mnóstwo ciężkiej, wręcz mrówczej pracy. Na murawie jest go pełno, szuka różnych luk w ustawieniu rywala, żeby stworzyć okazję do strzału. Nie boi się nikogo, walczy o każdą piłkę i dlatego, choć w schemacie Stokowca jest niezwykle ważną postacią, często pomija się jego wkład w boiskowe wydarzenia. Jego gra nie przyciąga uwagi widzów ze względu na swoją prostotę i efektywność przedłożoną nad fajerwerki. Od tego są inni, choć trzeba Woźniakowi oddać, że czasami sam próbuje zagrać niekonwencjonalnie (niestety z różnym skutkiem). Jednak jego rola sprowadza się zasadniczo do bycia spoiwem łączącym wszystko w całość drobnymi rzeczami. Od zagrań pięknych i wielkich są inni, jak na przykład Jakub Świerczok.

Były napastnik GKS-u Tychy jest pierwszym zawodnikiem od dawna, który w sześciu premierowych spotkaniach dla Zagłębia zdobył cztery bramki. Oczywiście nie wykorzystuje wszystkich okazji, bo gdyby tak było, to nie stawiałby kolejnego kroku w karierze w Lubinie. Trzeba przyznać, że pasuje do stylu gry preferowanego przez Piotra Stokowca swoją pazernością, a także pewnym pierwiastkiem bezczelności. Ma o sobie wysokie mniemanie, ale na razie trzyma je w ryzach i wykorzystuje je dla dobra zespołu. Starcie w Warszawie będzie dla niego bardzo dobrym testem – granie na stoperów mistrza Polski przeciwko wypełnionej Żylecie powinno podziałać mobilizująco. Świerczok może stać się doborowym żołnierzem Stokowca, ponieważ podobnie jak trener Zagłębia ma w sobie potrzebę udowadniania czegoś innym. To miecz obosieczny, ale gdy wszystko działa tak jak należy, nie można skupić się na pozostałych bohaterach.

A zatem wahadła zabiegają rywali, w środku pomocy trwa batalia o uwolnienie Starzyńskiego, Woźniak przytrzymuje drzwi, żeby mogli wejść pozostali, z niezdejmującym butów w gościach Świerczokiem na czele. Obrona pilnuje, żeby buksująca kołami w błocie ofensywa Legii nie wyjechała z lasu, a Martin Polacek zostaje na linii, gdzie jest jego królestwo. Co może pójść nie tak?

Wszystko, bo to polska Ekstraklasa. Zagłębie powinno w niedzielę wygrać, ale przecież Legia powinna też ograć Astanę, a Sheriffa to już w ogóle przeżuć, wypluć i zapomnieć. W sporcie, a zwłaszcza w naszym rodzimym futbolu częściej rzeczy dzieją się nie dlatego, że powinny, a właśnie dlatego, że nikt się ich nie spodziewa. To właśnie dlatego mam sporo obaw co do tego spotkania. Nawet jeśli wszystko wskazuje na jedno, może wydarzyć się zupełnie co innego.

***

Zostawiając niedzielne spotkanie z tyłu, przechodzimy do czegoś, co chciałbym robić przed każdą kolejką. W tydzień może pojawić się sporo pytań dotyczących klubu i kwestii, które warto poruszyć, a niekoniecznie związanych z wydarzeniami boiskowymi. Jeśli tylko będzie wystarczająco dużo tematów, to parę słów w tym miejscu się pojawi.

Dariusz Motała nowym dyrektorem sportowym Zagłębia Lubin.

Taką informację podał w piątek Krzysztof Stanowski na swoim Twitterze. Motała był przymierzany do Lubina już wiosną tego roku, gdy Zagłębie szykowało się do letniego okienka transferowego. Wtedy jednak nie doszło do finalizacji umowy byłego już dyrektora sportowego GKS-u Katowice. Motała rozwiązał umowę z GKS-em Katowice za porozumieniem stron, ale jak czytamy na łamach Dziennika Zachodniego, było to raczej zwolnienie niż rozstanie. Kibice obwiniają go za nietrafione transfery – przez dwa lata pracy przy Bukowej nie zbudował zespołu, który zdołałby awansować do LOTTO Ekstraklasy. Nie potrafił też znaleźć wspólnego języka z Piotrem Mandryszem, a do przychodząc do Lubina na pewno będzie miał słabszą pozycję niż Piotr Stokowiec, który w klubie jest od lat i przeżył z nim naprawdę sporo.

W trakcie swojej pracy w GKS-ie stawiał przeważnie na zawodników z pewną reputacją w polskiej piłce. Weteranów ligowych boisk pokroju Tomasza Foszmańczyka, Sebastiana Nowaka czy wcześniej Filipa Burkhardta, Wojciecha Trochima bądź Bartosza Iwana. W Lubinie czekają go inne wyzwania, będzie miał do dyspozycji pokaźniejsze środki, ale też i jeszcze mniejszy margines błędu.

Kadra Zagłębia Lubin na tę chwilę wymaga bardziej uzupełnień niż wzmocnień, a zadaniem Motały na dwa najbliższe okienka transferowe powinno być dokończenie tego, co zaczął latem prezes Robert Sadowski – wywietrzenia szatni. Odeszli Łukasz Piątek, Adrian Rakowski, Djordje Cotra, niedawno do tego grona dołączył Adrian Błąd – to gracze, których czas w Lubinie dobiegł już końca. Bez podawania nazwisk, jest jeszcze kilku których w najbliższych miesiącach powinien spotkać ten sam los. Motała nie może się pomylić, nawet jeśli w tym sezonie Zagłębie chce tylko przebudować drużynę przed atakiem na puchary, bo w przyszłym roku będzie ostatni dzwonek na włączanie ich do rywalizacji o miejsca w zespole. To dlatego tak ważne było kompleksowe podejście tego lata – piłkarze, którzy teraz dołączyli do klubu z Lubina mają cały sezon, żeby zrozumieć, o co chodzi w systemie gry Piotra Stokowca i jak funkcjonuje się w stolicy polskiej miedzi.

Wracając jeszcze do Motały. Kilka cytatów, które powinny pomóc w lepszym zrozumieniu jego podejścia do roli dyrektora sportowego oraz tego, czego możemy się po nim spodziewać w Lubinie (źródła: Gieksa.pl, Weszło).

– Jestem zwolennikiem zarządzania równoległego. Chcę mieć wpływ przede wszystkim na kadrę pierwszego zespołu, ale ostateczne decyzje co do składu i osiemnastki meczowej musi podejmować trener.

– Trener odpowiada w stu procentach za cały proces szkoleniowy, ja z kolei wraz z nim buduję strategię pozyskiwania piłkarzy oraz ich transferów z klubu i do klubu. Trener ma działać przy całej sportowej pracy, z selekcją i treningami, ja z kolei zajmuję się organizacją. Przy czym podejmujemy decyzje wspólnie, nie ma możliwości, żebym ja dla zaspokojenia swojego ego zrobił jakikolwiek transfer, to mnie nie interesuje.

– Jeśli gdzieś miałbym brać wzorce, to Zagłębie z pewnością jest takim miejscem. Pamiętajmy też, że ta praca dyrektora nie wszędzie wygląda tak samo. W Zagłębiu ważne będzie odpowiednie wykorzystanie talentów z tamtejszej akademii, ich promocja i wprowadzanie do dorosłej piłki.

– U nas dopiero wykuwa się tego typu strategie (długofalowej pracy – przyp. RYG), a tego nie da się zrobić ani w ciągu roku, ani nawet dwóch lat. To zresztą nie może być rewolucja, tylko mozolna praca u podstaw. Bardzo się cieszę, że to Zagłębie w taki sposób wystrzeliło, bo pokazuje też jak długą drogę trzeba przebyć, czasem nawet spadając z ligi, by odbudować się jako beniaminek. Zobaczmy sam proces – spadek, awans, dobry sezon jako beniaminek – już uciekają trzy lata!

– Chcę pracować w klubie od początku do końca, a nie na pół roku. To jak ze stawianiem nowej firmy, trzeba wszystko weryfikować, sprawdzać, robić raporty, ale po to się je robi, żeby je archiwizować. To daje fundament do dalszego rozwoju.

Na razie podchodzę do tego ruchu Zagłębia z pewnym dystansem, ale na oceny przyjdzie czas.

Czy w przypadku odejścia Jacha jeszcze w tym okienku klub sprowadzi lewonożnego obrońcę?

Powinien, co do tego nie mam wątpliwości. Osobiście nie sądzę, żeby Jarek odszedł już teraz, chociaż jego agent sugeruje, że to najbardziej prawdopodobny scenariusz. Sam Jach przyznał, że klub nie będzie robił przeszkód, gdyby rzeczywiście pojawiła się oferta. Moim zdaniem transfer już teraz to ruch, który nie przyniesie żadnej ze stron oczekiwanych korzyści. Pewnie, Zagłębie zarobi za swojego stopera okrągłą sumkę, ale będzie miało za mało czasu, żeby wdrożyć w system gry potencjalnego następcę (chyba, że okazałby się nim Balić, ale to ogranicza pole manewru jeżeli chodzi o rotację). Jach niezależnie od tego, gdzie by przeszedł, nie będzie miał od razu pewnego placu, a to może spowolnić jego rozwój. Samym trenowaniem nie można wejść na wyższy poziom. Zresztą stoper Zagłębia dopiero teraz wraca do optymalnej dyspozycji po kontuzji, której doznał wiosną. Nadal nie jest tak zwrotny, jak przed urazem i brakuje mu jeszcze trochę zwinności. Ciśnienia na transfer nie ma, obie strony zdają sobie z tego sprawę. Sprzedaż dla sprzedania mija się z celem, bo na przełożeniu sprawy do zimowego okienka zarówno klub, jak i zawodnik powinni zyskać.

Jeżeli chodzi o następcę, osobiście widziałbym w Zagłębiu Heberta z Piasta Gliwice. Odrobinę wyższy od Jacha, o trzy lata starszy, również lewonożny. Rozumie założenia systemu 3-5-2, bo tak przecież przez jakiś czas funkcjonował zespół ze Śląska. W dodatku Brazylijczykowi kontrakt kończy się latem 2018 roku, więc suma odstępnego nie powinna być zbyt wysoka. Warto obejrzeć parę spotkań w jego wykonaniu.

Kiedy do gry będzie Adam Matuszczyk?

Przyznam szczerze, że już od kilku kolejek zastanawiam się, dlaczego Matuszczyka nie ma nawet na ławce rezerwowych. Wiadomo, że Piotr Stokowiec lubi wprowadzać nowych zawodników po urazach bardzo powoli, ale defensywny pomocnik nie pojawił się choćby na minutę w dwóch ostatnich spotkaniach trzecioligowych rezerw. Plotki głoszą, że był bardzo niezadowolony z braku powołania do osiemnastki meczowej na pucharowy mecz z Jagiellonią. Po meczu z Legią terminarz Zagłębia robi się nieco luźniejszy, do tego dochodzi przerwa na reprezentację. Jeśli po niej nadal będzie poza szeroką kadrą (o rezerwach już nie wspomnę), to powinniśmy zacząć się martwić. I to poważnie.

Czy grając systemem 3-5-2 trener Stokowiec nie powinien dać wolnej ręki 1-2 skrzydłowym? Czy rezerwy i drużyny młodzieżowe będą grały powyższym ustawieniem?

Nie zagłębiając się za bardzo w założenia taktyczne (głównie z braku odpowiedniej wiedzy) zatrzymam się na tym, że poza Arkadiuszem Woźniakiem, który defacto skrzydłowym nie jest, żaden z obecnych graczy przypisanych do tej roli nie gwarantuje odpowiedniego zabezpieczenia w obronie, żeby występować w tym ustawieniu. Wejście Pawłowskiego, Mazka, Janusa bądź Janoszki za Czerwińskiego bądź Dziwniela od razu naraża Zagłębie na problemy w defensywie. Wymieniony przeze mnie kwartet musi mieć asekurację w postaci bocznego obrońcy, co automatycznie wymusza zmianę formacji. Także nie sądzę, żeby dawanie im wolnej ręki było odpowiednim rozwiązaniem. W kwestii systemów gry rezerw oraz drużyn młodzieżowych nie czuję się na tyle swobodnie, żeby z pełnym przekonaniem pisać, jak będzie wyglądało ich podejście po odkryciu 3-5-2 przez Piotra Stokowca. Natomiast nie sądzę, żeby narzucano trenerom jakieś ustawienie ze względu na zapotrzebowania pierwszej drużyny – nie jest to konieczne.